|
|
Wyznania szalonego humanistyLeszek Szaruga Podjęcie decyzji samobójczej jest nieetyczne (nie mówię o grzechu śmiertelnym, bo to inna kwalifikacja) dlatego, że człowiek we własnej sprawie sędzią być nie powinien i nie może wydawać na siebie wyroku śmierci. tym bardziej nie może być własnym katem. Dziś, gdy w Holandii – a więc na całym świecie – wprowadzono prawo do eutanazji, ze szczególną uwagą powtórzyłem lekturę artykułu Barbary Chyrowicz SSpS („FA” 3/2001). Czytam w nim zdanie następujące: „Zgodzimy się co do tego, że nie wolno nam podejmować działań bezpośrednio naruszających dobro drugiego człowieka lub własne”. Czy ja wiem? Prawdziwość takiego zdania nie wydaje się bezwzględna, w dodatku zależy od tego, co za owo dobro uznamy. Czy dobrem jest, jak pisze autorka, „nasze biologiczne życie”, które w dodatku stanowi „wartość o fundamentalnym znaczeniu dla całości naszej egzystencji”? Przyznam, że ze smutkiem odrzucam pokusę logicznej analizy tych wszystkich sformułowań, przede wszystkim zaś chęć konfrontacji przywoływanej w artykule liczby mnogiej („my”) z liczbą pojedynczą („ja”) człowieka podejmującego samotnie ostateczną decyzję dotyczącą jego własnego losu. Nie będę też usiłował analizować twierdzenia mówiącego, że biologiczne życie jest fundamentalną wartością.Przekora wszakże skłania mnie do zbudowania takiej oto figury: jeżeli podjęcie decyzji samobójczej jest złem bezwzględnym, to jak traktować kogoś, kto „szuka śmierci” w walce o realizację takich wartości, jak wolność ojczyzny lub poświęca, jak powstańcy z warszawskiego getta, swe „biologiczne życie” w imię ocalenia własnej godności? Wiem, że takie stawianie sprawy może być odczytane jako demagogia, rzecz w tym jednak, że demagogią to nie jest. Godność człowieka jest wartością, która być może – choć zależy to, rzecz jasna, od „skali wartości” – przewyższa wartość, jaką stanowi biologiczne życie. Gdybym tak nie sądził, nie występowałbym przeciw popularnemu swego czasu na Zachodzie hasłu mówiącemu, iż „lepiej być czerwonym niż martwym”. W imię obrony „życia biologicznego” hasło to należałoby nie tylko przyjąć, ale rozpropagować jako najwłaściwszy argument na rzecz oddania całej ludzkości pod władzę komunizmu. Jak wiadomo jednak, byli tacy, którzy postępowali wbrew temu hasłu, którzy – by mu się przeciwstawić – świadomie poświęcali swe życie. W tym, co dotychczas powiedziałem, chodzi mi przede wszystkim o to, że życia, szczególnie życia człowieka jako istoty obdarzonej zmysłem wiary i rozumem, nie da się zredukować do jego wymiaru biologicznego. Że – więcej – ów wymiar biologiczny być może stanowi wartość i jest dobrem, ale nie on określa sens ludzkiej egzystencji. I tu dotykamy już materii niezwykle delikatnej, gdyż wkraczamy na teren nie dość poznany. Oczywiście, życie w cierpieniu nie musi być bezwartościowe. wszakże, czy możemy mówić, że człowiek może i winien znosić każde cierpienie? I gdzie jest owa granica? A jeśli owej granicy nie umiemy „obiektywnie” nakreślić, czy znaczy to, że ona nie istnieje? Pisze Barbara Chyrowicz: „Cierpienie zawsze jest złem, złem fizycznym, a nie moralnym, ale zdecydowanie złem. (...) Cierpienie może być jednak, i często bywa, szansą. Pozbawieni zdawałoby się wszystkiego, odzyskujemy czasem siebie”. Powtarzam raz jeszcze: czasem! I pytam: a jak często bezpowrotnie, tak we własnych, jak w cudzych oczach, siebie gubimy? Jak często poczucie utraty godności w cierpieniu jest nie do zniesienia? A przecież nikt za mnie nie jest w stanie określić, czym jest moje poczucie godności ludzkiej. o ile wiem, jeszcze nikt się nie ośmielił definiować tego pojęcia tak, by można się było nim posługiwać, jak fizycy lub astronomowie posługują się swymi miarami. Znamy przecież wypadki, gdy zagrożony cierpieniem i spowodowaną przez to cierpienie utratą kontroli nad sobą człowiek wybierał śmierć raczej niż życie w hańbie, jaką by było okazanie owej słabości w śledztwie. Wiem, że mówię o sytuacjach skrajnych, granicznych, ale też przecież sytuacja, w której zakłada się prawo do korzystania z eutanazji, do takich bez wątpienia należy. to sytuacja skrajna i graniczna. Oczywiście, że dramatycznie brzmi zakończenie artykułu: „Przyjmując ustawę o dopuszczalności aborcji stwierdzono, że czasem lepiej jest nie żyć, obrońcy ustawy eutanatycznej dowodzą nam, że czasem lepiej już nie żyć. Kto następny?”. To wiemy: wszelcy inni, którzy „nie pasują” do wymyślonej przez kolejnego bandziora wizji „idealnej republiki”: kalecy, homoseksualiści, skośnoocy, blondyni itd. Wszakże nie do końca przychodzi mi się zgodzić z utożsamieniem ustawy dopuszczającej aborcję (gdzie decyzję podejmuje się za kogoś) z ustawą eutanatyczną (gdzie decyzję ja sam podejmuję). Jeśli mamy sensownie o tych problemach rozmawiać, warto stosować bardziej subtelną aparaturę pojęciową, dokonywać nie zawsze wygodnych rozróżnień. To komplikuje sprawę, na pewno. Ale też zmusza do wyostrzenia spojrzenia, do wyjścia poza gotowe schematy myślenia. Bo, oczywiście, najłatwiej mówić w tym kontekście o niebezpieczeństwach „cywilizacji śmierci”. Ale zastanówmy się czasem: czy zawsze będziemy skłonni uznawać śmierć za zło? To pytanie dość brutalne, ale warto rozważyć jego filozoficzne czy teologiczne konteksty. Na koniec wreszcie chciałbym – w tym wypadku nawet muszę to uczynić – złożyć deklarację osobistą: jestem zarówno przeciw eutanazji, jak przeciw karze śmierci (eutanazja to tyle, co wyrok śmierci wydany na siebie samego). Wszakże nie jestem skłonny odmawiać dyskutowania mego stanowiska i wiem, że ta sprawa – jak zawsze wówczas, gdy mamy do czynienia ze sprawą życia i śmierci – jest zarazem oczywista i skomplikowana, a tym samym nakreśla (będę nieco cyniczny) wspaniałe pole badawcze, jest wyzwaniem dla naszych umysłów.
|
|
|