|
|
Szkielko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski Kiedy ksiądz profesor Józef Tischner, analizując spadek po komunizmie, z troską i rzetelnie posłużył się kryptonimem „homo sovieticus”, niejednemu otworzyły się oczy. Tak, to prawda, jesteśmy nasączeni odrazą do krytycyzmu i pozbawieni zdolności podporządkowania się zdrowemu rozsądkowi. Wolimy czekać na to, co zostanie zdecydowane za nas i nadal mówimy o mitycznych „onych”, którzy zapewnią niezbędne minima. Do dziś istnieją gromady ludzi, którzy nie widzą dnia pracy w biurze bez dziesięciu herbat, ale żądają za to podwyżek. Uważają, że pieniądze na ZUS pracodawca daje z własnej kieszeni, bo tak nakazuje ustawa, i nie dopuszczają myśli, że środki na ten cel muszą wypracować sami. Sądzą, że właściciel firmy wymaga wydajności tylko dlatego, żeby sobie samemu nabijać kabzę. Nie czują, że biedny biznesmen biednie płaci. Inny Józef, mianowicie Oleksy, oświadczył swego czasu, że 60 proc. społeczeństwa to ludzie bezwolni, którzy nigdy nie zmienią podejścia do życia i którym trzeba zapewnić to, co w komunie dawali „oni”. Opinie te, choć wypowiadane z odmiennych pozycji, w jakiś sposób się pokrywają. To właściwie jest ta sama ocena społeczeństwa postkomunistycznego, lecz oparta na krańcowo różnych przesłankach moralnych. W samym kolorze właściwie nie ma nic złego, a jednak w Gdyni zlikwidowano ulicę Czerwonych Kosynierów, w Płocku zabrano się do niszczenia pomnika Władysława Broniewskiego, a i w Moskwie żądano zmiany nazwy Placu Czerwonego. Zapomniano, że Czerwoni Kosynierzy to ochotnicze oddziały robotników dzielnie broniących naszych granic w 1939 r., że Broniewski był wielkim poetą, a plac przy Kremlu jest Czerwony od XVI wieku. Zapędy odnowicieli były nietrafne, jednak zgodne z nową poprawnością i zapewne miały służyć starciu z siebie pyłu niesławnych lat. Nie tędy droga. To nie pył, nie krawaty i nie nazwy decydują o tym, że nadal nosimy piętno gnębionych i poniżonych. Tkwi ono w nas głęboko i jest przekazywane następnym pokoleniom. Jeśli mamy z czymś walczyć, to ze zwichrowaną mentalnością, która tak bardzo utrudnia codzienne życie. Z odruchami warunkowymi, a nie symbolami, z dokuczliwym nastawieniem do ludzi. Do najważniejszych zawijasów psychologicznych, które przetrwały z tamtych lat, zaliczyłbym ten, który każe nam robić wszystko na opak. Przez cały powojenny okres totalitaryzm usiłował wykorzenić z nas samodzielność myślenia i przekonać, że jesteśmy tyle warci, ile nam się powie. Skutkiem takiego wychowania była likwidacja zaufania do bliźnich, paradoksalne pozbawienie wiary we wspólnotę. Z jednej strony nie doceniamy siebie samych, z drugiej, na zasadzie kompensacji, innych, bo dlaczegóż mieliby być lepsi. Kto dziś, mając 50 lat, zostaje dyrektorem, szybko staje się zastępcą swych podwładnych i usiłuje pracować za nich wszystkich. Jeśli czegoś sam nie zrobi, to pozostali – uważa – zrobią to źle. I dziwi się, że nowocześni biznesmeni poszukują na stanowiska kierownicze ludzi nieobciążonych przeszłością, młodych. Jeżeli zepsuł się zamek w drzwiach, to trzeba kupić dwa, bo jutro już takiego się nie dostanie. Właścicielka sklepu dziwi się, że ma mało klientów, ale zachowuje się za ladą jak owa sprzedawczyni z „Mistrza i Małgorzaty”, która na pytanie, czy jest woda mineralna, odpowiada, że nie ma i odwraca się obrażona. Rada miasta w kłótniach poświęca wiele godzin problemowi zaworów w kaloryferach, który mógłby być załatwiony w minutę przez hydraulika. Sfrustrowany kierowca odbija sobie niepowodzenia domowe i ustawicznie zajeżdża innym drogę, mając pretensje o to, że ktoś uszkodził mu błotnik. Pracownik pogotowia ratunkowego permanentnie spóźnia się do pracy. Urząd skarbowy ściga małych dłużników, a wielkim i bogatym woli schodzić z oczu, zaś mocodawca zwany fiskusem (po prostu: minister finansów o konkretnym nazwisku) popiera to w całej rozciągłości, proponując coraz nowsze przepisy odbierające biednym ostatnie grosze. Szczególnie razi grabieżczy pomysł z kasami fiskalnymi. Paszporty w całym województwie mazowieckim można zamawiać i odbierać już nie w gminie, ale tylko w jednej klitce przy ulicy Kruczej w Warszawie. A tam tłumy! Stoi się w ciasnocie po kilkanaście godzin, narzeka i złorzeczy. Lud polski nadal jest motłochem, z którym da się wyczyniać wszystko, co tylko nie spowoduje protestu ulicznego. Ale też jaki to jest lud? Ano taki, że kto po 8 godzinach sterczenia na korytarzu wreszcie dopadł upragnionych drzwi, usiadł przy wymarzonym biurku i położył przed urzędniczką wypełniony drukowanymi literami formularz, ten zaczyna się wdawać w rozmówki, wyraźnie odpoczywać na petenckim krześle, zapominając, że za drzwiami czekają następni. Zamiast załatwić sprawę w 10 sekund, rozprawia 5 minut i opowiada dowcipy, chcąc się przypodobać zmęczonej pani od przepustek za granicę. Role, które nie odpowiadają tej scenie. Gry z innego dramatu. Czy jest jakiś reżyser? Jeśli tak, to prowadzi próbę nie tej sztuki. e-mail: pmuldner@mp.pl.
|
|
|