|
|
Szkielko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski W jeNie ma rozwoju nauki bez dyskusji, bez rozpatrywania wszystkich aspektów zagadnień i weryfikowania poglądów. To jednak wydaje się dzisiaj zbyt trudne do realizowania. Poznajemy świat wyłącznie jednostronnie, wybiórczo, bez należytej krytyki twierdzeń. Działa mechanizm oparty na wywoływaniu niepokojących problemów, w związku z tym paniki, a następnie dyskontowania tak sprowokowanego pospolitego ruszenia. Podobnie jest z plotką: ktoś rzuca wymyśloną fabułkę, a tłum zamienia ją w prawdę. Dają się na to nabrać nawet mędrcy. Szczęśliwi ci, którzy nie czytają gazet, nie oglądają telewizji. Żyją sobie spokojnie i bez lęku, najbezpieczniejszej. Nie ma dnia, żeby słuchaczowi albo widzowi coś się nie zwaliło na głowę. Dzienniki telewizyjne zaczynają się od wypadków, podpaleń i zabójstw, najlepiej dokonanych młotkiem, z pozostawieniem połowy zwłok dziecka na śmietniku. Redaktorzy potrafią z każdej śmierci zrobić sensację. Słyszymy też o chorobie Creutzfeldta--Jakoba, dziurze ozonowej, AIDS, promieniowaniu jonizującym i ultrafioletowym, dwutlenku węgla, który obecnie stał się nagle trujący. To tematy, które jeszcze się nie zestarzały, a w kolejce czekają inne, równie frapujące. Szkodliwe okazały się fale elektromagnetyczne, a w związku z tym anteny rozgłośni radiowych, mikrofalówki, komputery i telefony. Już wiemy, że śmierć czyha ze strony tłuszczów, węglowodanów, cukru, soli kuchennej, witamin, aspiryny, mleka, mięsa, marchewki... Szerzy się pedofilia, rozbójnictwo uliczne, seks internetowy i kradzież numerów kart kredytowych. Jeśli dziennikarzom brakuje nowych smaczków, to odgrzewają stare dania, a zawsze w odwodzie mają wojnę. Dziennik wieczorny, który nie działa jak obuch siekiery, dziś już nie jest pożyteczny. Słowem: żyjemy w czasach apokalipsy. Co jeść – może zaniechać tego niecnego procederu? Jak wychodzić z domu – może lepiej unikać tej głupiej czynności? Jak spać, żeby tajfun nie zawalił dachu nad głową? Poranna jazda do pracy może skończyć się w kostnicy, powrót do domu grozi kalectwem. Nic, tylko wejść pod stół, nakryć głowę kocem i czekać na XXII wiek. Jest oczywiste, że trwa wyścig w intrygowaniu ludzi, zatrzymywaniu ich uwagi za pomocą coraz silniejszych środków. Cele takiego postępowania bywają różne, ale z pewnością na pierwszym miejscu należy wymienić po prostu pieniądze. Natura odbiorcy jest taka, że dopóki mu się nie znudzi, chętnie nadstawi uszu na coś obrzydliwego, brutalnego, groźnego. Między jedną a drugą przerażającą informacją pojawia się przesadna reklama o proszku do prania, który daje efekt „higienicznie czysty”. Czym będzie się przyciągać tłumy w przyszłości? Tematy z biegiem czasu tracą na znaczeniu. Muszą być zastępowane nowymi. AIDS przegrała z BSE, chorobą zwariowanych krów. Już dopuszcza się do publikacji głosy, które kwestionowały wiele poglądów dotyczących wirusa HIV. Przy okazji wyszło na jaw, ile publicznych pieniędzy zmarnowano na niecelowe badania. Dziennikarze wolą udawać, że nic się nie stało. Spełnili swoją rolę, teraz mają następne zadanie, pewnie znowu pisane wielkimi literami. Z państwowych budżetów czerpią producenci wyrobów bezprionowych, a także naukowcy i firmy farmaceutyczne. Nie twierdzę, że Prusiner priony wymyślił, ale żaden poważny naukowiec nie powie o tych białkach, że są bez wątpienia przyczyną BSE i że z całą pewnością pełnią funkcję biologiczną. Być może są tylko produktami przemiany materii, przeznaczonymi do wydalenia z organizmu. Nikt tego nie wie. Przypomina to trochę akcję pewnego amerykańskiego lekarza polskiego pochodzenia (nazwisko znane redakcji), który twierdzi, że odpady białkowe znajdowane w moczu leczą wszelkie nowotwory. Zbił na tym spore pieniądze i nabrał tysiące ludzi, a jednak cieszy się popularnością wśród zrozpaczonych pacjentów, podbija stawkę za „leczenie”. Unika prawdziwych badań naukowych i kontroli swego „instytutu”, tworzy symulacje statystyk, w ogóle wykręca się od wszelkiej rzetelności. Żali się, że polski minister zdrowia nie chce się z nim widywać. Głosy krytykujące osiągnięcia badaczy prionów, w tym kwestionujące wartość odkryć noblisty Stanleya Prusinera, są traktowane jako repliki awanturników, którzy nie zdążyli dopchać się do żłobu. A wiadomo, że brakuje modeli badawczych, wyniki doświadczeń wciąż są w niezależnych ośrodkach nieporównywalne. Ignoruje się sprzeczności zawarte w hipotezie, zbyt wiele przyjmuje się na wiarę. Alfred Nobel przewraca się w grobie, jak w 1922 r. w związku z nagrodą dla J. Fibigera za pasożytniczą teorię powstawania raka. Teoria była błędna, ale na szczęście dzięki dyspucie naukowej, która przetoczyła się przez prasę biomedyczną i na kongresach, uczeni skorzystali z pewnych składników metodologii Fibigera i nauczono się pracować na modelu sztucznie wywoływanych nowotworów. Być może podobnie stanie się z dorobkiem Prusinera. Niech tylko pojawi się dyskusja, poważna – a nie bezpardonowo hamowana lub zniekształcana przez pazerne media. Na razie mamy histeryczne krzyki. e-mail: pmuldner@mp.pl. |
|
|