Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 7-8/2001

Przedsiębiorczości trudno nauczyć
Poprzedni Następny

Rozmowa Forum

To, że jestem zwolennikiem rozwoju sektora prywatnego, nie oznacza, że uważam, iż każdy może wejść na rynek edukacyjny i założyć uczelnię.

Rozmowa z prof. Jerzym Dietlem,
prezesem Fundacji Edukacyjnej Przedsiębiorczości

Fot. Andrzej Świć

Prof. dr hab. Jerzy Dietl (ur. 1927), ekonomista. Ukończył studia ekonomiczne w AE w Poznaniu, gdzie następnie pracował i był dziekanem. Od 1969 profesor w Uniwersytecie Łódzkim, a obecnie także w Wyższej Szkole Biznesu-NLU w Nowym Sączu. Tytuł profesora nadzw. w 1971, zw. w 1978. Prowadził gościnne wykłady w ok. 40 uniwersytetach krajowych i zagranicznych. Był członkiem lub przewodniczącym wielu rad naukowych różnych instytucji, w tym także kilku komitetów PAN. Jest autorem bądź współautorem ok. 500 publikacji krajowych i zagranicznych, głównie z zakresu zarządzania, ze szczególnym uwzględnieniem problematyki marketingu, rynku rolnego, transformacji społeczno-ekonomicznej, a ostatnio edukacji dla potrzeb biznesu. Uzyskał liczne odznaczenia krajowe i zagraniczne, w tym tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Jean Moulin III w Lyonie.

W czasie wojny działał w AK, ostatni rok wojny spędził w więzieniach i obozie w Niemczech. Od 1980 należał do „Solidarności”, gdzie był ekspertem i doradcą. W okresie stanu wojennego zabroniono mu prowadzić zajęcia ze studentami. W latach 1989-91 był senatorem RP. W latach 1990-92 był m.in. członkiem Rady Ekonomicznej przy Radzie Ministrów, a od 1990 r. – Rady Dyrektorów Polsko-Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości. Od 1991 r. kieruje Fundacją Edukacyjną Przedsiębiorczości w Łodzi.

Fundacja Edukacyjna Przedsiębiorczości, którą kieruje Pan od samego początku, obchodzi dziesięciolecie swojego istnienia. W maju 1991 roku Polsko-Amerykański Fundusz Przedsiębiorczości i reprezentujący skarb państwa minister – szef Urzędu Rady Ministrów podpisali porozumienie powołujące Fundację. Jak do tego doszło?
– Inicjatorami powstania Fundacji byli: Jan Krzysztof Bielecki, z którym wspólnie zasiadaliśmy w radzie nadzorczej Polsko-Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości, oraz przewodniczący tej rady John Birkelund, który postanowił wesprzeć rozwój intelektualny dla gospodarki rynkowej. Fundusz zadeklarował milion dolarów, drugi milion dał rząd polski, na którego czele stał wówczas właśnie Jan Krzysztof Bielecki. Kolejne wpłaty na działalność Fundacji pochodziły już wyłącznie z Funduszu.

– Przybliżmy instytucję Polsko-Amerykańskiego Funduszu Przedsiębiorczości.
– Fundusz został powołany specjalną ustawą Kongresu Stanów Zjednoczonych. Miał wspierać budowę demokracji i gospodarki rynkowej w krajach postkomunistycznych. Fundusz Polsko-Amerykański powstał jako pierwszy. Podobne zostały utworzone później w innych krajach byłego bloku. Kapitał założycielski to 240 mln dolarów. Te środki miały być inwestowane w przedsięwzięcia wspomagające przekształcenia gospodarki w kierunku rozbudowy sektora prywatnego, ale sam Fundusz nie był instytucją nastawioną na zysk. Co ciekawe, jedynie w Polsce udało się pomnożyć aktywa Funduszu i w momencie jego likwidacji były one o ok. 50 mln większe niż na początku działalności. Trzeba też podkreślić, że jego działanie przyciągnęło trzy inne prywatne fundusze inwestycyjne, które inwestowały paralelnie.

– Fundusz jest w tej chwili likwidowany, a połowa kwoty początkowej wraca do budżetu amerykańskiego.
– Druga połowa, plus to, co zostało wypracowane, zasili, jako kapitał wieczysty, aktywa Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności, która, już jako instytucja charytatywna, będzie kontynuowała podjęte zadania w zakresie edukacji.


– Przez te 10 lat udało się Fundacji zrobić niemało. Ponad 17 tys. stypendiów dla studentów. 1100 osób na słynnych już konferencjach Fundacji i 7400 na wspieranych przez nią. Seria wydawnicza, wspieranie bibliotek uczelnianych, dofinansowanie szkoleń, konkursów popularyzujących wiedzę o gospodarce rynkowej, promocja aktywnych metod nauczania, wspieranie procesu akredytacji – to tylko najważniejsze działania.
– Rzeczywiście, udało nam się kilka rzeczy zrobić. Przyznaliśmy stypendia motywacyjne dla najlepszych studentów w 66 uczelniach niepaństwowych. Równocześnie w uczelniach państwowych wspomagaliśmy programy Master of Business Administration. Sto kilkadziesiąt osób otrzymało pomoc indywidualną na wyjazdy zagraniczne. Dajemy także dotacje na rozbudowę bibliotek w uczelniach niepaństwowych. Zależy nam jednak, aby były to ciekawe monografie i zagraniczne czasopisma, a nie po prostu podręczniki. Chcemy, żeby student mógł naprawdę studiować, a nie tylko uczyć się z podręczników.

– Sytuacja bibliotek w wielu nowo powstałych uczelniach w ogóle nie jest najlepsza.
– Czasem jest wręcz zatrważająca, zwłaszcza na prowincji, w mniejszych miastach, i dlatego właśnie tam finansujemy powiększanie księgozbiorów uczelnianych. Niektóre uczelnie mają już elektroniczne biblioteki i prenumerują czasopisma on line, ale to raczej wyjątki. Rola szkoły wyższej musi wykraczać poza proste nauczanie. Uczelnia musi promieniować, przyczyniać się do odtworzenia miejscowej inteligencji i w związku z tym biblioteka powinna być pełna różnych książek, nie tylko podręczników.
Bardzo ważną dziedziną naszej działalności były konkursy popularyzujące wiedzę ekonomiczną i rozbudzające przedsiębiorczość. Wydaliśmy na nie blisko 30 proc. naszego budżetu. Najbardziej ukochany mój konkurs to „Moja Szkoła Szkołą Przedsiębiorczości”. W jego siedmiu edycjach wzięło udział 3700 uczniów z 620 szkół w całej Polsce. Głównie ze szkół prowincjonalnych, co nas najbardziej cieszyło. Młodzi ludzie opracowywali, a później wprowadzali w życie proste przedsięwzięcia gospodarcze – organizowali sklepik, loterię, kiermasz, kurs. Spośród zwycięzców tego konkursu pierwsi już obronili habilitacje. Teraz naszym oczkiem w głowie jest konkurs „Przedsiębiorczość i Zarządzanie”, w którym współzawodniczy ze sobą co roku ok. 20 zespołów studenckich z różnych uczelni państwowych i niepaństwowych. Chętnych jest dwa razy więcej. Wydajemy we współpracy z PWN serię wydawniczą „Przedsiębiorczość”, w ramach której ukazało się już sto kilkanaście pozycji. Ważnym zadaniem było wspieranie działalności akredytacyjnej Stowarzyszenia Edukacji Menedżerskiej FORUM, w tym m.in. opracowanie standardów akredytacyjnych dla kierunków ekonomicznych.

– Gros tej współpracy kierowane było do uczelni niepaństwowych. Czy to wynika z przyjętej filozofii działania?
– Uznaliśmy, że trzeba, w miarę możliwości, przy ograniczonych środkach, koncentrować się na pewnych obszarach działania. Przede wszystkim na tych, które nie są objęte pomocą z innych źródeł. Od początku uważaliśmy, że warunkiem przekształceń systemowych gospodarki jest jak najdalej idąca prywatyzacja. Uważamy, że także sektor edukacji wyższej, oczywiście w pewnych ramach, powinien być sprywatyzowany, a prywatne uczelnie mogą otrzymywać pomoc i granty od państwa. Instytucje prywatne niemal zawsze działają efektywniej niż państwowe.

– Najdalej idący pomysł to prywatyzacja Szkoły Głównej Handlowej. Ale jest on chyba nierealny?
– Wszystkie akademie handlowe, które założyli przed wojną przedsiębiorcy poprzez izby handlowo-przemysłowe – w Krakowie, Lwowie, Poznaniu, Warszawie – były uczelniami prywatnymi. W gospodarce, a i w szkolnictwie wyższym, im mniej państwa, tym lepiej. Można stworzyć taki system, w którym np. poprzez rozmaite sposoby finansowania państwo nadal będzie miało kontrolę nad działalnością edukacyjną. W prywatnych uczelniach amerykańskich opłaty z czesnego to mniej więcej 10 proc. kosztów funkcjonowania uczelni. Reszta to rozmaite, także państwowe, dotacje, granty na badania. Tak mogłoby być także u nas.

– Współpracuje Pan intensywnie z kilkudziesięcioma uczelniami niepublicznymi i finansuje różne programy wspierające te szkoły, a równocześnie jest Pan jednym z najbardziej zdecydowanych krytyków tego sektora. Nawet, gdy obok siedzą rektorzy tych uczelni, podkreśla Pan, że szkoły niepubliczne mają jeszcze wiele do zrobienia.
– Popieram rozwój tego sektora, ale to przecież nie znaczy, że akceptuję ich dzisiejszą jakość. Jak pan chce dobrze wychować dzieci, musi pan im zwracać uwagę i pokazywać błędy. Szkoły niepaństwowe są ciągle niesłychanie słabe. Nie będę ukrywał, że czasami w ich działaniu dominuje motyw zysku. Poza tym, nawet najlepsze spośród tych uczelni muszą się liczyć z tym, że większa konkurencja i niż demograficzny postawią je w trudnej sytuacji. Uważam, że w przyszłości tylko 30 proc. szkół niepaństwowych utrzyma się na rynku. Już niedługo studentom z kiepskich szkół będzie niesłychanie trudno dostać pracę. Trzeba po prostu podciągać poziom, aby sprostać konkurencji. To dotyczy także uczelni państwowych. Czasem, gdy widzę, jak próbuje się uruchomić kierunki ekonomiczne w niektórych politechnikach czy akademiach rolniczych i jaka robi to kadra, łapię się za głowę. Bywa, że są to ludzie, którzy przez dziesiątki lat wykładali ekonomię polityczną socjalizmu, a teraz zabrali się za wykładanie marketingu. Może marketing nie jest trudno wykładać, ale ja mam w takiej sytuacji ogromne wątpliwości.

– U nas chyba nie istnieje jeszcze marka uczelni – może poza dosłownie kilkoma uczelniami – kształcącej dobrych absolwentów?
– Przez 50 lat funkcjonował w naszym kraju system w założeniu egalitarny, ale w praktyce po prostu równający wszystko w dół. To ciągle tkwi w naszej mentalności. Uważa się, że studia, obojętnie gdzie odbyte, dają taką samą wiedzę. Tak, oczywiście, nie jest.

– Zawsze mnie zastanawiało, jak można mówić, że absolwenci danej szkoły są najlepsi, skoro nie istnieje mechanizm ostrej selekcji przy naborze. Wiadomo, że najczęściej do uczelni niepaństwowych, może poza kilkoma najlepszymi, trafia młodzież, która nie dostała się na studia w uczelniach państwowych lub nie miała odwagi stawać do egzaminów. Choć decydujące znaczenie ma tu też bliskość miejsca zamieszkania.
– Bardzo często uczestnicząc w pracach zespołów akredytacyjnych Stowarzyszenia Edukacji Menedżerskiej FORUM, z którym jako Fundacja współpracujemy i które wspieramy, czyli oceniając najlepsze lub aspirujące do tego miana uczelnie, podkreślam, że jest tu bardzo słaba selekcja na wejściu. Nawet, jeśli są np. testy językowe, to raczej służą one zaliczeniu do odpowiedniej grupy niż selekcji. Trzeba jednak pamiętać, że studia stają się zjawiskiem masowym i to jest trend światowy. W tej sytuacji szkoły wyższe nie są już instytucjami elitarnymi. Takimi mogą być tylko niektóre. Ale podkreślam: we wszystkich trzeba podnosić jakość kształcenia.

– Był Pan przez pewien czas członkiem Komisji Akredytacyjnej Wyższego Szkolnictwa Zawodowego. Dlaczego zrezygnował Pan z tej funkcji?
– Z dwóch powodów. Po pierwsze, w moim wieku nie wystarcza już sił na różne działania. Drugi powód to mój sceptycyzm, dotyczący zbyt liberalnego przyznawania licencji dla nowych uczelni. Miałem liczne wątpliwości co do sensowności regulacji, kiedy ministerstwo daje zezwolenie na powstanie szkoły, a później nie ma żadnych możliwości jej zamknięcia w przypadku złego funkcjonowania. To dla mnie nonsens. Nie będę też ukrywał, że nie podobały mi się niektóre decyzje ministerstwa. Polityka wydawania zezwoleń była i jest nadal zbyt liberalna. To, że jestem zwolennikiem rozwoju sektora prywatnego, nie oznacza, że uważam, iż każdy może wejść na rynek edukacyjny i założyć uczelnię. Efekt w postaci niedouczonego studenta, widać dopiero po kilku latach. To zbyt wiele kosztuje. Dziewięćdziesiąt procent moich recenzji, które nadal czasem sporządzam dla Rady Głównej, jest negatywnych.

– Fundacja ma w nazwie edukację dla przedsiębiorczości. Czy nie sądzi Pan, że klucz do rozwiązania jednego z najważniejszych dziś problemów społecznych, bezrobocia, leży właśnie w przedsiębiorczości? Młodzi ludzie po studiach nie tylko powinni oczekiwać od państwa miejsc pracy, powinni sami dbać o swój los i tworzyć miejsca pracy dla innych.
– Uważam, że przedsiębiorczości jest niesłychanie trudno kogoś nauczyć. Albo ma się odwagę podjąć ryzyko i działać na własny rachunek, albo nie. Ale trzeba tworzyć klimat i uczyć zachowań rynkowych. Jako Fundacja właśnie to staramy się robić.

– Panie Profesorze, jest Pan człowiekiem, którego życie mocno doświadczyło. Ma Pan za sobą walkę w AK, niemiecki obóz i więzienie. W PRL też dawał Pan świadectwo wierności najważniejszym wartościom i ponosił za to konsekwencje. To postawa, przed którą trzeba schylić głowę. Jak Pan ocenia zmiany, których dokonaliśmy przez te z górą 10 lat?
– Najbardziej cieszy mnie to, że dożyłem czasów, w których dane mi było zobaczyć upadek poprzedniego ustroju i odbudowywać instytucje działające na zdrowych zasadach ekonomii, a także kształtować postawy młodych ludzi, którzy będą urządzać nasz kraj w przyszłości.

– Jakie są plany Fundacji na przyszłość?
- Pieniędzy, które możemy przeznaczyć na działanie, będzie, niestety, mniej, ale chcemy kontynuować większość dotychczasowych działań. Staramy się działać mnożnikowo, czyli szukać współfinansowania naszych projektów z innych źródeł. Takim nowym projektem są stypendia pomostowe dla dzieci z rodzin chłopskich i pracowników byłych PGR-ów. Chodzi nam o to, aby wyrwać najzdolniejszą młodzież z tych środowisk i dać jej szansę innego życia. To będzie 100 stypendiów po 400 zł na pierwszym roku studiów. Gdy się o tym dowiedział Adam Tański, prezes Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, zadeklarował kolejnych 400 stypendiów fundowanych przez Agencję. Chcemy też współpracować z lokalnymi fundacjami przyznającymi stypendia uczniom i wspomagać najzdolniejszą młodzież, która będzie chciała pójść na studia. Planów jest zresztą wiele. Mam nadzieję, że uda nam się je zrealizować.

Rozmawiał Andrzej Świć

Komentarze