|
|
Życie akademickieZałożenie, że jeśli ktoś pracuje w więcej niż jednym miejscu pracy, to w żadnym z nich nie może dobrze wykonywać swoich obowiązków, jest świadectwem Zbigniew Drozdowicz Czy wieloetatowość jest w środowisku akademickim czymś w rodzaju plagi społecznej? Może jest ona tylko pewną życiową koniecznością w sytuacji, gdy środowisko to jest tak nisko uposażone, że staje się obiektem żartów lub, co gorsza, publicznego politowania? Być może rację mają ci, którzy mówią, że jest ona symptomem naszych czasów – nastawionych na zarabianie gdzie się da, jak się da i ile się da – a ci pracujący na wielu etatach, to osoby, które potrafią dobrze sobie radzić w tych trudnych warunkach. PRZYPOMNIJMYO tych i podobnych kwestiach wypowiadałem się już w okresie, kiedy zapał i entuzjazm ministerialnych decydentów zdawały się wystarczać do wprowadzenia w życie takiej reformy szkolnictwa wyższego w Polsce, która miała m.in. położyć kres zatrudnianiu pracowników akademickich na wielu etatach lub przynajmniej w znacznym stopniu ograniczyć to zjawisko (por. Akademicka wieloetatowość, „Forum Akademickie” nr 3/1999). Jeśli w końcu do tego nie doszło, to stało się tak nie dlatego, że wyczerpał się zapał i entuzjazm ministerialnych reformatorów, lecz przede wszystkim dlatego, że zdecydowana większość środowiska akademickiego w Polsce nie życzyła sobie takiej reformy, jaka została mu wówczas zaproponowana. W ciągu z górą dwóch lat, w wyniku toczonych wokół tego projektu dyskusji, sporo zostało w nim zmienione. Pomimo to, środowiskowy opór wobec niego jest taki, że dzisiaj mówi się już nie o reformowaniu tej jakże ważnej sfery życia społecznego, lecz o „małej nowelizacji” starej ustawy o szkolnictwie wyższym z 12 września 1990 roku. Nowelizacja ta ma wprowadzać m.in. ustawowy obowiązek uzyskiwania przez nauczyciela akademickiego zgody rektora macierzystej uczelni na podjęcie dodatkowej pracy. To niewątpliwie „spadek” po projekcie, który jest już historią. Skłania mnie to do powtórnego wypowiedzenia się na ten temat. Nie chcę tutaj przywoływać wszystkich argumentów formułowanych wówczas za i przeciw. Powtórzę jednak generalną konkluzję tamtego artykułu. Sprowadzała się ona do stwierdzenia, że wysoko wykwalifikowany, dobrze zorganizowany i bardzo pracowity nauczyciel akademicki jest w stanie wypełniać rzetelnie swoje zawodowe obowiązki na dwóch etatach i każdy następny zaczyna być tzw. chałturzeniem lub też, co na jedno wychodzi, „rozmienianiem na drobne” wysokich kwalifikacji. Pozostała część tej wypowiedzi ma na celu zarówno wyraźniejsze wyartykułowanie tego, co w tamtym artykule zostało jedynie zasygnalizowane, jak i uzupełnienie jej o przynajmniej kilka, w moim przekonaniu istotnych, dopowiedzeń. STARE NIEPOKOJEMożna zapytać: czego obawiano się, stawiając z taką determinacją i – powiedzmy otwarcie – skutecznością opór wprowadzeniu ministerialnego projektu reformy szkolnictwa wyższego? Zapewne, nie ma jednej i jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bo i w tym przypadku o punkcie widzenia decyduje miejsce siedzenia. inaczej to widać z „góry”, z pozycji ministerialnego czy rektorskiego „stołka”, a inaczej z „dołu”, z pozycji uczelnianego profesora – mniejsza o to, czy zwyczajnego, czy nadzwyczajnego, doktora itd. Spróbuję na nie odpowiedzieć jako jeden z tych, którzy znajdują się w owym dole (i całkiem dobrze się tam czują). Zacznę od tematu pieniędzy. Otóż obawy te były i nadal są związane z kwestią uposażenia, w szczególności takiego jego ograniczenia, że albo żyć trzeba będzie samą nauką i nauczaniem, albo też tak „główkować”, aby pracując tylko na jednym etacie, w gruncie rzeczy pracować na dwóch lub więcej, co przecież też nie jest takie łatwe. Wprawdzie w jednym z trzech punktów, do których sprowadza się owa „mała nowelizacja” ustawy, mówi się o nowym systemie płac dla pracowników wyższych uczelni i wygląda to bardzo obiecująco, jednak pozostaje „stare” pytanie: skąd wziąć środki finansowe na znaczne podwyżki uposażeń tej grupy zawodowej? Obawiam się, że całkiem zwyczajnie, jak to już niejednokrotnie u nas się zdarzało, nie będzie z czego zrekompensować dzisiejszym wieloetatowcom utraty zarobków po zmuszeniu ich do jednoetatowości. Chodzi jednak nie tylko o pieniądze. Co więcej, skłonny jestem twierdzić, że istnieje całkiem spora grupa pracowników akademickich, którzy nie tyle obawiają się utraty części swoich dotychczasowych zarobków, co zdania się na łaskę i niełaskę uczelnianych decydentów, którzy po otrzymaniu dodatkowych uprawnień mogliby stać się kimś w rodzaju „rozdawców słodkich pierniczków” (jeśli tak można nazwać zgodę na podjęcie pracy poza macierzystą uczelnią). rzecz jasna, będą je dostawać grzeczni i układni lub przynajmniej karnie stojący w szeregu. Być może taki „model” sprawowania władzy sprawdza się w społecznościach, gdzie istnieje niewielka grupa „oświeconych” władców i liczna rzesza osób, które nie wiedzą, co jest dla nich dobre. Już samo przypuszczenie, że może tutaj chodzić o społeczność akademicką, jest nie tylko jakimś głębokim nieporozumieniem, ale też świadectwem całkowitej nieznajomości jego intelektualnych możliwości i potrzeb. Stwierdzenie, że obawa ta jest wydumana, bo przecież uczelniani decydenci też są członkami tej społeczności, wydaje mi się trudne do obrony. Podczas prawie 30-letniego przebywania w tym środowisku miałem okazję przyjrzeć się różnym „modelom” sprawowania władzy w uczelni i właśnie na podstawie tych obserwacji oraz osobistych doświadczeń artykułuję tę obawę. Nie chcę wchodzićw żadne szczegóły. Pozwolę sobie jednak zamknąć ten wątek pewną „filozoficzną” konkluzją. Otóż, każda władza odciska swoje specyficzne piętno na umysłowości sprawujących ją osób. Im dłużej jest ona sprawowana, tym piętno jest wyraźniejsze. POGŁĘBIONE OBAWYZwiązane są one przede wszystkim z pojawieniem się coraz bogatszej i coraz atrakcyjniejszej oferty pracy dla wysoko kwalifikowanej kadry wyższych uczelni. To, co jeszcze kilka lat temu wyglądało na jakąś efemerydę lub doraźny interes, który należy zrobić szybko i później zwijać żagle, dzisiaj w niejednym wypadku wygląda już na całkiem poważną i na tyle solidną propozycję pracy, że warto brać ją pod uwagę przy planowaniu kariery zawodowej. Myślę tutaj nie tylko o coraz liczniejszej grupie wyższych szkół prywatnych, ale także o instytucjach oferujących zarówno spore uposażenie, jak i możliwość intelektualnego rozwoju (np. różnego rodzaju fundacje czy organizacje doradcze). Sprawia to, że dzisiejsi pracownicy wyższych uczelni państwowych – bo tylko ich będzie dotyczyła owa „mała nowelizacja” – stając wobec problemu pozostania ich etatowym pracownikiem, coraz częściej będą rezygnować z tego niełatwego bycia kimś, kto ma przed sobą jeszcze wiele lat wyczerpującej i stresującej pracy. Nie jest to, oczywiście, grupa niewrażliwa na wypracowywane i utrwalane przez wieki różnego rodzaju akademickie etosy. Jak pokazuje życie, uwrażliwienie to nie wystarczy jednak do zatrzymania ich w uczelniach – nawet tych, które cieszą się wysokim prestiżem społecznym oraz oferują pracę i współpracę z autentycznymi autorytetami w swojej dziedzinie wiedzy. Wejście w życie ustawowych zapisów w sprawie wieloetatowości sprawi, że ci, którzy jeszcze dzisiaj z różnych względów, bywa że tylko sentymentalnych, zachowują związek z uczelnią, w której zdobywali swoje naukowe „ostrogi”, pójdą tam, gdzie otrzymają nie tylko lepsze uposażenie, ale także większy komfort psychiczny, w każdym razie nie będą nękani różnego rodzaju sprawozdaniami z działalności naukowej i dydaktycznej oraz wzywani przed oblicza rozmaitych komisji oceniających. Wśród owych odchodzących z uczelni znajdą się zapewne i tacy, którzy trafili do niej przez przypadek lub z chwilowego braku atrakcyjniejszej i odpowiadającej ich ambicjom oraz kwalifikacjom oferty pracy. Jestem jednak przekonany, że znajdzie się również spora grupa takich, którzy swoimi ponadprzeciętnymi uzdolnieniami i kwalifikacjami oraz zaangażowaniem w działalność naukową i dydaktyczną stanowili i stanowią o jakości badań i kształcenia. Bez nich całe to gadanie o akademickich etosach nie ma po prostu większego sensu. Krótko mówiąc, obawiam się, że ustawowy zapis o uzyskiwaniu zgody rektora na podjęcie pracy poza macierzystą uczelnią wzmocni jeszcze zjawisko negatywnej selekcji, które przecież już ma miejsce. Przekonuje o tym m.in. stosunkowo liczna grupa osób z profesorskimi tytułami w różnego rodzaju ciałach przedstawicielskich. GUBIENIE TALENTÓWZjawisko negatywnej selekcji występuje zresztą nie tylko wśród pracowników akademickich, ale także wśród najzdolniejszych absolwentów wyższych uczelni. Od wielu lat uczestniczę w pracach komisji prowadzącej rekrutację na studia doktoranckie. Z założenia stanowić mają one nie tylko tzw. trzeci etap kształcenia na poziomie wyższym, ale także swoistą sieć do wyławiania talentów, które mogłyby w przyszłości stanowić wartościową kadrę uczelnianą. Od czasu do czasu w ową sieć wpada „narybek” zdumiewający swoją wiedzą i intelektualną lotnością. Jest to jednak rzadkość i – co gorsza – w ostatnich kilku latach pojawia się jakby rzadziej. Coraz częściej natomiast przed oblicze komisji stawiają się osoby, które albo same jeszcze dokładnie nie wiedzą, co chciałyby w życiu robić i do czego mają odpowiednie predyspozycje, albo też takie, które już próbowały jakiegoś „zawodu” i doszły do wniosku, że najwygodniej będzie zostać „akademikiem”. Z reguły nie mają one złudzeń, że jest to dobrze płatne zajęcie, ale też nierzadko wyobrażają je sobie jako swoistą „pracę bez pracy” – przynajmniej takiej, w której trzeba się wykazać w konkretnym czasie konkretnymi wynikami. Wprawdzie już w trakcie studiów doktoranckich kadra profesorska próbuje ich przekonać, że niezupełnie tak jest (i nierzadko jej się to udaje), jednak rzadko kiedy efektem tej perswazji jest rozprawa doktorska, częściej natomiast przerwanie studiów doktoranckich. Rzecz jasna, tym niedoszłym doktorom „mała nowelizacja” ani nie pomoże, ani też nie zaszkodzi. Może natomiast zaszkodzić tym, którzy na studia doktoranckie trafili nie przez przypadek, lecz z autentycznej pasji badawczej, popartej rzeczywistymi uzdolnieniami, jednak tzw. proza życia zmusza ich do dorabiania gdzie się da oraz omijania jak się da złożonej deklaracji, że w trakcie tych studiów nie podejmą pracy zarobkowej. A z moich obserwacji wynika, że jest to spora grupa osób. POTRZEBA RZETELNOŚCINie twierdzę, że nie ma potrzeby ustawowego uregulowania kwestii wieloetatowości pracowników akademickich. Przeciwnie, uważam, że konkretne rozstrzygnięcia formalno-prawne powinny być przyjęte, i to im szybciej, tym lepiej, bo zjawisko nie tylko się rozszerza, ale przybiera niekiedy formy patologiczne (np. w postaci multietatowości, która urąga nie tylko higienie pracy, ale także zdrowemu rozsądkowi). Powinny one być jednak oparte na rzetelnym bilansie, z jednej strony, możliwości państwa (nie tylko finansowych, ale także w zakresie egzekwowania ustawowych wymogów), z drugiej natomiast, możliwości i potrzeb tych, których ta regulacja bezpośrednio „dotknie” (zapewne, nie tylko „uderzy ich po kieszeni”, ale też pozbawi komfortu psychicznego, wynikającego ze sporej niezależności od uczelnianych decydentów). Brak takiego rzetelnego rachunku może sprawić, że regulacja stanie się jeszcze jednym świstkiem papieru, z wypisanym na nim myśleniem życzeniowym – bo przecież nie ma takiego przepisu, którego nie można byłoby obejść – lub czymś w rodzaju kija i marchewki w rękach uczelnianych władz, bądź też – co wydaje się najbardziej prawdopodobne – źródłem konfliktowania tych, co „na górze”, z tymi, co „na dole”. Cały ten rachunek nie będzie jednak zbyt wiele wart, jeśli do regulacji prawnej nie zostanie dołączony rzetelny bilans prac, jakie pracownicy wyższych uczelni mogą i powinni wykonać w swoim tzw. podstawowym miejscu zatrudnienia (z reguły jest to uczelnia państwowa). Powiedzmy wyraźnie, że sporządzenie takiego bilansu nie jest sprawą prostą, bo przecież jego częściami składowymi są nie tylko zajęcia dydaktyczne – łatwe do oszacowania w kategoriach ilościowych, ale trudne do oceny jakościowej – ale także badania naukowe, przy których trudna do oceny jest ilość i jakość pracy, bo jednemu idzie ona łatwiej i szybciej, a innemu trudniej i wolniej. Zrobienie takiego bilansu nie jest jednak niemożliwe. Co więcej, nie potrzeba w polskim szkolnictwie wymyślać niczego szczególnego – co najwyżej, potrzebne jest pewne dostosowanie do naszych realiów już dawno wymyślonych i sprawdzonych w krajach zachodnich standardów ewaluacyjnych, takich jak wypełniane przez studentów arkusze oceny zajęć czy wskaźniki publikowalności i cytowań prac naukowych. Wszystko, co zostało tutaj powiedziane w sprawie prawnego uregulowania kwestii wieloetatowości, ma stanowić uzasadnienie generalnej tezy, że regulacja ta będzie miała szanse coś zmienić w uczelniach wyższych tylko wówczas, gdy ci, którzy będą ją wprowadzali w życie, wyjdą nie od pytania: na ilu etatach zatrudniony jest dany pracownik akademicki, lecz od pytania: czy wywiązuje się, czy też nie wywiązuje się on ze swoich obowiązków w macierzystej uczelni. Pytanie, czy pracuje on jeszcze w jakimś innym miejscu będzie tylko wówczas uzasadnione, gdy na poprzednie pytanie udzielimy odpowiedzi negatywnej. Być może w niejednym przypadku okaże się, iż tak właśnie jest. Jednak założenie z góry, że jeśli ktoś pracuje w więcej niż jednym miejscu pracy, to w żadnym z nich nie może dobrze wykonywać swoich obowiązków, jest świadectwem niedoceniania możliwości sporej grupy pracowników akademickich. BUJANIE W OBŁOKACHNa koniec chciałbym „pobujać w obłokach” i wyobrazić sobie sytuację, kiedy wszystkie sformułowane wyżej życzenia i postulaty znalazły właściwe przełożenie na realia życia akademickiego. Najpierw, oczywiście, trzeba tę „małą nowelizację” jakoś przepchnąć przez sejmowe komisje, sejm i senat. Wszyscy zainteresowani tą sprawą dobrze rozumieją, o co tutaj chodzi, a ci spośród posłów i senatorów, którzy nie za bardzo się w tym orientują, czy też niespecjalnie się tą sprawą interesują, mają tyle zaufania do swoich koleżanek i kolegów, że nie będą im utrudniali owego przepychania. Rzecz jasna, żadne partyjne gry, żadne jednostkowe i grupowe interesy oraz żadne parlamentarne lobby nie wchodzi tutaj w rachubę, bo wszyscy są przekonani, że nowelizacja jest sprawą nadrzędną i będzie dobrze służyła wszystkim – również uczelniom niepaństwowym, które tak głośno i stanowczo występowały przeciwko ministerialnemu projektowi ustawy o szkolnictwie wyższym. W efekcie wychodzi ona z parlamentu nie w postaci jakiegoś dziwoląga czy też takiego „minimum minimum”, że w gruncie rzeczy nie mogłaby niczego zmienić w funkcjonowaniu wyższych uczelni, lecz jest tak dopracowana, że zadziwia swoją doskonałością nawet uczelnianych prawników, których mało co w tym kraju dziwi. Rzecz jasna, bez żadnej zwłoki i oporów otrzymuje ona prezydencki podpis. Na uczelnie dociera, oczywiście, nie tylko sama nowelizacja, ale także wielki worek pieniędzy potrzebnych na ustawowo zagwarantowane podwyżki płac dla pracowników akademickich. Zdecydowana większość jest zadowolona, bo asystent zarabia teraz na poziomie średniej krajowej, a profesor jej trzykrotność. Wprawdzie ani jeden, ani drugi nie otrzymuje tyle, ile dotychczas zarabiał, sumując wynagrodzenie z kilku miejsc zatrudnienia, ale świadomość tego, że aby zaspokoić potrzeby swoje i swoich najbliższych nie musi już biegać po różnych uczelniach w pełni rekompensuje mu poniesione straty. W najśmielszych nawet marzeniach nie można jednak wykluczyć pojawienia się niezadowolonej mniejszości. Tych, oczywiście, Jego Magnificencja Rektor prosi o przedstawienie bilansu dokonań naukowych i dydaktycznych. Jeśli okaże się, że w tym samym czasie pracy potrafią zrobić dwa lub trzy razy więcej niż inni, to otrzymują zgodę na podjęcie pracy na drugim lub trzecim etacie. I oczywiście nikt lub prawie nikt spośród ich przełożonych, kolegów i współpracowników nie zazdrości im tej góry pieniędzy, którą dzięki swoim nadzwyczajnym zdolnościom i trudnej do masowego powielenia pracowitości potrafią zgromadzić. Jeśli natomiast okaże się, że nie są aż tak zdolni i pracowici, aby równie dobrze wywiązać się ze swoich obowiązków na kilku etatach, to albo rezygnują z niektórych z nich, albo rezygnuje z nich macierzysta uczelnia. tak naprawdę nie ma sensu po nich płakać, bo na zwolnione miejsca czeka już liczna i dobrze zapowiadająca się grupa doktorantów. Jak to zwykle bywa, gdzieś tam w uczelnianych zakamarkach na swoją szansę wskoczenia na zwolnione etaty czekają tzw. znajomi królika, ale uczelnia to w końcu nie salon towarzyski czy towarzystwo wzajemnej adoracji i ich szansa jest iluzoryczna. Pozostają jeszcze prywatni pracodawcy, którzy utracili znaczną część dotychczasowej kadry, tj. tych pracowników uczelni państwowych, którzy pracując na drugim czy trzecim etacie „załatwiali” im kwestie kształcenia na poziomie wyższym. Problem ten rozwiązują zatrudniając masowo emerytowanych pracowników wyższych uczelni państwowych (im ustawa nie zabrania dorabiania do emerytury). a gdy ich nie wystarczy, oferują takie warunki pracy młodym i zdolnym absolwentom wyższych uczelni, że ci wolą raczej pracodawcę prywatnego niż państwowego i, oczywiście, w krótkim czasie na tyle podnoszą swoje zawodowe kwalifikacje, że stają się profesorami już nie tylko z wizytówki na drzwiach gabinetu. Czy są to marzenia zupełnie oderwane od rzeczywistości? Zapewne, czas pokaże, i to – jak się zdaje – w niezbyt odległej przyszłości. Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu.
|
|
|