Felieton redakcyjny
W ostatnich jedenastu latach liczba studentów wzrosła 3,5-krotnie. Mamy ich dziś ponad 1,4 mln – na każdych 100 młodych ludzi 37 studiuje. A wszystko w dużej mierze dlatego, że wykształcenie stało się warunkiem powodzenia na rynku pracy. Masowość studiów to niewątpliwie sukces. Młodzi ludzie, wywodzący się z różnych środowisk, mają szansę poszerzyć swoje horyzonty i zetknąć się ze światem idei i wartości. Mają też szansę zdobyć wiedzę zawodową na najwyższym poziomie. Trwa zresztą nieustanna dyskusja, które z tych zadań jest ważniejsze i czym właściwie jest uczelnia wyższa. Najlepiej oczywiście żeby spełniała obie te role. Prawie każdy, kto okres studiów ma już, niestety, za sobą, wspomina go jako jeden z piękniejszych w życiu.
Niestety, masowość, przy braku minimalnych standardów i kontroli, niesie ze sobą wiele zjawisk negatywnych. Wynajęte, przepełnione sale, wykłady na kilkaset a ćwiczenia i seminaria na kilkadziesiąt osób, egzaminy wyłącznie w formie testów, wykładowca biegnący do kolejnej szkoły, zdarzająca się „symboliczność” studiów zaocznych czy bibliotek itd. itp. – listę można by ciągnąć długo. Najgorsze jest chyba to, że nauczyciele akademiccy, których liczba wzrosła w tym czasie jedynie o kilkanaście procent, stali się w tym biegu niemal niedostępni dla studenta. Trudno zatem o mistrza, trudno o prawdziwe studiowanie. To wiemy wszyscy. A dyplom jest jeden – uznawany przez wszystkich, niezależnie od poziomu nauczania.
Od kilku lat powszechne jest w środowisku przekonanie, że najwyższa pora także na jakość. To słowo odmieniane jest w różnych okolicznościach i gremiach przez wszystkie przypadki. Problemem musi się zająć i państwo, tworząc system kontroli i oceny jakości, i samo środowisko akademickie, wprowadzając mechanizmy wymuszające przyzwoite nauczanie i likwidujące patologie. Pora przejść od słów do czynów.
Andrzej Świć |