|
|
Okolice naukiZamiast narzekać, trzeba jak najszybciej wykształcić profesjonalnych Katarzyna Florczewska Popularyzacja nauki wzbudza, od dłuższego już czasu, wiele emocji. I to nie tylko za sprawą ograniczonych środków finansowych przeznaczonych na ten cel. Trwa dyskusja nad sposobami, którymi powinno się przybliżać naukę szerokiemu kręgowi odbiorców. Nie brak krytycznych uwag ze strony naukowców na temat poziomu programów i publikacji tego typu. Zarzuty są rozmaite (skierowane szczególnie pod adresem autorów tekstów), poczynając od hermetycznego języka, niewłaściwego przedstawienia problematyki, zbytniej szablonowości ujęcia tematu, na niekompetencji popularyzatorów kończąc. Ci ostatni nie pozostają dłużni, wskazując na brak dobrej woli uczonych w przekazywaniu posiadanej przez nich wiedzy, na częste zamknięcie się ich w obrębie jednej wąskiej specjalizacji, co czyni niemożliwym spojrzenie na daną dziedzinę wiedzy w pełniejszy sposób. Trudno nie przyznać racji obu stronom. Idealnym rozwiązaniem byliby naukowcy z profesjonalnym przygotowaniem dziennikarskim. Czy jest ich wielu? Koło się zamyka. Wszyscy są jednak zgodni co do tego, iż popularyzacja jest konieczna, zarówno dla dobra samej nauki, a co za tym idzie ludzi z nią związanych, jak i dla dobra społeczeństwa, które powinno być w przystępny sposób informowane o osiągnięciach naukowych, o badaniach prowadzonych nie tylko poza granicami Polski. Nie do końca jednak wiemy, jak to zrobić. Szukamy zatem rozwiązań, szukamy... „Szukamy popularyzatorów” to konkurs, ogłaszany kilkakrotnie przez redakcję „Problemów”. Podobne działania przedsięwzięły również m.in. „Świat Nauki” oraz „Wiedza i Życie”. Powstają prace na temat języka publikacji popularnonaukowych (wspaniale opracowała ten temat Anna Starzec, profesor Uniwersytetu Opolskiego, w książce pod tytułem: Współczesna polszczyzna popularnonaukowa). Specjalistów w tym zakresie kształcą: szkoła dziennikarska w KUL oraz podyplomowe studium w Instytucie Badań Literackich PAN. Odbywają się konferencje naukowe poświęcone tym zagadnieniom. PANI OD FIZYKIRzecz komplikuje się jeszcze bardziej, gdy w grę wchodzi młody odbiorca, będący, w założeniu nadawcy, dopiero w trakcie zdobywania wiedzy o świecie. Obecnie wiele wydawnictw w Polsce zmaga się z tym problemem tak dalece, iż rynek nasz zarzucony jest wręcz wszelkimi przedrukami z obcojęzycznej prasy. Skąd pomysł, że polski uczeń bardziej zainteresuje się słowami Amerykanina, Niemca, Włocha czy Francuza niż ciekawym, barwnym opowiadaniem na ten sam temat rodzimych autorów? Czy naprawdę mamy tak mało do powiedzenia w dziedzinie nauki? Czy nie możemy w jasny, precyzyjny, przystępny sposób odpowiedzieć młodzieży na pytania: co to jest energia, jakie tajemnice kryje atom lub co powoduje, że Księżyc nie spada na Ziemię, chociaż działa na niego przyciągająca siła grawitacji? Tak, znowu pojawia się ta sama kwestia – zaistnieć może ten, kto ma pieniądze. Być może taniej jest opłacić tłumacza niż zatrudnić absolwenta wspomnianych wcześniej kierunków. Są jednak tacy, którzy próbują. Ukazują się, nieliczne niestety w porównaniu z przedrukami, czasopisma o ciekawej szacie graficznej, przedstawiające w interesujący sposób m.in. zagadnienia z dziedziny fizyki, chemii i biologii, czyli tych dziedzin wiedzy, które w szkole często wywołują wśród uczniów chęć panicznej ucieczki przed tym, co nieznane czasem samemu nauczycielowi. Jak koszmar powraca do mnie wspomnienie „pani od fizyki”, która wypisywała na tablicy, nie odrywając wzroku od stron podręcznika, rozmaite wzory i definicje, próbując w ten sposób przekazać swoją wiedzę (?) uczniom klasy o profilu matematyczno-fizycznym. Pojawiające się w zapisie błędy (nikt nie jest przecież doskonały) oraz liczne gorączkowe uwagi uczniów na ten temat, kwitowała niezmiennie: – Mówiłam, żebyście nie otwierali podręczników! Oczywiście nie generalizuję, nie chcę przedstawić szkoły jako instytucji, która nie jest w stanie zapoznać młodego człowieka z nauką, zainteresować go. Nie jest to przecież prawdą. Ale, być może, w niektórych sytuacjach pomocne okazałyby się publikacje dziennikarzy naukowych. PRZYSTĘPNOŚĆJeśli już wiemy: „dla kogo” i „po co”, ustalmy „jak”. Jedną z najistotniejszych cech dobrego tekstu popularnonaukowego jest przystępność. Osiąga się ją m.in. przez: ograniczenie liczby terminów, uporządkowanie wewnętrzne tekstu, odwołanie się do doświadczenia życiowego czytelnika, wprowadzenie elementów języka potocznego, a także przez właściwe objaśnienie przedstawionych terminów. Nie ulega wątpliwości, że nie uda się zrezygnować z terminologii przypisanej fizyce, chemii czy innym dziedzinom wiedzy. Zresztą, nie chodzi o eliminację języka nauki, przecież wiele słów specjalistycznych jest niezbędnych do mówienia o zjawiskach, w tym celu powstały. Można jednak wprowadzić je w wyborze, dbając jednocześnie o precyzyjne i jasne definiowanie. Sposobów jest wiele. Przy objaśnianiu słownictwa specjalistycznego bądź wyrazów obcych, których zrozumienie mogłoby nastręczyć trudności projektowanemu odbiorcy, pomocne okazują się synonimy („łuza” zastąpiona została „bramką”, „deformacja” – „odkształceniem” a „letalne” to inaczej „śmiertelne”). W podobnie zwięzły i precyzyjny sposób znaczenie terminu wskazują definicje etymologiczne (teoria relatywistyczna, łac. relativus – „względny”, to szczególna teoria względności). Jeśli konieczne jest szersze wyjaśnienie, warto posłużyć się przykładami, odwołać się do wyobraźni i znajomości zjawisk. Nawet najtrudniejszy problem przedstawić można w ciekawy i przystępny sposób. Wiedzą o tym wszyscy, którzy popularyzując naukę, zyskują rzeszę czytelników, widzów, słuchaczy, aktywnych uczestników festiwali nauki. W tekście rzecz ma się podobnie. Im ciekawszy przykład, tym większe zainteresowanie czytelnika, a w konsekwencji – szybsze zrozumienie problematyki. Istotne jest również dokonanie przez nadawcę, przy tworzeniu definicji, wyboru z szeregu cech opisywanego pojęcia tych najważniejszych dla kontekstu, przy jednoczesnej dbałości o to, by w przestrzeni wokół tekstu, w utworzonym do tego celu i wyróżnionym graficznie słowniczku terminów, znalazła się pełna definicja. W ten sposób osiąga się płynny tok wypowiedzi i nie pozbawia się zainteresowanego wielu cennych informacji. Często wykorzystywana bywa także definicja klasyczna (np. przestrzeń jednorodna to przestrzeń, której wszystkie punkty są równoważne, to znaczy, żaden punkt nie różni się od pozostałych pod żadnym względem). Każdy z tych sposobów zwiększy przystępność pod warunkiem, że nie popełnimy po drodze dwóch podstawowych błędów: definiowania tego samego przez to samo (łac. idem per idem) – np. jura to okres mezozoiku następujący po triasie – albo definiowania nieznanego słowa za pomocą innego nieznanego słowa (łac. ignotum per ignotum), np. „bosmat (bosmanmat)”. DIALOG Z CZYTELNIKIEMJednym z powodów niezrozumiałości tekstu może być jego budowa. Nadmiar zdań wielokrotnie złożonych, liczne dygresje, brak rozczłonkowania na akapity, brak spójności międzyakapitowej, nieczytelny schemat kompozycyjny, to kilka czynników, które skutecznie utrudnią odbiór. Długie, skomplikowane wywody, wystylizowane na naukowy wykład, będą z pewnością przede wszystkim nużące. A przecież każdemu piszącemu zależy m.in. na tym, by czytelnik wytrwał do końca. Choć nie powinien to być główny cel. Dodatkowo, „przeładowanie” tekstu metaforami i wszelkimi ozdobnikami językowymi zaciemni obraz. Z kolei, popadanie w skrajność, posługiwanie się wyłącznie językiem potocznym, wtrącanie wyrazów (np. cool), które mają, w oczach autora, zmniejszyć dystans między nim a czytelnikiem, także nie przyniesie pożądanego efektu. Nie chodzi przecież o śmieszność i usilne mizdrzenie się do młodego czytelnika. Ważne jest nawiązanie dialogu, traktowanie odbiorcy jak równorzędnego partnera, przy jednoczesnym niespłycaniu zagadnienia. Z precyzją opisu danego problemu związany jest również wybór odpowiedniego słowa, eliminujący wszelką wieloznaczność. Po co komplikować i tak już często zawiłą problematykę? Swego rodzaju zabawa, podczas której przekazywana jest wiedza, staje się na pewno atrakcyjniejsza i skuteczniejsza niż łamigłówka „co autor ma na myśli”. Przejrzyście prowadzony wywód ułatwia zrozumienie. Wspaniale radzą sobie autorzy, którzy stosują, w przestrzeni pozatekstowej, wszelkiego rodzaju diagramy, wykresy, ilustracje, tabelki, wypunktowania. Często łatwiej jest przyswoić sobie informacje podane w ten zwięzły sposób. Oczywiście, wskazane elementy nie mogą dominować nad głównym tekstem. Mają być znaczącym uzupełnieniem, a nie zastępstwem rzeczowej treści artykułu. JAK DZIAŁA ŻELAZKO?Wszystkie te metody są znane i stosowane. Istotne i wielce pożądane jest jednak ich połączenie w ramach jednego tekstu. Nie wystarczy wyłącznie ograniczyć liczbę terminów bądź wyjaśnić te wprowadzone. Nietrafne połączenie wyrazów, które znane są powszechnie, również przyniesie efekt w postaci nieprzystępności. „Napuszona” leksyka i złożona konstrukcja składniowa pogrążą każdy, nawet udany w zamyśle, tekst popularnonaukowy. W zamian za trud konstrukcji idealnej publikacji tego typu, możemy pomóc w wykształceniu człowieka na miarę wieku, w którym żyjemy. Kto jest w stanie przewidzieć ilu spośród młodych ludzi, czytających prasę popularnonaukową, zostanie, również dzięki temu, obiecującymi naukowcami? A nawet, jeśli efekt nie będzie tak spektakularny, nikt przecież nie wątpi, że działania popularyzatorskie są koniecznością. Zamykanie się ludzi na wiedzę nie wróży dobrze. Potwierdzeniem takiego stanu rzeczy mogą być słowa pewnej humanistki, zajmującej się pracą naukową: Nie wiem, co to jest prąd i nawet mnie to nie interesuje, ważne jest, że kiedy włożę wtyczkę do gniazdka, żelazko działa. Zamiast narzekać, trzeba jak najszybciej wykształcić profesjonalnych popularyzatorów i, co najważniejsze, stworzyć im możliwość pracy. Pozostaje jeszcze kwestia dobrej współpracy między naukowcami a dziennikarzami. I nie jest to wcale problem mniej istotny. Istnieją ciekawe pomysły na to, w jaki sposób przezwyciężyć trudności w porozumieniu się obu środowisk. Niestety, od pomysłu do jego realizacji wiedzie często, z różnych przyczyn, długa droga. Jedno nie ulega wątpliwości – naprawdę warto. Mgr Katarzyna Florczewska, Uniwersytet Gdański. Artykuł jest wersją referatu wygłoszonego na konferencji Polszczyzna po roku 1989 ze szczególnym uwzględnieniem polszczyzny popularnonaukowej (Wrocław, 8-10.11.2000). |
|
|