Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 6/2001

Niebezpieczeństwa popularyzacji
Poprzedni Następny

Poczta elektroniczna

chyba nawet najtępsi spośród moich studentów przynajmniej czuli, 
iż wiedza naukowa nie da się sprowadzić do prymitywnego 2 + 2 = 4.

Paweł Misiak

Fot. Stefan Ciechan

Na łamach „FA” od jakiegoś czasu pojawia się wątek popularyzacji nauki. Jedni analizują, inni dają wskazania, jeszcze inni biadolą nad upadkiem sztuki i brakiem motywacji do jej uprawiania. Większość wypowiadających się przyjmuje założenie, iż popularyzacja to rzecz godna zachodu, społecznie potrzebna i wartościowa. Czy jednak jest to założenie w pełni prawdziwe? Czy popularyzacja niesie tylko pozytywne skutki? Czy kaganek naukowej wiedzy wniesiony pod strzechy nie sprowadza niebezpieczeństwa umysłowego pożaru, po którym miast jasnego oglądu świata zostają jeno zgliszcza rozumu?

W jednym z poprzednich odcinków Poczty elektronicznej wspominałem o książkach elektronicznych w polskojęzycznej przestrzeni internetowej. Otóż ściągnąłem sobie sporo takich książek, a pośród nich znalazło się i dziełko Akademia cudów A. Sznapera. Jego lektura poruszyła mnie do głębi, choć może nie w sposób, jaki zamierzył sobie autor.

Ta pięćdziesięciokilkustronicowa książeczka jest świadectwem iście renesansowego rozmachu umysłowego. Porusza pełne spektrum tematów – od matematyki i filozofii nieskończoności, przez teorię względności, socjologię, teologię, kulturę języka, po ufologię i zjawiska paranormalne. Ileż istotnych pytań, ile myśli głębokich i cytatów (opisanych jako takie lub nie) wplótł autor między słowa własne a ważkie! A wszystko w objętości większej broszury, do niespiesznego przeczytania „od dechy do dechy” w jeden wieczór.

UMYSŁ NIESTABILNY

Kiedy zabrałem się do lektury, nie zwróciłem uwagi na niewielką notkę Od Autora, na samym początku książki. „Zajawka” na serwerze oferującym książkę była zachęcająca: „Akademia cudów” jest zbiorem esejów poświęconych wybranym problemom naukowym: „wielkiemu wybuchowi” wszechświata, działaniu ludzkiego mózgu i zagadce niezidentyfikowanych obiektów latających. Jakże nie czytać z wypiekami na policzkach?

W trakcie czytania kolejnych stronic i rozdziałów rosło we mnie poczucie niepewności. Z początku wydało mi się, że autor na wysokim poziomie ironizuje. Im dalej jednak zanurzałem się w gąszcz zapisanych w tych „esejach” myśli, tym większe ogarniały mnie wątpliwości. A chciałem przecież dać autorowi szansę, chciałem wierzyć, że warto tę książkę czytać. Wróciłem zatem do początku i rzuciłem okiem na owo wstępne Od Autora (znamienny ten autor, piszący się wielką literą): Być może niektórzy matematycy i fizycy żachną się na te myśli antytermodynamiczne; być może niektórzy spośród teologów żachną się na poglądy sprzeczne z kanonami; być może niektórzy ludzie z wyobraźnią twórczą znajdą w nich inspirację? Sądzę, że warto było utrwalić te przemyślenia dla innych. Obym się nie mylił.

Niestety więc, okazuje się, że to wszystko serio! Ręce mi opadły. Gdybym był czytał książkę w wydaniu papierowym, zapewne i ona opadłaby na podłogę, po czym wylądowała na stosie makulatury. Ale że miałem przed sobą wersję elektroniczną, mogłem co najwyżej zamknąć readera i wcisnąć klawisz Delete. Jednak nie – zaparłem się i przeczytałem do końca, próbując zrozumieć, skąd się takie książki biorą. Zresztą, sam autor szantażuje czytelnika: Ponieważ, jako się rzekło, słowo Słowu nierówne, należy czytać bardzo uważnie, bo „prześlizgiwanie” się nad tekstem (czego uczył „Przekrój”) niewiele daje. Amerykanin Thoreau powiedział, że książki powinny być czytane z taką samą wnikliwością, z jaką były pisane, a Whitte ocenił, że przeciętny czytelnik rozumie zaledwie pięćdziesiąt procent w czytanym tekście.

OGÓLNA TEORIA WSZYSTKIEGO

P. Sznaper zaczyna od razu ostro – od Wielkiego Wybuchu. Nie wiem tylko, dlaczego wciąż pisze o nim z błędem ortograficznym – nawet w tytule rozdziału stoi Big-Beng. Może to jakaś specjalna gra skojarzeń? – pomyślałem sobie. Może chodzi o powiązanie słynnej teorii kosmologicznej z nie mniej słynnym londyńskim zegarem? Tylko po co, bo żadnego związku, poza „słynnością” nie widzę.

A oto próbka eseistyczno-naukowego stylu autora: Wszelkie dysertacje na temat narodzin wszechświata za sprawą wielkiego wybuchu pozbawione są logicznych podstaw. Być może twierdzenia takie wtedy nabrałyby sensu, gdybyśmy umieli zamknąć w eleganckim równaniu trzy parametry: czas, przestrzeń i materię. Winno to być równanie równie jasne i precyzyjne, jak einsteinowskie E = mc2. Podejrzewam, że równanie takie nigdy nie powstanie, bo skoro założyliśmy, że czas i materia zrodziły się z wielkiego wybuchu, to zawsze zabraknie odpowiedzi na pytanie, skąd się wzięła owa przestrzeń, a więc próżnia, która otaczała superczarną dziurę tkwiącą w niczym? Może raczej należałoby skromnie przyznać, że teoria o wielkim wybuchu okazuje się paradoksem, a nasze domniemania naukowe fikcją wygodną dla podparcia fałszywej hipotezy. Itd., itd. W ogólności chodzi o to, że cała ta teoria względności, astrofizyka czarnych dziur i kosmologia nie bardzo daje się pojąć na „zdrowy, chłopski rozum”.

Motyw teorii względności wciąż powraca, to w kontekście dalekich lotów kosmicznych, to w związku z nieskończonością, to znów sam w sobie. Na przykład: Jeżeli to prawda, że przy osiągnięciu prędkości światła masa wzrasta do nieskończoności, to trudności związane z napędem rakiety zostają samoczynnie rozwiązane i pokonane, co jednoznacznie wynika z teorii, w myśl której ułamek nieskończoności sam stanowi nieskończoność. Tak więc w trakcie lotu można by najmniejszym ułamkiem czegokolwiek napędzać całą rakietę. W tym miejscu mógłby ktoś powiedzieć, że wzrasta również ilość potrzebnej do napędu energii. Zgoda, ale mając dwie nieskończone – masę i energię – i wiedząc o tym, że ułamek nieskończoności sam stanowi nieskończoność, moglibyśmy dowolnym ułamkiem masy, na przykład temperując ołówek, napędzać całą rakietę, gdyż uzyskiwalibyśmy nieskończoną ilość energii. Albo nieco dalej: Ilekroć myślę o prędkości światła i założeniach teorii, wynikają z tego paradoksy. Uczeni wiodą niekończące się spory stawiając sobie pytanie, czy światło jest natury korpuskularnej czy falowej, a więc czy jest to fala, czy materia? A my postawmy sobie podstawowe, choć dla uczonych głów naiwne pytanie: z czego składa się fala, jeżeli nie z materii? Cóż innego mogłoby „falować”? Nicość? Ale, jeżeli fala składa się z materii, a więc z masy, w jaki sposób można by to pogodzić z teorią, w której jest powiedziane, że masa poruszająca się z prędkością światła osiągnęłaby wielkość nieskończoną?

Czepiłem się akurat teorii względności, bo przez życiowy przypadek miałem z nią dość dużo do czynienia, najpierw studiując, potem wykładając fizykę. Pomyślałem, że chyba nawet najtępsi spośród moich studentów, którzy do studiowania w ogóle się nie nadawali (a było ich trochę), przynajmniej czuli, iż wiedza naukowa nie da się sprowadzić do prymitywnego 

2 + 2 = 4. Tymczasem autor Akademii cudów zdaje się nawet nie wiedzieć, że nie wie.

GRUNT TO ZDROWIE

Jak wiadomo, w zdrowym ciele zdrowy duch, czyli dobre samopoczucie. Że pan Sznaper wykazuje takowe w wysokim stopniu, nie ulega wątpliwości. Przecie w rozdziale, który nadał tytuł całemu zbiorkowi, zabezpieczył się przed krytykami pomieszczając 23 cytaty z różnych sławnych ludzi na temat krytyków właśnie, swoją osobę i cytat umieszczając skromnie między Sofoklesem i Wolterem. A i reszta towarzystwa doborowa: Albert Wielki i dr Goebbels, i Mickiewicz i Nietzsche. Doceńmy skromność – tylko 23 nazwiska! A przecież mógł ich z pewnością zacytować znacznie więcej, bo oczytany jest wielce. Skąd wiem? Bo np. w innym miejscu wspomina od niechcenia Maurycego Maeterlincka w kontekście problemu śmierci, nieco dalej pisze zaś o czasoprzestrzeni, czytelnikowi-erudycie pozostawiając odgadnięcie, iż to fragmenty dziełka tegoż autora Życie przestrzeni, opowiedziane, być może, własnymi słowami.

I tu właśnie dostrzegam tytułowe niebezpieczeństwa popularyzacji. Tak się złożyło, że w życiu swoim – być może wbrew pozorom – poznałem sporo tekstów popularnonaukowych i sensacyjno-naukowych, w rodzaju teoryj Daenikena. Czytając Akademię cudów miałem wrażenie, jakbym miał przed sobą treści wszystkich tych książek i artykułów poddane specyficznemu procesowi: poszatkowane na drobne kawałeczki, wymieszane z wodą do stanu jednorodnej pulpy, po czym w części zaczerpnięte, wyżęte, wysuszone i sprzedane w postaci owej książeczki. Stosując tę samą technologię do papierowych wydań cóż otrzymamy? Ależ tak! Papier toaletowy.

MĄDROŚĆ LUDOWA

Z toalety wróćmy do spraw zdrowia. I w tej dziedzinie można, podążając śladem myśli omawianego dziełka, wskazać mnóstwo paradoksów teoretycznych. A przecie mamy wspaniałe ludowe tradycje, uwiecznione na kartach nieśmiertelnej prozy przez nie byle kogo – noblistę H. Sienkiewicza. Któż nie zna tych słów i zawartej w nich teorii: Bo w konopiach oleum się znajduje, przez co i w głowie jedzącemu go przybywa. (...) trzeba co najwięcej wina pić: oleum, jako lżejsze, zawsze będzie na wierzchu, wino zaś, które i bez tego idzie do głowy, poniesie ze sobą każdą cnotliwą substancję. (Dygresja techniczna: słów dopiero co przytoczonych nie wyszukiwałem wertując karty Potopu, lecz – oczywiście – korzystając z wersji elektronicznej powieści i polecając komputerowi wyszukanie frazy ze słowem oleum.)

Podejrzewam, że wielu studentów próbuje tej metody poprawienia osiągów umysłowych. Trudno się im zresztą dziwić, zwłaszcza tym, którzy zetknęli się z taką na swój temat opinią, jak nie przymierzając moja, zacytowana wyżej. Naukowcy zaś robią swoje i potem czytamy w gazecie: Co czwarty polski student upił się co najmniej raz w ciągu miesiąca – wynika z badań „Studenci 2000”, przeprowadzonych przez Instytut Psychologii Zdrowia Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. 75 proc. studentów piło alkohol przynajmniej raz w ciągu 30 dni przed badaniem. (...) Co piąty badany po wypiciu alkoholu zrobił coś, czego później żałował (PAP 29 września 2000). Czyżby w ostatnim zdaniu nie chodziło o oblanie egzaminu?

Wróćmy jednak do naszego „adremu”. Dlaczego ten właśnie fragment Potopu kojarzy mi się z książką pana Sznapera? Moja hipoteza brzmi, iż ów autor, nim jął pisać, zastosował metodę imć pana Zagłoby, jeno ziaren konopnych na podorędziu nie mając, oleum ricini sobie zaaplikował. Efekt, jaki jest – każdy widzi. Tylko z klasyfikacją naukową problem, bo oficjalnej medycynie nie jest chyba znany umysłowy wariant objawu następującego po normalnym (czyli bez użycia wina), doustnym zastosowaniu tego specyfiku. Skojarzenie ze wspomnianym uprzednio papierem jawi się jak najbardziej na miejscu.

A już zupełnie na marginesie i w zasadzie bez związku wspomnę informację – znalezioną przy okazji zbierania materiałów do niniejszego tekstu – iż olej rycynowy jest jednym ze składników denaturatu...

pm@wroclaw.com

 

Komentarze