|
|
Życie akademickieSzkoda, że władze uczelni nie widzą potrzeby zainteresowania się Aleksander Wesołowski Być może, wypowiedź ta dotknie niesprawiedliwie tych, którzy mają inne zdanie, za co ich z góry przepraszam. Jednakże obstaję przy swoim. Widzę bowiem, że na niektórych masowych kierunkach studiów istnieją legalne praktyki „fabrykowania” magistrów czy dyplomowanych licencjatów. Pytam: komu zależy na „papierkowej” inteligencji z wyższym wykształceniem? Chyba nieodpowiedzialnym lub wierzącym w mamonę i przekonanym, że taka sytuacja nie może trwać długo, więc trzeba prędko zagarnąć co się da. Nad głowami wisi miecz reformy szkolnictwa wyższego, która ma uporządkować i znormalizować życie szkoły wyższej i jej pracowników. jednakże, jak widzimy, ma ona kiepskich akuszerów, którym celowo nie spieszy się z „porodem”. Wydłużany przez nich proces odkładania reformy jest nieobliczalnie drogi, zwłaszcza w swych społecznych skutkach. Efektem tego stanu rzeczy jest, po pierwsze, zaniedbanie rzetelnych badań naukowych przez większość pracowników szkół wyższych. Nie mają oni na nie czasu, zdrowia i spokoju. Zaniechanie ich wchodzi w nawyk i odbija się na przygotowaniu do pracy badawczej i dydaktycznej młodych pracowników nauki, co ujemnie zaznacza się na ich karierze i jakości pracy. Po drugie, koszt tych zaniedbań i obniżenia jakości pracy jest nie do obliczenia i przeraża, zwłaszcza w zakresie moralności i etyki nauczyciela akademickiego i studenta. Brak łączenia badań z dydaktyką, co jest niestety regułą, powoduje, że nauczyciel akademicki jest popularyzatorem cudzych myśli, bo sam nie ma nic lub niewiele do powiedzenia od siebie. Twórczość pisarska ogranicza się często do tłumaczeń, nie zawsze godnych upowszechnienia. „PISANIE” PRACYMarazm odbija się w dydaktyce studiów, szczególnie na etapie seminariów dyplomowych. W moim przekonaniu i praktyce pedagogicznej, seminarium dyplomowe było i jest wyższym etapem procesu studiowania. Charakteryzuje się głównie tym, że w jego toku odbywa się, pod kierunkiem promotora, wdrażanie do samodzielnej, wstępnej pracy naukowej, do samodzielności myślenia i umiejętności rozwiązywania problemów. Problem zaś to trudność, którą należy określić, sformułować, a następnie, według znanych kanonów wybranej metody, stopniowo rozwiązywać. Z tego też powodu seminarium winno być w zasadzie poświęcone jakiemuś ogólniejszemu problemowi, łączącemu szereg tematów prac dyplomowych, nad którymi pracują seminarzyści. Najlepiej będzie, jeśli problematyka seminaryjna łączy się z problematyką badawczą promotora. Dzisiaj zdarza się, że tzw. seminarium ma rozproszoną tematykę prac magisterskich, co powoduje brak zainteresowania uczestników, zamienia je w indywidualne konsultacje, a w praktyce niektórych promotorów powoduje powolny zanik pracy zespołowej i zaniechanie spotkań zespołu. Bywa też tak, że obciążony nadmiernie seminariami i liczbą studentów promotor nie odbywa zajęć. Rozdaje więc, niby na pokaz, stare prace magisterskie i oczekuje napisania na podobny temat pracy dyplomowej. Oczywiście, zajęcia seminaryjne zespołowe nie odbywają się, a plagiaty mają powodzenie. Największe zaniedbania są na studiach zaocznych, ponieważ kontakt studenta z promotorem jest ograniczony czasowo. Nic więc dziwnego, że student zapytany o zaawansowanie jego studiów odpowiada, że jest na etapie „pisania pracy magisterskiej”. „Pisanie” to właśnie synonim seminarium, którego często nie ma. W przyrodzie jednak nic nie ginie. W prasie znajdujemy ogłoszenia o usługach pisania prac dyplomowych na każdy temat. Mając pieniądze, można zamówić sobie pracę dyplomową i kłopot z głowy. Stąd moje pytanie: po co seminaria dyplomowe, po co „pisanie magisterki”, skoro nie spełniają swojej zasadniczej roli? KOZI RÓGSzkoła wyższa nie może poprzestawać na przekazywaniu pewnego kwantum wiedzy raz na zawsze. Najcenniejsze i najważniejsze zaś, co winna osiągnąć, to ukształtowanie osobowości studenta. Wysiłki te wymagają czasu i bezpośredniej współpracy promotora tak z zespołem, jak i ze studentem na odbywanych seminariach i konsultacjach. To tutaj powstaje relacja mistrz – uczeń. Tak być powinno, chociaż przypominanie tego jest żenujące. Czyż jesteśmy w „kozim rogu”, z którego nie ma wyjścia? Przecież mamona nie może przyćmiewać cnoty rozumu i szargać godności nauczyciela akademickiego. Mit uczonego pryśnie, a autorytet przepadnie, gdy społeczeństwo przekona się, że „śmietanka inteligencji” poszła na lep pieniądza. „Pisanie” zaś samej pracy dyplomowej odbywa się w końcowej fazie toku seminaryjnego. Niestety, i tu, przy pisaniu, zauważamy liczne mankamenty. Niektórzy, szczególnie „nowi” promotorzy, być może w trosce o poprawność merytoryczną i formalną pracy dyplomowej, a także w trosce o swój prestiż, chcą przejrzeć poszczególne rozdziały. Włączają się tym samym do współautorstwa, są korektorami dość licznych błędów, także ortograficznych, i zacierają w końcu samodzielny wkład studenta. Często, nie nadążając w czasie, przetrzymują pracę i denerwują jej autora. Taki styl współpracy nie jest wskazany. Kontroli postępów w studiach służą seminaria i konsultacje, na których student prezentuje swoje materiały, język i umiejętności pisarskie. Takie seminarium uczy uczciwej krytyki i poprawnego wyrażania myśli. Sądzę więc, że na takich seminariach student czuje swoją odpowiedzialność i doznaje pewnej satysfakcji z dobrze wykonanej pracy. Jego satysfakcja jest cenną zapłatą za takt pedagogiczny promotora, który jest przecież zasadniczą cechą w jego roli. Oczywiście, zaleca się przegląd pracy w pierwszej wersji. To nawet obowiązek, zanim powie się – tak, można przepisać i oprawić. To koniec dzieła. Wreszcie ostatni etap uczelnianego studiowania, to przygotowanie się studenta do egzaminu dyplomowego i sam egzamin. Promotor towarzyszy dyplomantowi w tym przygotowaniu, służąc choćby dobrą radą, jak się zachować. POGARDZANA DYDAKTYKAPowyższe uwagi zakładają, że niektórzy funkcyjni nauczyciele akademiccy nie doceniają pełnionej roli i odnoszą się do niej lekceważąco bądź są do niej nieprzygotowani. Dzieje się tak z powodu nikłej znajomości pedagogiki szkoły wyższej, bo wymagane od asystenta przygotowanie pedagogiczne jest „papierkowe”. Nic dziwnego, że stosunek do umiejętności pedagogicznych nauczyciela akademickiego, szczególnie młodego, jest także niepoważny. I tak „uczy Marcin Marcina”, a jego pedagogicznym credo jest rygoryzm, sianie strachu i często arogancki stosunek do studenta. Szkoda, że władze uczelni nie widzą potrzeby zainteresowania się przygotowaniem pedagogicznym własnych współpracowników oraz funkcjonowaniem i poziomem studium pedagogicznego. W efekcie, dydaktyka musi być w pogardzie i to nie tylko dlatego, że w karierze naukowej liczą się osiągnięcia badawcze i publikacje, ale dlatego, że wielu mniej utalentowanych pedagogicznie pracowników czuje niechęć do tej pracy i pracuje byle jak. Do tego żałosnego stanu rzeczy dochodzi jeszcze powszechnie znana sytuacja ekonomiczna pracownika. Zamiast jednak dążyć do uregulowania finansowego statusu tego prestiżowego zawodu, topi się go w wieloetatowości. Jest to tymczasowe i złe rozwiązanie, nie rokuje bowiem koniecznego przyrostu kadry z prawdziwego zdarzenia. Poruszone sprawy i problemy są powszechnie znane i mało popularne. Wiem, że nie mamy środków i sił, aby wszystko, nie tylko to, co się wali, natychmiast naprawić, ale przecież rzeczywistości nie buduje się projektami i obiecankami, a kontrolowaną pracą, rozwagą i zamiarami na miarę możliwości. Nie bawmy się w cudotwórców i myślenie, że „jakoś to będzie”. Potrzeba więcej realizmu, mądrości i odpowiedzialności. No, więc kiedy wreszcie będzie mądra reforma? Dr Aleksander Wesołowski, socjolog wychowania, rodziny i pracy, jest emerytowanym docentem Akademii Ekonomicznej w Poznaniu.
|
|
|