|
|
Poczta elektronicznaDziałalność wydawnicza w polskim Internecie na polu książek elektronicznych czyni postępy. Nie ustrzegła się jednak pewnych „błędów młodości”. Paweł Misiak Postanowiłem wrócić raz jeszcze do tematu książki elektronicznej. Poruszałem go tutaj już parę razy. Rzeczywistość w tej dziedzinie zmienia się jednak bardzo szybko, dlatego co jakiś czas warto do sprawy wrócić. Bezpośrednim bodźcem do napisania niniejszego tekstu stała się mała notatka w komputerowym dodatku „Gazety Wyborczej” z 23 stycznia. Donosiła o powstaniu polskiej Biblioteki Sieciowej. Autor notki oznajmiał: Pomysł stworzenia Biblioteki Sieciowej – czyli polskiego odpowiednika „Projektu Gutenberg” – zrodził się w 1997 roku na IRC-u. Przeczytawszy to zdanie żachnąłem się. Moja skleroza nie posunęła się jeszcze tak daleko, bym nie pamiętał, co sam napisałem dwa lata wcześniej, w roku 1995. Otóż w „Poczcie elektronicznej”, wydrukowanej na łamach „Forum Akademickiego” (nr 3/95), pozwoliłem sobie wspomnieć pokrótce Projekt Gutenberg. Dalej zaś napisałem: Czy nie należałoby jednak już dziś rozwinąć intensywnej działalności polskich cybernautów w celu stworzenia elektronicznej biblioteki dzieł polskich autorów, przynajmniej w zakresie klasyki literatury narodowej? Niechby powstało coś na kształt Projektu Gutenberg! Może Projekt Rej? Zaproponowana nazwa Projekt Rej okazała się w tym kontekście na tyle oczywista, że pojawiła się niezależnie w innych miejscach, sieciowo zaś zawłaszczona została przez fanów fantastyki, właścicieli serwisu projekt. rej.com.pl. Żeby było ciekawiej, jakiś czas później dostałem – rzecz jasna pocztą elektroniczną – miły list w tej sprawie. Dr Marek Adamiec z Uniwersytetu Gdańskiego pytał w nim, czy może wykorzystać zaproponowaną przeze mnie nazwę we własnym projekcie udostępnienia w Sieci klasyki literatury polskiej. Zgodziłem się bez wahania, boć przecież było to urzeczywistnienie mojego nieśmiałego wezwania. Los jednak sprawił, iż „kolega po łamach FA” nazwy nie wykorzystał, być może z powodu uprzedniego jej zawłaszczenia przez innych. Choć więc pod innym tytułem, serwis realizujący ideę udostępniania w Sieci literatury polskiej w postaci digitalnej powstał i rośnie, co można naocznie stwierdzić, odwiedzając witrynę pod wdzięcznie brzmiącym adresem monika.univ. gda.pl/~literat/. E_KSIĄŻKA DZIŚTyle gwoli ścisłości i prawdy historycznej. Dzieje to – w cyberprzestrzennej skali czasu – bardzo zamierzchłe. Wróćmy do współczesności. Śledząc z zaciekawieniem rozwój książki elektronicznej, głównie z punktu widzenia bezpośrednio zainteresowanego użytkownika, widzę, jak pokonuje ona kolejne etapy na drodze rozwoju. Na początku, gdy powstawał Projekt Gutenberg, myślano głównie o zapisywaniu tekstów w postaci czystego ASCII, by były powszechnie dostępne, niezależnie od platformy sprzętowej, systemu operacyjnego, używanego edytora etc. Aliści postęp technologii komputerowej i sieciowej pozwala dziś podobnie łatwo uzyskać „produkt”, czyli e-książkę, znacznie bogatszą w formie, a zarazem zachowującą podobny poziom uniwersalności i „czytelności”. Do cyfrowego zapisywania e-książek (wyjąwszy Projekt Gutenberg) zwykło się dziś używać języka Sieci – HTML albo formatu PDF. Te dwa sposoby digitalizacji dominują dzięki powszechności narzędzi służących do ich odczytywania. Zarazem pozwalają pokazać tekst nie jako jednolitą, nudną dla oka „blachę”, lecz w jakiś sposób uformowany, uzupełniony elementami ułatwiającymi nawigację czy materiałem ilustracyjnym. Oprogramowanie do czytania – przeglądarka internetowa do HTML, a np. Acrobat Reader do PDF – jest darmowe i dostępne w Sieci dla większości platform sprzętowo-systemowych. Coraz więcej też powstaje serwisów oferujących dzieła rozmaite w całości lub we fragmentach, do czytania bezpośrednio z sieci lub off-line, po ściągnięciu na własny dysk. W polskiej przestrzeni internetowej takich witryn można znaleźć kilkanaście. Większość reprezentuje niezbyt wysoki poziom, zarówno jeśli chodzi o zasoby, jak i sposób ich przygotowania. I trudno się dziwić, bo znakomita większość powstaje „w czynie społecznym” i udostępnia elektroniczne książki za darmo, co zawęża możliwości repertuarowe do dzieł wystarczająco leciwych, by już nie podlegały roszczeniom z racji autorskich praw majątkowych. NASZA CHATADo najlepszych polskich witryn oferujących e-książki należy wspomniana wcześniej Wirtualna Biblioteka Literatury Polskiej dr. Marka Adamca, realizowana w ramach programu UNESCO zatytułowanego Biblioteka wirtualna klasycznych tekstów literatury świata. Jej zbiory stale rosną. Poszczególne pozycje są skrupulatnie przygotowywane do sieciowej publikacji i zapisywane w postaci powiązanych stron webowych. Twórca witryny trzyma się przy tym ustalonych, powszechnie respektowanych standardów, to znaczy czystego HTML. Nie stosuje ani ramek, ani javy, dzięki czemu nawet użytkownicy najstarszych przeglądarek graficznych albo znakowych, jak terminalowy lynx, mogą sobie bez trudu poczytać Galla Anonima czy Rękopis znaleziony w Saragossie. Wybór tekstów jest podyktowany przede wszystkim tematyką programu, pod którego egidą powstaje ta Wirtualna Biblioteka. Inny nurt reprezentuje wspomniana na początku Biblioteka Sieciowa pod adresem biblioteka.poland.com. Tu, podobnie jak w Projekcie Gutenberg, umieszczane są teksty najrozmaitszego autoramentu. W katalogu znajdujemy i Sienkiewiczowskie Quo vadis, i modny tu i ówdzie na świecie do lat 90. naszego stulecia Manifest komunistyczny, i polski kodeks karny, i dzieła Szekspira w oryginale. Teksty prezentowane są w postaci stron HTML. Ponadto można pobrać wersje spakowane, do czytania off-line. Ta ostatnia możliwość jest atrakcyjna szczególnie dla internautów płacących haracz za „darmowe” połączenia z Siecią przez modem, liczących w związku z tym każdą minutę on-line. Samo korzystanie z Biblioteki Sieciowej jest bezpłatne. Wreszcie nurt trzeci, komercyjnej dystrybucji e-książek w Internecie. Gdańskie wydawnictwo Tower Press uruchomiło serwer literatura.net.pl, na którym dostępnych jest kilkaset książek, zarówno dobrze znanych utworów z klasyki literatury polskiej i obcej, jak i całkiem nowych. Wedle informacji zawartych na stronach serwisu, są tu nawet pozycje przygotowane specjalnie z myślą o publikacji tutaj, w takiej właśnie, elektronicznej formie. Z oferty skorzystać można po opłaceniu niedrogiego abonamentu. Upoważnia on do ściągnięcia nawet wszystkich pozycji z wybranego katalogu. Potem wystarczy tylko znaleźć czas na czytanie. Książki oferowane przez tę witrynę są przygotowane w formacie PDF. Niedawno bowiem pojawiła się tam również książka mówiona w formacie mp3. E-KSIĄŻKA OD KUCHNIW edytorstwie e-książkowym dominują obecnie dwa standardy formy zapisu: HTML i PDF. Każdy z nich ma swoje wady i zalety. HTML jest znacznie bardziej oszczędny w dodawaniu bajtów do „nagiego” tekstu. Z kolei PDF pozwala na zachowanie znacznie większej kontroli nad końcową postacią „produktu”. Ten drugi format dostarcza też narzędzi przydatnych w działaniach komercyjnych, na przykład mechanizmów „zamykania” książki przy pomocy klucza szyfrującego (podobnie jak się to robi z oprogramowaniem). Zakup licencji na czytanie e-książki wiąże się wtedy z otrzymaniem owego klucza, otwierającego dostęp do zawartości pliku. Jakakolwiek jest końcowa postać książki elektronicznej, jej edytor powinien trzymać się pewnych ogólnych reguł postępowania. Przede wszystkim musi mieć stale na uwadze odmienność „medium ekranowego” względem tradycyjnego – papierowego. Dobrze przygotowana e-książka powinna dać się czytać zarówno ze słabego wyświetlacza laptopa o rozdzielczości 640x480, jak i z ekranu profesjonalnej stacji graficznej o obrazie gładkim i ostrym jak druk na papierze. Przy tym uwzględnić należy geometrię monitora – horyzontalną orientację obrazu. Gdzieś w Sieci znalazłem stwierdzenie, iż podstawowym błędem e-dytorskim jest proste powielenie w medium cyfrowym publikacji przygotowanej jak do tradycyjnego druku. Na ekranie staje się ona po prostu słabo czytelna. Oczywiście, gdy rozpowszechnią się (czytaj: znacznie stanieją) specjalne czytniki, formatem i sposobem pokazywania treści zbliżone do książek normalnych, sprawa przestanie być tak istotna. Dopóki jednak niemal wszyscy czytają e-książki przy pomocy komputera, należy trzymać się dość prostej reguły, wedle której – skrótowo rzecz ujmując – dobrze złożona e-książka jest zbliżona w formie do tradycyjnej książki dla dzieci – ma dużą, czytelną czcionkę, tekst uzupełniony materiałem ilustracyjnym, odpowiednio dobrane „światło” itp. Medium cyfrowe daje tutaj duże pole do popisu, zbliżając się do idei przekazu multimedialnego. NASZA CODZIENNOŚĆStosowanie się do wspomnianych reguł nie jest najmocniejszą stroną rodzimych serwisów e-książkowych. Tym, które proponują wersje HTML wiele można wybaczyć, bo wydawca ma w gruncie rzeczy niewielki wpływ na to, co zobaczy odbiorca. Ten bowiem zawsze może sobie zdefiniować własne ustawienia przeglądarki, łącznie z wielkością i krojem pisma, kolorem tła itp. Wysiłek skierować trzeba raczej na podział dłuższego tekstu na mniejsze jednostki, „wkładane” do osobnych stron, na wyróżnienie tytułów różnego stopnia i na odpowiednie zawężenie kolumny tekstu względem pokazywanego okna – dodanie marginesów, dla ułatwienia czytania. W formacie PDF łatwiej o kontrolę nad formą pokazywanej czytelnikowi e-publikacji, stąd i większa odpowiedzialność edytora za jej ostateczny kształt. Istnieją wprawdzie w cyberprzestrzeni serwery, umożliwiające odbiorcy pewien wybór w zakresie wyglądu tekstu, na przykład kroju i wielkości czcionki czy formatu strony. Jednak praktyka ta nie jest zbyt rozpowszechniona, wymaga bowiem uruchomienia w Sieci specjalnych narzędzi, które na żądanie, „w locie”, generują plik PDF o zadanych parametrach. Wspomniany serwer literatura.net.pl takich możliwości nie daje. Niestety, jego twórcy w oferowanych e-książkach nie w pełni trzymają się owych ogólnych wskazań, o których wyżej. Z tego powodu na moim nie pierwszej młodości notebooku czytanie ściąganych stamtąd książek nie jest tak lekkie, łatwe ni przyjemne, jak być powinno. Nawet taki drobiazg, jak strony tytułowe – w PDF-ach przygotowywanych przez Tower Press, wszystkie są jednakowe – zawierają stopkę wydawniczą. Autor i tytuł pojawiają się dopiero na stronie drugiej. Tymczasem bardzo dobry program do czytania plików PDF o nazwie Adobe eBook Reader tworzy automatycznie katalog elektronicznej biblioteki, pokazując miniaturowe obrazy pierwszych stron. W przypadku e-książek z literatura.net.pl ten mechanizm jest bezużyteczny. Mimo obecnej rachityczności, polski rynek e-książki zdaje się rozwijać i mam nadzieję – jako czytelnik – że nie uwiędnie. Oczywiście, sporo z tego, co napisałem powyżej, może się w krótkim czasie okazać zupełnie nieistotne, bo na przykład pojawią się nowe, rewolucyjne technologie. Ostatnio prasa doniosła nawet o dużym postępie w pracach nad stworzeniem e-papieru, czyli fizycznie podobnego do zwykłego papieru wyświetlacza elektronicznego. Jeśli rzecz okaże się czymś więcej niż tylko marketingową zagrywką, może zobaczymy e-książkę w nowym świetle. Wtedy też zapewne zmieniać się będzie i otoczenie, do którego przez ostatnie kilka lat zdążyliśmy przywyknąć. Na przykład, zaczną zanikać wszechobecne na biurkach monitory, zmieni się sposób pracy z komputerem. Zapewne jednak przyjdzie nam na to poczekać jeszcze kilka lat. Tymczasem zapiszę ten tekst na dysku, wyślę pocztą elektroniczną Szanownemu Panu Redaktorowi, otworzę inny program i poczytam sobie kolejną e-książkę. |
|
|