|
|
Wyznania szalonego humanistyLeszek Szaruga
Nie jestem tego pewien, ale to chyba Richard Rorty stwierdził przy jakiejś okazji, że wiek XXI albo będzie wiekiem tłumaczy, albo go w ogóle nie będzie. Stwierdzenie to jest parafrazą innego, mówiącego o tym, że XXI stulecie winno być wiekiem religii (albo go nie będzie!). Jedno nie ulega wątpliwości – nie tylko, jak chciał Wittgenstein, „granice mego języka są granicami mego świata”, i nie tylko, jak powiadał Goethe, żyje się tyle razy, ile zna się języków, lecz nadto w różnych językach ujawniają się różne wizje tego samego wszak, podobno dla wszystkich wspólnego ludzkiego świata. Już samo porównanie polszczyzny i niemczyzny uświadamia, że różne są w tych językach rodzaje przydawane podstawowym symbolom kultury. I tak, polska śmierć żeńska jest po niemiecku męska, nijakie słońce jest słońcem wyraźnie sfeminizowanym, podobnie z naszymi męskimi światem i czasem, które po niemiecku muszą być żeńskie. Żyjąc w różnych językach jesteśmy więc zanurzeni w różnych wersjach rzeczywistości, które przenikają się wzajemnie zarówno wtedy, gdy usiłujemy przetłumaczyć wiersz, jak i wówczas, gdy przekładamy traktaty filozoficzne. Nic zatem dziwnego, że sztuka translatorska to dziś już nie tylko praktyka, lecz także coraz bardziej rozbudowana teoria. O kłopotach z przekładaniem rozpraw historycznych dowiedzieć się można wiele (i smacznie) z książeczki Elżbiety Tabakowskiej „O przekładzie na przykładzie. Rozprawa tłumacza z „Europą” Normana Daviesa”. W pewnym momencie autorka stwierdza z rezygnacją: „Jako tłumacz, bardzo chciałabym wiedzieć, czym jest przekład. Rozmaici specjaliści proponują zainteresowanym najróżniejsze definicje”. No tak, ale w końcu okazuje się, że poza definicjami trzeba się uporać z konkretnym tekstem i dojść do wniosku zgoła przerażającego: „Czyli – przekład idealnie ekwiwalentny w stosunku do oryginału jest po prostu i z definicji niemożliwy. Możliwe są tylko mniejsze lub większe przybliżenia i z tym założeniem w pamięci tłumacz musi się starać jak najwierniej odegrać oryginalną melodię”. Jak dalece wierne są to przybliżenia, o tym zawsze trudno wyrokować, wszakże nie ulega najmniejszej wątpliwości, że na takich przybliżeniach budujemy – w nieskończonym dialogu uczonych i naukowców, myślicieli i ideologów – nasze wizje świata. Ile to nieporozumień? Ile pomyłek i ukrytych przeinaczeń? Trudno wyrokować. Ale warto się nad tym zastanowić, gdyż może się okazać, iż wcale nie byłem tak daleko od prawdy, gdy podczas jednej z konferencji tłumaczy odpowiedziałem na rzuconą przez kolegę uwagę o tym, że na początku było Słowo: „A kto ci powiedział, że to zdanie zostało dobrze przetłumaczone? Być może zostało przetłumaczone nie dość dobrze, nie dość doskonale. I może pojawi się ktoś, kto przetłumaczy je na nowo, zupełnie odkrywczo i tak zdumiewająco, iż nasza wizja świata, budowana dotąd na starym przekładzie, legnie w gruzach”. Tak, ma rację Roman Juszkiewicz, gdy w wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” na temat ciemnej materii i ciemnej energii (rozmówcą jest Piotr Cieśliński) powiada: „Przewidywanie tego, co będzie dalej, to ekstrapolowanie tego, co dziś wiemy, w zupełnie nieznane. (...) Ja nie podpisałbym się pod żadną z prognoz. Trzeba być głupcem, żeby wyrokować, kiedy wystarczy minimalna pomyłka w jedną lub drugą stronę, żeby geometria Wszechświata – a zarazem jego przyszły los – okazała się zupełnie inna”. To prawda, podobnie jak prawdą jest, że takich „minimalnych pomyłek” – w zasadzie niepochwytnych lub do pochwycenia trudnych – jest w przekładach całe mnóstwo. Wystarczy przeczytać dwie dziś dostępne wersje dzieła Fryderyka Nietzschego – „Tako rzecze Zaratustra” Wacława Berenta i „To rzekł Zaratustra” Sławy Lisieckiej i Zdzisława Jaskuły. Ta – jak głosi podtytuł – „książka dla wszystkich i dla nikogo” jest jednym z fundamentalnych dzieł współczesnej humanistyki, z której to humanistyki poszukiwaniami można się zgadzać lub nie, ale nie sposób ich ignorować. I co się okazuje? Otóż to, że dzieło niemieckiego filozofa – także przecież poety i kompozytora – mieni się wieloznacznością. Czy tylko w przekładzie? Oczywiście, nie – w każdym „tłumaczeniu”: w wyjaśnianiu, w interpretacji. I dotyczy to nie tylko tego dzieła, nie tylko humanistyki, nie tylko literatury. Dotyczy to każdej ludzkiej wypowiedzi, gdyż każda ludzka wypowiedź w ostateczności skierowana jest ku innym, którzy jakoś sobie to, co do nich mówimy, „tłumaczą”. I gdy sobie to wszystko uświadamiam, uświadamiam sobie również i to, że całe nasze poznanie, które jest przecież tak naprawdę naszą ludzką – międzyludzką – rozmową o świecie, pełne jest niejasności wynikających nie tylko z niedoskonałości takich narzędzi, jak mikroskopy i teleskopy, ale także z ludzkich nieporozumień, nawet przejęzyczeń. A jednak się kręci! Co nie znaczy, rzecz jasna, że nie może się kręcić bardziej doskonale, piękniej, mniej niebezpiecznie. To wszystko zaś zależy od umiejętności tłumaczy, nie tylko od ich profesjonalizmu, ale także od ich wyobraźni, zdolności do empatii, swobody skojarzeń, nawet poczucia humoru. Dotyczy to zarówno przekładów wierszy Goethego, jak wyjaśnień teorii matematycznych lub kosmologicznych, czy wreszcie tłumaczeń międzynarodowych traktatów politycznych lub handlowych. To wszystko zaś dzieje się dziś w warunkach zupełnie nowych, w świecie poddanym procesom globalizacyjnym, w epoce wielkich przyspieszeń i rosnących zagrożeń, ale także w czasie niewolnym od nadziei. W tym świecie rola tłumaczy bez wątpienia będzie wzrastała. Wiadomo, że tłumaczenie nigdy do końca oryginałowi wierne być nie może. Lecz – przynajmniej na razie – warto chyba przyjąć, że obszar tego, co wspólne dla oryginału i kolejnych jego przekładów, da się wyznaczyć przez założenie o jakiejś fundamentalnej wspólnocie ludzkich doświadczeń, ludzkiego losu. Być może jest to założenie błędne, na razie jednak, opłacalne. |
|
|