Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 6/2001

Autonomia pod presją
Poprzedni Następny

Polemiki

Nie unieważniajmy tradycji uniwersyteckiej autonomii, by przystosować 
uczelnię do aktualnych trendów w gospodarce, polityce czy kulturze.

Grzegorz Filip

Fot. Stefan Ciechan

W najnowszym zeszycie kwartalnika „Zagadnienia Naukoznawstwa” (4/146 2000) przeczytałem artykuł prof. Ireneusza Białeckiego Tradycje akademickości i społeczeństwo wiedzy. W kilku omawianych przez autora kwestiach mam odmienne zdanie i o tym chciałbym tu powiedzieć.

Ireneusz Białecki rozważa problem autonomii uczelni i następującą dziś, według niego, zmianę znaczenia tego pojęcia. Przypuszcza, że w naszych środowiskach akademickich nadal dominuje przekonanie, iż autonomia, rozumiana jako wolność badań i nauczania, to wartość autoteliczna. Zapewne – powiada – znaczna część środowiska chciałaby jak najszerszej autonomii, pragnęłaby, aby kwestie misji uczelni, jej zadań definiowane były przez akademickie kolegia i korporacje, a nie przez kogoś z zewnątrz. Tymczasem – przekonuje autor – pojęcie autonomii zmienia się, staje się bardziej praktyczne. Autonomią można dziś nazwać wartość o charakterze instrumentalnym, stopniowalnym i funkcjonalnym. Chodzi o to, by o kształcie uczelni w większym stopniu decydowało jej otoczenie. W krajach zachodnich – pisze prof. Białecki – sposób uprawiania nauki, tworzenia wiedzy i programów nauczania jest mniej niż w Polsce autonomiczny. Istnieje tam tradycja niezależnych stowarzyszeń zawodowych i silny kult profesjonalizmu, które od dawna wpływają na to, czego uczy się w uczelniach. W Polsce transmisja wydaje się być odwrotna: to akademicki styl uprawiania wiedzy wpływa na wzory zawodowe.

Jako współczesną przeciwwagę pojęcia autonomii wprowadza Białecki pojęcie sprawności. Uważa, że w sytuacji zewnętrznego nacisku na sprawność i funkcjonalność, uczelnia powinna lepiej wyważyć proporcje między autonomią i sprawnością, tym co ponadczasowe i tym co instrumentalne. Partnerzy społeczni – mówi Białecki – powinni współdefiniować, negocjować i uzgadniać zadania dydaktyczne szkoły, mieć statutowo zagwarantowany wpływ na jej zarządzanie, mianowanie funkcjonariuszy, określanie zakresu ich uprawnień i odpowiedzialności.
Białecki podważa też Humboldtowską zasadę jedności badań i nauczania, coraz mniej, jak mówi, niezbędną w masowym szkolnictwie wyższym, gdzie potrzeba więcej wiedzy użytkowej. Jedność badań i nauczania oraz autonomia, do których tak przywiązane są środowiska akademickie szkół państwowych, zdają się nie do utrzymania w przyszłości – konkluduje.

MISJA KULTUROWA

Wszyscy piszący o sprawach akademickich zgadzają się chyba, że uniwersytet powinien ułożyć sobie sensownie współpracę z otoczeniem. Radykalizm propozycji prof. Białeckiego polega jednak na tym, że chce on, by partnerzy społeczni szkoły mieli statutowo zagwarantowaną kontrolę nad jej działalnością. Nietrudno się przy tym domyślić, że to nie oni, lecz władze szkoły i środowisko akademickie, ponosić będą odpowiedzialność za konsekwencje takiego rozwiązania. Oczywiście, uniwersytet nie może być wieżą z kości słoniowej. Im uważniej wsłuchuje się on w swoje czasy, tym donioślejsze są prowadzone tu badania i tym lepsi absolwenci. Ale to nie poddawanie się dyktatowi rynku jest dziś dla uniwersytetu najważniejsze, lecz właśnie przeciwstawienie się owej presji. Pod ładnie brzmiącym hasłem współpracy uczelni z otoczeniem społecznym kryje się bowiem niebezpieczeństwo jej komercjalizacji, urynkowienia i utraty tego wszystkiego, co w uniwersytecie wiąże się z kulturą wysoką. Środowisko akademickie dostrzega te niebezpieczeństwa. Patrzenie bardziej w kategoriach jakości i skuteczności niż w kategoriach fundamentalnych zadań duchowych i cywilizacyjnych krytykował niedawno w „Rzeczypospolitej” prof. Andrzej Paszewski. Na utylitarny aspekt badań i kształcenia zwrócił uwagę w „Znaku” ks. Tomasz Węcławski. Prof. Andrzej Pelczar pisał w „Tygodniku Powszechnym”, że koncentrowanie się jedynie na doraźnych potrzebach społecznych może być zagrożeniem misji uniwersytetu. Zacytujmy wreszcie zatroskanego o uczelnie amerykańskie Allana Blooma: Uniwersytet musi oprzeć się pokusie, jaką jest wszechstronna usługowość wobec społeczeństwa. Ma on swoje interesy, społeczeństwo wiele innych, toteż uniwersytet musi swoich interesów pilnować, aby nie ucierpiały na skutek jego dążeń do większej użyteczności, większej popularności i „bycia na bieżąco” (Umysł zamknięty).

Związek uniwersytetu z otoczeniem społecznym widzę inaczej niż prof. Białecki, nie jako nacisk wywierany na uczelnię przez środowisko, w którym istnieje, ale jako misję kulturową uniwersytetu wobec otoczenia. Uniwersytet całym swoim działaniem pełni misję w stosunku do społeczeństwa: prowadzi badania naukowe, kształci, przechowuje wiedzę, wyznacza poziom inteligencji, którą ze swych murów wypuszcza. Gdyby w kształtowaniu misji uniwersytetu zdać się na zmienne wpływy rynku, który dziś preferuje jedno, jutro zwraca się w zupełnie innym kierunku, gdyby polegać na różnorakich, często przeciwstawnych interesach poszczególnych organizacji i grup, gdyby potraktować, jak proponują niektórzy, studentów jako konsumentów, wówczas uniwersytet stanie się jeszcze jednym supermarketem. Sprzedawcy z profesorskimi tytułami będą w nim handlować najpożyteczniejszą i najlepiej sprzedającą się informacją (bo przecież nie wiedzą), a promocje i przeceny staną się stałym składnikiem życia akademickiego. Elita wszak na rynku się nie liczy.

Żyjemy w czasach globalnego supermarketu, gdzie handluje się wszystkim. Istnieje jednak instytucja państwa, mająca niejakie obowiązki wobec obywatela. Utrzymuje ona na przykład kilka teatrów, orkiestr symfonicznych i galerii, które sytuują się w niewielkiej strefie poza obszarem wszechobecnego handlu. Na tym marginesie egzystują także uniwersytety, instytucje państwowe, których misja może i powinna być kształtowana niezależnie od handlowych reguł. Dlatego irytują mnie publicystyczne enuncjacje, jakie pojawiają się dziś w prasie ogólnej i akademickiej pod hasłem: Absolwent jako produkt na rynku pracy. Autonomia uniwersytetu to jego niezależność od machiny handlu. Ów margines niezależności jest strefą spraw najważniejszych. Tu przechowany zostanie do lepszych czasów pierwiastek duchowości, tu zachowane zostaną zręby kultury zalanej morzem troglodytyzmu. O taką rolę uniwersytetu upominał się Ortega y Gasset.

ARYSTOKRATYCZNY AUTORYTET

Postulaty prof. Białeckiego zaakceptować można w odniesieniu do szkół zawodowych. Tu rzeczywiście otoczenie powinno w niejakim stopniu decydować, czego i jak się uczy oraz kto to robi. Można wierzyć, że sporą część tego kłopotu rozwiąże rynek pracy, preferując takich czy innych specjalistów. Resztę problemów, bo rynek nigdy ich wszystkich nie rozwiązuje, mogą negocjować władze uczelni z otoczeniem. Niebezpieczne wydają się natomiast próby narzucenia uniwersytetom standardów przyjętych w szkołach zawodowych. Choć i tych pierwszych nie oddawałbym bez walki w szpony barbarzyńskiego profesjonalizmu i płaskiej praktyczności. Dzisiejsi absolwenci wyższych szkół zawodowych, jakimi są politechniki, uczelnie ekonomiczne, akademie medyczne i rolnicze, to kulturowi barbarzyńcy. Nacisk na doskonałość i profesjonalizm spowodował zaburzenie hierarchii celów w tych uczelniach. Zapomniano o zadaniu formowania umysłów, nadawania im kulturowego kształtu. Jedynie uniwersytety dbają jeszcze o jakieś szczątki formacji kulturowej swoich studentów. Nieszczęściem jest przy tym dzisiejsze zagubienie humanistyki, która byłaby tu pomocna. Tymczasem, mając kłopoty z własną tożsamością, nie jest w stanie formułować idei ochronnych w nowym kontekście kulturowym. A przecież idee wiedzy, prawdy, mądrości, przeciwstawione modnej dziś idei społeczeństwa informacji, mogłyby obronić tożsamość uniwersytetu.

Wiem, pomysł uniwersytetu kształtowanego przez otoczenie to szlachetny koncept demokratyczny. Oto bowiem w pluralistycznej dyskusji różne grupy miałyby wypracować konsensus i ukształtować oblicze drogiej im wszystkim uczelni. Zapomnijmy o tych mrzonkach. Uniwersytetowi potrzebny jest arystokratyzm naukowego autorytetu, nie demokratyczna giełda, trzeba mu dyktatury myśli, prawdy i wiedzy, nie zaś niekończących się pluralistycznych dyskusji o kształcie uczelni, prowadzonych z udziałem różnych partnerów społecznych. Uniwersytetowi potrzebny jest fundament pewności, na którym można budować badania i dydaktykę, nie zaś ruchome piaski najnowszych mód i zmiennych wpływów kultury masowej.

Podstawowy skład zasad musi więc być niezmienny, nienegocjowalny. To właśnie misja uczelni. Na jej podstawie można dopiero dyskutować, zmieniać, reformować, przystosowywać. Podobną opinię prezentowała prof. Janina Jóźwiak na seminarium Misja uczelni (SGH 1998). By zachować tu racjonalne proporcje, presji zewnętrznej przeciwstawić trzeba nacisk przeciwny.

NA POZIOMIE TELEWIZJI

Tymczasem pojęcie misji bywa dziś redefiniowane. Tradycyjnemu jej rozumieniu przeciwstawia się nowe, formułowane raczej w kategoriach biznesu i teorii organizacji niż w języku kultury akademickiej. Dotąd misję uniwersytetu rozumiano uniwersalnie, przeważnie jako współtworzenie i ochronę kultury i tożsamości narodowej, tworzenie, interpretowanie, przechowywanie i przekaz wiedzy, poszukiwanie prawdy, budowanie kanonu wiedzy uniwersalnej. Podobnie rozumiały swoje zadania uczelnie różnych krajów. Obecnie, środowiska nastawione przede wszystkim na efektywność i spełnianie przez uniwersytet oczekiwań otoczenia naciskają, by każda uczelnia określiła swą własną misję, uzależniając ją od lokalnego kontekstu. Wydawałoby się, że owo szczegółowe określenie zadań uczelni w jej środowisku społecznym nie powinno kolidować z ogólnie sformułowaną misją. Tak jednak być nie musi.

Otoczenie, składające się przeciętnie z ludzi kiepsko wykształconych ogólnie i może nawet nieźle wykształconych profesjonalnie, ma określone potrzeby, innych nawet sobie nie wyobrażając. Będzie się ono starało narzucić własną perspektywę i narzuci ją, tak jak to się stało w przypadku telewizji publicznej. Standardy, jakie w niej wyznaczyła grupa ludzi odpowiedzialnych za kształt programu, powołując się na rzekome zapotrzebowanie społeczne, odwołują się do ćwierćinteligenta. Uniwersytet zarządzany przez ludzi spoza elity umysłowej może zejść do takiego poziomu intelektualnego, jaki prezentuje telewizja.

Jak dotąd, presja otoczenia przejawia się w polskich uczelniach w zwielokrotnieniu liczby studentów (zajęcia prowadzi się już nie tylko w barakach i na strychach, lecz także w pozbawionych okien piwnicach). Pod presją otoczenia profesorowie spędzają życie w pociągach zamiast w laboratoriach. Presją tą podyktowane jest mnożenie specjalności, tworzenie kierunków o modnych nazwach, mnożenie przedmiotów studiów. Policzono, że na świecie wykłada się 400 przedmiotów ze słowem „ekologiczny” w nazwie. Jest więc matematyka ekologiczna czy ekologiczna poezja.

Nie unieważniajmy tradycji uniwersyteckiej autonomii, by przystosować uczelnię do aktualnych trendów w gospodarce, polityce czy kulturze. Uniwersytet przetrwał już wielokrotne zmiany takich trendów, jest instytucją długiego trwania, co nie znaczy, że miałby się w niczym nie zmieniać. Uniwersytet nie musi ulegać presji rynku, presji kultury masowej, może sobie pozwolić na chwilową niepopularność, by przeczekać czasy niekorzystne dla wiedzy, poważnie traktowanej kultury, autorytetu, prawdy, twórczego wysiłku. Czasy zdziecinnienia, łatwości, ignorancji nie będą trwały wiecznie. Choć rozpowszechnione jest dziś przekonanie o swoistej nieuchronności obecnych trendów, nie mamy żadnych rozsądnych powodów, by się takiemu determinizmowi poddawać. Uniwersytet nie powinien ulegać dramatycznym rozterkom, tylko rozwijać się nadal w kierunku obranym przez jego twórców i projektodawców: Humboldta, Newmana, Ortegę y Gasseta. Dostrzegany dziś kryzys tożsamości uniwersytetu nie musi być, jak się zdaje, tak głęboki i pozbawiony możliwości przezwyciężenia. Drogą wyjścia nie może być jednak darwinowskie przystosowanie do środowiska.

Komentarze