Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 7-8/2001

Kryzys idei wyższego szkolnictwa zawodowego?
Poprzedni Następny

Życie akademickie

Znaczna część kryteriów rankingowych nie jest mierzalna, 
a niekiedy zależy wyłącznie od subiektywizmu oceniających.

Tadeusz Wojciechowski

Powiem szczerze – z coraz większym niesmakiem przeglądam rankingi szkół wyższych, zwłaszcza niepublicznych, czyli niepaństwowych. Mieliśmy ostatnio (kwiecień–maj) okazję przejrzenia trzech takich rankingów („Perspektywy” – „Rzeczpospolita”, „Polityka”, „Wprost”) dyskontujących wyniki analiz z 2000 r. Wieść niesie, że może ich być więcej.

CZEMU SŁUŻĄ RANKINGI

Teoretycznie każdy ranking towarów lub usług – a więc i usług edukacyjnych – ma przede wszystkim ułatwić potencjalnym nabywcom dokonanie wyboru towaru albo, jak w przypadku szkół, usługodawcy. Obawiam się jednak, że nadmiar rankingów, zawierających w znacznej części sprzeczne informacje, może przyszłym nabywcom – studentom i ich rodzinom – bardziej utrudnić niż ułatwić podjęcie racjonalnych decyzji.

Bądźmy obiektywni – problem dotyczy nie tylko rankingów szkół wyższych czy średnich. Naprawdę obiektywne oceny i, co za tym idzie, klasyfikacje rankingowe są, moim zdaniem, możliwe tylko wtedy, gdy w danym rankingu dają się zastosować bezspornie mierzalne kryteria porównawcze. Bezspornie mierzalne, czyli głównie techniczne. „Inżynierski” sposób oceny jakości czy trwałości danego produktu daje określone wyniki, których (w zasadzie) nie można zakwestionować, chyba że ma się uzasadnione wątpliwości co do organizacji badań lub uczciwości badaczy. Jeżeli więc np. podstawowym kryterium oceny trwałości podłogowych płytek ceramicznych lub paneli jest wielokrotność obrotów specjalnej, ścieralnej tarczy, wówczas płytka „wytrzymująca” 12 tys. obrotów jest niewątpliwie mniej trwała od wytrzymującej 15 czy 25 tys. obrotów. Co jednak wcale nie oznacza, że popyt na nią z powodu ogłoszenia takiego wyniku radykalnie się zmniejszy, bo klient będzie się (zapewne) kierował nie tylko kryterium trwałości, ale także mniej mierzalnymi kryteriami kolorystyki i sposobu wykończenia powierzchni, nie mówiąc nawet o cenie.

Nawet inżynierskie kryteria porównawcze stosowane w rankingach zawodzą jednak wówczas, gdy produkt jest skomplikowany i aby dokonać porównania podobnych produktów kilku producentów trzeba zastosować wiele technicznych kryteriów. Kłopot ten jest znany m.in. specjalistom z przemysłu motoryzacyjnego, którzy nawet nie usiłują w swoich informacjach ustalać „rankingowej kolejności” samochodów tej samej klasy z różnych firm. Podają wyniki badań kilku porównywalnych pojazdów, oceniając sprawność (bezawaryjność) i trwałość poszczególnych podzespołów (silnika, nadwozia, zawieszenia, układu kierowniczego, hamulcowego, wydechowego itd.). Można więc ocenić, które z tych podzespołów są lepsze w samochodach X, Y czy Z, ale trudno jest na tej podstawie oceniać cały samochód. Tym bardziej że ocena np. walorów estetycznych pojazdu jest technicznie niemierzalna i de gustibus – każdemu może podobać się co innego. Dlatego też rankingi pojazdów samochodowych przeprowadzane przez niektóre czasopisma motoryzacyjne na drodze ankietowania potencjalnych klientów (jaki samochód na rynku w danej klasie uważasz za najbardziej interesujący?) są tylko rodzajem marketingowej zabawy, z reguły sponsorowanej przez te firmy, które w danym okresie „rzuciły na rynek” nowy, „ładny” model i są pewne wygranej.

Ranking konkretnych usług jest jeszcze bardziej „niebezpieczny” niż ranking masowo produkowanych towarów. Kilkanaście milionów potencjalnych nabywców proszków do prania czy kawy w Polsce może rankingi czytać lub nie, ale i tak rzadko zmienia swoje upodobania. Jeśli jednak określony rodzaj usług oferowany jest tylko kilkuset czy kilkudziesięciu tysiącom potencjalnych nabywców, którzy korzystają z tych ofert tylko sporadycznie lub np. raz w życiu (jak przy wyborze kierunku studiów i uczelni), wówczas marketingowe oddziaływanie rankingu decydująco wzrasta. W skrajnych przypadkach zła pozycja w rankingu może zadecydować o losach danej firmy. Pół biedy, jeśli wynika ona z w pełni obiektywnych przesłanek. A jeśli nie?

TRUDNE PORÓWNANIA

Takie obawy towarzyszą mi właśnie przy analizowaniu rankingów szkół wyższych. Zespoły tworzące te rankingi mają, jak sądzę, najlepsze intencje, ale kierują się innymi lub trudno porównywalnymi kryteriami i stosują odmienne metody zbierania informacji i opinii. W konsekwencji „praktykujący” profesor, znający kilka czy kilkanaście szkół, ma w wielu przypadkach trudności ze zrozumieniem przyczyn powstania określonej kolejności rankingowej, a – jak śmiem sądzić – potencjalny student może mieć wrażenie nierzetelności graniczącej z bałaganem. Aby nie być gołosłownym, zadałem sobie trud porównania pozycji rankingowych 10 losowo wybranych uczelni niepublicznych, skrzętnie jednak omijając te, z którymi współpracuję lub mam jakiekolwiek „związki nieformalne”. Nie chcę bowiem być posądzany o stronniczość lub kryptoreklamę. Starałem się też sprowadzić listy rankingowe do porównywalności, ograniczając je do szkół ekonomicznych (zarządzania, biznesowych). A więc eliminując w rankingu „Perspektyw” (tabl. 100 najlepszych uczelni niepaństwowych) szkoły oznaczone innymi literami niż E, a w rankingu „Polityki” (tabl. Ranking Ekonomii – Zarządzania) szkoły państwowe.

Co z tego porównania wynika? Po pierwsze, zajmowane przez poszczególne szkoły pozycje są tak różne, że poszukujący odpowiedniej dla siebie uczelni student nie może ocenić, która szkoła jest lepsza. Z wybranej próbki tylko 2 szkoły zajmują we wszystkich rankingach podobne miejsca. Klient nie orientuje się, który ranking jest bardziej wiarygodny i nawet jeśli przestudiuje opis kryteriów, ma bałagan w głowie. Takie kryteria, jak „selekcyjność” („Polityka”), „jakość kształcenia mierzona posiadaniem akredytacji” („Perspektywy”), zupełnie do niego nie przemawiają. 

Po drugie, nie wie też, dlaczego niektóre szkoły są w dwóch rankingach, a w jednym ich nie ma. Czy dlatego, że nie chciały, czy też dlatego, że nie spełniały warunków, aby zmieścić się wśród najlepszych? W komentarzach autorów nie znajduje wyraźnej odpowiedzi na to pytanie.

Po trzecie, rankingi nie uwzględniają ważnej dla niego (czasem najważniejszej) informacji – cen oferowanych usług. Bądźmy szczerzy, tylko relatywnie niewielka część studentów poszukuje szkoły „najlepszej jakościowo” i gotowa jest skorzystać z jej oferty bez względu na koszty. Większość, po ewentualnych nieudanych próbach dostania się do „bezpłatnej” uczelni państwowej, poszukuje uczelni niepaństwowej zlokalizowanej możliwie blisko miejsca zamieszkania i możliwie taniej.

Po czwarte, jeśli potencjalny student, wraz z doradcami, zagłębi się jednak w opis kryteriów rankingowych, to musi dostrzec, że znaczna ich część nie jest mierzalna, a niekiedy zależy wyłącznie od subiektywizmu oceniających. Zmierzyć można (choć i te informacje bywają mylne) relacje liczby profesorów i studentów, zasoby bibliotek, wyposażenie w komputery. Ale na pewno niemierzalne są np. zastosowane w rankingu „Perspektyw” opinie 400 „młodych”, czyli ostatnio mianowanych profesorów. Dlaczego tylko tych profesorów? Dlaczego – chociażby dla przeciwwagi – nie zapytano o zdanie „starych” profesorów, którzy nominacje otrzymali przed 8 czy 10 laty? Nie to jest jednak najważniejsze. Za ewidentny błąd uważam fakt, że wśród tych 400 opiniotwórczych profesorów jest tylko 30 zajmujących się szeroko rozumianymi naukami ekonomicznymi, w tym zarządzaniem. Większość to inżynierowie, chemicy, fizycy, matematycy, medycy, a nawet teolodzy. A więc 30 profesorów ekonomii oceniało ok. 150 uczelni ekonomicznych państwowych i niepaństwowych! To chyba oczywiste, że nie mogli oni znać większości tych szkół, że kierowali się tylko informacjami o szkołach w pobliżu ich miejsca pracy i zamieszkania oraz opiniami prasowymi.

WYBIERAĆ OSTROŻNIE

Tak się składa, że w trzech wymienionych rankingach (a także poprzednich – w latach 1999-2000) najwyższe 2 miejsca zajmują: Wyższa Szkoła Przedsiębiorczości i Zarządzania im. L. Koźmińskiego w Warszawie i Wyższa Szkoła Biznesu – National-Louis University w Nowym Sączu. Opinie zespołów rankingowych są tu zgodne i potencjalny student może dojść do wniosku, że tylko w tych dwóch przypadkach wybiera na pewno dobrą szkołę. Też wysoko cenię te uczelnie i nie chciałbym, aby się na mnie obrażały, ale zastanawiam się, czy jednomyślność ich rankingowych ocen w „czasie i przestrzeni” nie jest – niezależnie od zastosowanych kryteriów – także wynikiem wykształconych już przyzwyczajeń, upowszechnionej opinii i sprawnego marketingu. Zespoły opracowujące ranking bez psychicznych oporów wpiszą np. na 40. czy 50. miejsce nieznaną sobie szkołę w Pile czy Słupsku, ale kilka razy będą sprawdzały punktację „modnych” szkół, jeśli wyniknie z obliczeń, że powinny opuścić prestiżowe pozycje. I, jak sądzę, nie dotyczy to tylko dwóch pierwszych miejsc.

Czy zatem – w świetle tego, co napisałem – kwestionuję w ogóle przydatność tegorocznych rankingów szkół wyższych? Nie, ale potencjalnym klientom systemu edukacji wyższej zalecam daleko idącą ostrożność. Rankingi mogą wskazać kierunki dalszych analiz poprzedzających wybór szkoły, ale nie powinny ich zastępować. Zawsze trzeba zapoznać się z programem, składem kadry nauczającej, lokalną opinią, warunkami studiowania, biblioteką kilku wchodzących w rachubę szkół, skalkulować i porównać koszty (czesnego, zakwaterowania itd.) i dopiero potem dokonać wyboru. Warto też – jeśli ma się taki kontakt – zasięgnąć opinii znajomego profesora z danej dziedziny, który z reguły ma nieco szerszą orientację w niuansach rynku edukacyjnego niż potencjalny student. Niżej podpisany ma także własną ocenę zarówno jakości każdego z przytoczonych rankingów, jak i znacznej liczby szkół ekonomicznych państwowych i niepaństwowych. Nigdy jednak nie zdecydowałbym się na wykorzystywanie tego subiektywnego poglądu w publikowanych porównaniach. Mogę jedynie zdradzić, że jest on najbardziej zbliżony do rankingu „Wprost” i najbardziej oddalony od rankingu „Perspektyw”.

Prof. dr hab. Tadeusz Wojciechowski, ekonomista, współpracownik Wyższej Szkoły Zarządzania i Marketingu w Warszawie oraz Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku.

Porównanie pozycji wybranych uczelni niepaństwowych w rankingach opublikowanych w kwietniu i maju 2001 r.

Lp. Uczelnia "Perspektywy" "Polityka" "Wprost" Uwagi
1 Wyższa Szkoła Biznesu w Tarnowie 43 47 6 (11) * * kolejne miejsce od 1 - "Wprost " wprowadza bowiem po kilka szkół na jedno miejsce
2 Wyższa Szkoła Biznesu i Przedsiębiorczości w Ostrowcu Świętokrzyskim 31 28 13 (21 jw.)  
3 Wyższa Szkoła Bankowości i Finansów w Katowicach brak ^ 36 27 (43 jw.) ^ może nie mieści się w pierwszych 100?
4 Wyższa Szkoła Administracji i Biznesu w Gdyni 32 31 22 (35 jw.)  
5 Małopolska Wyższa Szkoła Ekonomiczna w Tarnowie 69 29 31 (48 jw.)  
6 Wyższa Szkoła Bankowości Finansów i Zarządzania im. R. Kudlińskiego w Warszawie 12 11 15 (21 jw.)  
7 Wyższa Szkoła Ekonomiczno-Informatyczna w Warszawie 67 brak 16 (27 jw.)  
8 Zachodniopomorska Szkoła Biznesu w Szczecinie 19 12 4 (7 jw.)  
9 Wyższa Szkoła Biznesu w Pile 50 56 36 (56 jw.)  
10 Wyższa Szkoła Marketingu i Biznesu w Łodzi 62 30 19 (29 jw.)  

 

Komentarze