Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 4/2001

Czas w naszych czasach
Poprzedni Następny

Poczta elektroniczna

Czas robi swoje. A ty, człowieku?
St. Jerzy Lec

Paweł Misiak

Fot. Stefan Ciechan

Czy znasz, miły Czytelniku, kogoś, komu zbywa na czasie? Mnie stale go brakuje. Mimo starań, coraz to z czymś nie zdążam. Rytm życia jest zbyt szybki. By się z tym uporać, szukam różnych wybiegów. Jak dotychczas z miernym skutkiem. Próbowałem na przykład oszczędzać na śnie. Działa, ale na krótką metę. Biologia nie chce się dać oszukać. Jak więc sobie poradzić z brakiem czasu? Dlaczego nie da się choć trochę chwil pożyczyć albo kupić? Tyle ciekawych pomysłów, tyle dobrych uczynków mogłoby się ziścić, gdyby nie brak czasu na ich realizację.

Może należy zacząć ab ovo – zapytać czym jest czas? Filozofowie zastanawiają się nad tym od dawien dawna. Można przytoczyć znane a ciekawe zdanie z Wyznań św. Augustyna, ponieważ jednak niemal każdy tekst traktujący o czasie go cytuje, nie uczynię tego. Różni myśliciele różnie na ten temat mówią. Często powołują się przy tym na fizykę, badającą najgłębsze tajniki materialnego świata. I tak, jedni w ślad za Newtonem powiadają, że czas to byt samoistny, indywiduum egzystencjalne, istniejące podobnie jak materia. Dla innych czas jest jednym ze sposobów istnienia świata – relacją między zdarzeniami. Za przyczyną Einsteina i teorii względności to drugie rozumienie zyskało na popularności, choć zarazem uwikłane zostało w relacje z przestrzenią i materią. Są też inne szkoły, choćby kantowska, wychodzące nie od materii (czyli fizyki), lecz od ludzkiej świadomości, rozważające czas jako wewnętrzne doświadczenie człowieka.

Zostawmy jednak głębokie wody filozofii zaprawionym w pływaniu po nich fachowcom i zajmijmy się bliższymi codzienności aspektami czasu. W potocznym rozumieniu wystarcza prosta, ludzka miara czasu, określona przez uwarunkowania biologiczne. Żyjemy (przynajmniej w naszym materialnym przejawie) w skończonym odcinku czasu, a co za tym idzie, mamy w życiu szansę zrobić skończoną ilość rzeczy. Jeśli świat wokół zmienia się szybko, my sami musimy szybciej żyć. Nauczenie się tego wymaga pewnego wysiłku i czasu. Jednego i drugiego nie mamy w nadmiarze.

SZYBKOŚĆ I SENS

Spójrzmy na charakterystyczny znak naszych czasów – na komputery. To narzędzia wykonujące pewne czynności bardzo szybko, o wiele szybciej niż człowiek. Bywają nie do zastąpienia w pewnych działaniach, bo potrafią przetworzyć informację w rozsądnym czasie, podczas gdy to samo zajęłoby ludziom nieskomputeryzowanym całe wieki. Najbardziej pożądaną cechą komputerów jest właśnie szybkość działania. Dlatego tak wielu podnieca się coraz wyższymi megahercami procesorów, coraz szybszymi dyskami i liniami transmisyjnymi. Gwałtowny postęp techniczny sprawia zarazem, iż coraz krótszy jest czas od narodzin jakiejś technologii do jej śmierci, tożsamej z pojawieniem się nowej, szybszej czy wydajniejszej, a o zbliżonej cenie. Czy to nie technologiczna ilustracja maksymy, iż ukochani przez bogów umierają młodo?

Ujmując rzecz obrazowo możemy powiedzieć, że wraz z rozwojem techniki kwant czasu w świecie komputerów jest coraz krótszy. Tymczasem kwant czasu człowieczego, zdeterminowany głównie przez uwarunkowania materialne, przede wszystkim biologiczne, jest mniej więcej stały. Można się zatem spodziewać ciekawych zjawisk na styku między naszym „jednostajnym” wetwarem a wciąż „przyspieszającym” hard- i softwarem.

Brak synchronizacji życia maszyn z życiem człowieka sprawia, iż wiele czynności ludzkich w kontakcie z komputerem ma wątpliwy sens. Jakiekolwiek zaś ludzkie działania, także te bezsensowne, zabierają czas. A czyż w naszej kulturze nie panuje przekonanie, że czas należy wykorzystywać z sensem, bo stosunkowo niewiele nam go dano? Ars longa, vita brevis.

SZPARKA SEKRETARKA

Weźmy jako przykład prace biurowe – czynności proste i powtarzalne. Z nielicznymi wyjątkami (jak robienie kawy) dają pole do szerokiego zastosowania komputerów osobistych. Procesory tekstów, bazy danych, szablony, formularze elektroniczne – to narzędzia, dzięki którym biurokracja powinna sprawniej generować dokumenty, faksy itp. Odruchowo napisałem najpierw „sprawniej i szybciej”, ale drugi przymiotnik budzi wątpliwości. Dość bowiem wspomnieć obserwacje czynione niemal każdego dnia w kontaktach z biuralistami płci obojga stukającymi (z konieczności) w klawisze komputerów. Choć samo wpisywanie przez nich jakichś słów czy liczb zajmuje ledwie kilka chwil, to całkowity czas operacji prowadzącej do wygenerowania dokumentu jest równie długi, jak wtedy, gdy maszynistka musiała napisać cały dokument na maszynie. A bywa, że dłuższy.

Dlaczego? Bo ów skomputeryzowany urzędnik większość czasu poświęca na „walkę” z maszyną. Dopóki działa zgodnie ze schematem przewidzianym przez twórców oprogramowania, wszystko idzie w miarę łatwo i szybko. Ale niech mu się przydarzy jakiś „krok w bok” – często przez przypadek. Wtedy gubi się i trudno mu wrócić na utarty szlak rutynowych czynności. Rzecz nie w tym, że producent programu nie przewidział takich niespodziewanych wypadków. Zwykle przewidział. By jednak użytkownik wiedział, co się dzieje i umiał odpowiednio zareagować, potrzeba z jego strony trochę wiedzy albo inteligencji.

Kiedy więc na ekranie pojawiają się mało zrozumiałe komunikaty, standardowy użytkownik biurowy wpada w popłoch i próbuje wrócić na znaną sobie drogę postępowania. W wielu przypadkach wraca skrótem – wciska guzik reset. Istota problemu leży nie tyle w samym pojawianiu się niespodziewanych zdarzeń, ile w braku przygotowania użytkownika do radzenia sobie z nimi. Bowiem podobnie jak kierowca, nawet najlepszy i najostrożniejszy, powinien wiedzieć, jak się zachować w razie kraksy, tak użytkownik komputera winien znać podstawowe zasady postępowania w „sytuacji kryzysowej”. Powinien się ich nauczyć, na przykład z książek. Któż jednak zadaje sobie trud uważnego przestudiowania opasłych manuali? Wymaga to wysiłku i czasu, a i tak bywa często mało skuteczne, bo, jak pisze w książce Krzemowe remedium Clifford Stoll: Język informatyczny jest taki suchy i ubogi w przymiotniki, że musiało się to odbić na jego jakości. Nic dziwnego, że nowicjusze nienawidzą czytania podręczników komputerowych. (...) Nawet pamiętając o ograniczeniach językowych, trudno pogodzić się z bezdenną głupotą instrukcji do programów. Dopóki nie kupicie sobie Worda firmy Microsoft, nie dowiecie się, co to jest naprawdę przyciężka instrukcja. Waży ponad dwa kilo, czyli więcej niż niejeden laptop. Microsoft potrzebuje tysięcy stron, by opisać popularny program dla zwykłych ludzi. Czy naprawdę muszę to wszystko wiedzieć, by napisać list do swojej przyjaciółki Glorii?
.

SZYBKA STRATA CZASU

Komputery potrafią w mgnieniu oka przeprowadzić skomplikowane obliczenia czy przeszukać bazy danych. Dzięki wystarczająco dużej szybkości działania bywają użyteczne także w – jak się to określa – „czasie rzeczywistym”, czyli bliższym naszemu ludzkiemu doświadczeniu. Komputer może być na przykład „mózgiem” układu automatycznego pilota w samolocie rejsowym albo systemu naprowadzania tzw. inteligentnego pocisku. Może też płynnie reagować na działania użytkownika, jak choćby w rozmaitych grach symulacyjnych.

Właśnie – gry, symulacje... Im komputery szybsze, tym przedstawiana w nich rzeczywistość wirtualna może lepiej udawać tę prawdziwą, jest więc bardziej ponętna i wciągająca. A że człowiek, także ten skomputeryzowany, miewa słabości, daje się wciągać w takie zabawy, poświęcając im sporo czasu. Homo faber zamienia się w homo ludens. Pod obiema postaciami dzielą jednak ten sam czas.

Spójrzmy z szerszej perspektywy. Rozwój techniki i technologii daje coraz doskonalsze narzędzia, dzięki którym praca może być wykonywania lepiej, z mniejszym wysiłkiem i – przede wszystkim – szybciej. Czas wykonywania pracy skraca się i człowiekowi zostaje więcej tego poza pracą. A komputery to narzędzia szczególne w swojej uniwersalności. Służą zarówno przyspieszaniu pracy, jak i zagospodarowaniu „zaoszczędzonych” w ten sposób chwil.

STARE, DOBRE CZASY?

Gdybym pisał ten tekst ręcznie, albo nawet na poczciwej mechanicznej maszynie marki „Łucznik”, doprowadzenie go do postaci akceptowalnej przez Pana Redaktora trwałoby kilka razy dłużej. Ale może wtedy zabrałbym się do pisania znacznie wcześniej. A tak, mając komputer z edytorem i różnymi „wspomagaczami” – digitalnymi słownikami, elektroniczną biblioteczką i dostępem do Internetu – odkładam zabranie się do dzieła (może powinienem był tu użyć cudzysłowu?) na ostatnią chwilę. Bo ciągle wiele innych pilnych spraw do załatwienia – za pomocą komputera.

Nie jestem maniakiem gier komputerowych. Nie jestem też (mam nadzieję) chorobliwie uzależniony od Internetu. Ale spędzając wiele godzin dziennie przy komputerze chcę, by działał on jak najlepiej. Dlatego od czasu do czasu poświęcam część dnia na porządkowanie systemu, poznawanie nowego oprogramowania, czytanie instrukcji obsługi. Narzędzie zajmuje wiele mojego czasu samo dla siebie.

W szerszym wymiarze zajmuje także mnóstwo czasu społecznego. Liczne zastępy informatyków poświęcają znaczną część życia na zajmowanie się komputerami generującymi całą masę problemów, których by nie było, gdyby nie one. Więcej – szybko i wydajnie pracujące systemy komputerowe w rękach sprawnie posługujących się nimi ludzi pozwalają wyprodukować tyle „towaru”, że odbiorcy nie są w stanie go „skonsumować”. Stoll pisze: Prawnicy... Pomyślcie o kłopotach, jakich przysporzyły im komputery. Ponieważ bardzo łatwo jest wybierać cytaty z sieciowych serwisów prawniczych, adwokaci piszą uzasadnienia wklejając gotowe akapity do swego tekstu. (...) doskonały sposób na spowolnienie machiny prawniczej, gdyż do każdej sprawy powstają tomy akt, które inny prawnik będzie musiał w końcu przeczytać.

Oszczędzę Ci, Czytelniku, dalszej mojej pisaniny w nadziei, że doczytawszy niniejsze do końca nie będziesz szukał straconego czasu. Wciąż czuję jego presję. Muszę się np. bardzo spieszyć z wysłaniem niniejszego, by Redakcja zdążyła go włamać do bieżącego numeru. Zatem szybko na koniec: moim zdaniem, powiedzenie „czas robi swoje” wyraża jego opresyjny charakter. Może zmienię pogląd, kiedy raz jeszcze, spokojnie i powoli poczytam św. Augustyna, Kanta a przede wszystkim Prousta. Tylko skąd wezmę na to czas?


pm@wroclaw.com

Komentarze