Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 9/2001

Zrujnowany pałac a społeczeństwo informatyczne
Poprzedni Następny

Poczta elektroniczna

Od wszystkich, którzy kształcą przyszłych nauczycieli, trzeba by wymagać,
żeby potrafili aktywnie posługiwać się podstawowymi narzędziami
społeczeństwa informacyjnego i przekazywali tę umiejętność swoim studentom.


Paweł Misiak

Fot. Stefan Ciechan

Wakacje to słowo miłe dla ucha i kojarzące się raczej pozytywnie. Nie inaczej dla adiunkta P. Już od najwcześniejszych czasów szkolnych wakacje oznaczały dlań, że można swobodnie dysponować czasem, pojeździć po kraju (o zagranicznych wojażach nie miał co marzyć), pochodzić po górach, coś ciekawego zobaczyć. W trakcie studiów były dłuższe (zaleta zaliczania przed terminem), potem, kiedy zatrudnił się w uczelni, stały się krótsze, wciąż jednak zgodne z rytmem życia dydaktycznego. A w trakcie wakacji P. zawsze podróżuje.

W tym roku zawirowania budżetowe, czysto prywatne jednak, nie mające bezpośredniego związku z dziurawymi kieszeniami rządu, sprawiły, że nie wybrał się nigdzie dalej ani na długo, nawet w granicach kraju. A że podstawową formą wakacyjnego wypoczynku P. jest zwiedzanie, przede wszystkim zabytków, jeździł po południowo-zachodniej Polsce i oglądał, co tylko ciekawego zauważył albo o czym wyczytał coś w przewodnikach. Przy okazji snuł refleksje na temat tego, co zobaczył. Jak mówi, już wiele razy zamierzał jakoś je spisywać, ale wciąż nie ma po temu wystarczająco dużo czasu i samodyscypliny. Chętnie za to opowiada, zwłaszcza przy kawie i kieliszku dobrego wina.

TURYSTYKA NIE–MAKDONALDOWA

Zwiedzanie miejsc znanych i uznanych za najciekawsze – paradoksalnie – nie zawsze jest ciekawe. Zwykle jest tam tłoczno, pośpiesznie, „po łebkach”. Usługa turystyczna serwowana masowo, taśmowo, jak hamburgery w makdonaldzie. W najbardziej znanych zabytkach nie ma mowy o indywidualnej kontemplacji detali czy o dowiedzeniu się od przewodnika czegoś ponad wyuczone na pamięć formułki, opowiadane jak z taśmy.
Stosunek do zwiedzania zależy oczywiście od tego, czego zwiedzający oczekuje. Jeśli tylko „zaliczenia” obiektu i zrobienia fotek na tle, by je potem pokazywać znajomym z komentarzem „tu byłem”, wówczas styl makdonaldowy zapewne mu odpowiada. Za określone pieniądze dostaje standardową usługę, za ewentualną dopłatą dostaje ekstradodatki (np. zezwolenie na fotografowanie) i może być zadowolony. Jednak P. woli co innego. Zwiedzając jakiś obiekt chce się nie tylko dowiedzieć, kto co kiedy wybudował, kupił, sprzedał, złupił czy bohatersko obronił, albo dlaczego to czy tamto wzrusza nas i zachwyca (a przynajmniej powinno), ale też lubi się przyjrzeć detalom, po prostu pobyć i poczuć atmosferę miejsca. Do tego trzeba spokoju, niespieszności, możliwości zatrzymania się. P. powiada, że lubi szukać prawdy danego miejsca, na przykład wyobrazić sobie, jak żyli ludzie, którzy je tworzyli, poczuć z nimi jakąś więź, przerzuciwszy duchowy pomost nad rzeką czasu.

Na obszarze zwanym kiedyś Ziemiami Odzyskanymi odwiedzanie miejsc mało lub zgoła wcale nie znanych przewodnikom ma jeszcze jeden walor. Jest kontaktem z nieco inną cywilizacją i kulturą, która powstawała tu przez wieki, a na podglebiu której żyje i rozwija się teraz inna. Podglebiem tym jest zwłaszcza kultura materialna, ta większa, bardziej ponadczasowa i uniwersalna, jak kościoły, cmentarze, domy, a także mała, drobna i codzienna – łyżki, krzesła czy narzędzia. Dostrzeganie i docenianie tej warstwy cywilizacyjnej, wrażliwość na nią u P. powoduje, że trudno mu spokojnie patrzeć na stojące po wsiach pałace, wykorzystywane przez popegeerowską ludność jako magazyny, stajnie, w najlepszym razie mieszkania, ale bez żadnej dbałości o cokolwiek – po prostu eksploatowane do momentu, aż przestaną się do tego nadawać, gdzieniegdzie służące li tylko jako źródło materiałów budowlanych.

SERCE EUROPY

Patrząc na tę smutną rzeczywistość w sercu Europy (podobno), na te dzieci bawiące się w obtłukiwanie rzeźb stojących w zdziczałych parkach albo kilkusetletnich epitafiów w cmentarnym murze, P. wspomniał szczytne hasła o kształceniu na miarę XXI wieku, wyrównywaniu szans edukacyjnych, Internecie w każdej szkole itp. Wciąż bowiem żywi przekonanie, że wykształcenie podnosi kulturową wrażliwość człowieka w najszerszym rozumieniu. Chciałby zatem, żeby jak najszybciej zrealizowały się te wszystkie słuszne hasła. Tylko czy da się to zrobić w rozsądnym czasie, zanim te wszystkie dzieci wyrosną na współczesnych barbarzyńców?

W ważkim podobno dokumencie programowym pod tytułem eEuropa+ 2003. Wspólne działania na rzecz wdrożenia Społeczeństwa Informacyjnego w Europie. Plan działań sporządzony przez kraje kandydujące przy wsparciu Komisji Europejskiej zawarty jest m.in. cytat z tzw. Deklaracji Bolońskiej z 1999 roku: Europa Wiedzy jest obecnie szeroko uznana jako niczym nie dający się zastąpić czynnik wzrostu socjalnego i ludzkiego oraz jako niezbędny składnik służący konsolidacji i wzbogaceniu obywatelstwa europejskiego, mogący wyposażyć swych obywateli w kompetencje do podjęcia wyzwania, jakie niesie nowe milenium, wraz ze świadomością wspólnych wartości i uczestnictwa we wspólnej przestrzeni społecznej i kulturalnej. Ładnie powiedziane – komentuje P. Ale czy jest jakaś wspólna przestrzeń kulturalna między dziećmi – potomkami tych, którzy stawiali te domy, kościoły i pałace, a dziećmi ich obecnych eksploatatorów?

A co ma z tym wszystkim wspólnego Internet, będący głównym przedmiotem uwagi dokumentu eEuropa +2003? Może mieć całkiem sporo – mówi P. – Wyobraźmy sobie, że szkoła w X. czy Y. ma pracownię internetową i nauczycieli potrafiących przekonać i zachęcić uczniów do jego używania, i to nie w charakterze kolejnego „kanału rozrywki”, ale przestrzeni spotkania ze światem.

Wyobraźmy sobie dalej, że ten chłopak dla zabawy obtłukujący parkowe rzeźby albo celujący kamieniami w ostatnie szybki ozdobnych pałacowych okien, tworzy z kolegami w ramach zajęć stronę internetową poświęconą szkole i swojej wsi. Już samo szukanie i gromadzenie materiałów na ten temat może mu podsunąć jakieś myśli lub choćby niejasne odczucia, które następnym razem powstrzymają jego rękę przed kolejnym, bezmyślnym aktem dewastacji. A może – kontynuował P. – na tę stronę w Sieci trafi ktoś z potomków przedwojennych mieszkańców i zapyta mailem, jak teraz wygląda dom rodzinny jego babci albo czy ta figura, o której opowiadał dziadek, stoi jeszcze? Samo zetknięcie się z takim pytaniem może pokazać inną perspektywę patrzenia na otaczający świat, a w szczególności na tę jego malutką, najbliższą część, w której się żyje.

PORZĄDEK RZECZY

Zanim taka wizja będzie mogła się ziścić, trzeba przygotować szkołę. Po pierwsze, muszą się w niej pojawić komputery i łącze internetowe. Materialna mizeria narodowej edukacji nie rokuje jednak dobrze. Pewnie dlatego szuka się rozwiązań alternatywnych, na przykład w postaci sponsoringu ze strony dużych firm, głównie z branży komputerowej. Zysk dla szkoły oczywisty, dla firmy również, bo może sobie w ten sposób „wychować” klientów na przyszłość. Po drugie, trzeba przekonać – a to idzie bardzo opornie – i przygotować nauczycieli. Rzecz jasna zdarzają się tacy, których przekonywać nie trzeba, ale tu nie chodzi o nielicznych entuzjastów, lecz o nauczycielskie „masy”. Te zaś potrafią stawiać skuteczny opór, bo przyswojenie sobie nowego wymaga czasem sporego wysiłku.

„Piętro wyżej” jest już, jak się wydaje, trochę lepiej. Przyszli nauczyciele mają okazję w trakcie studiów przynajmniej zetknąć się z komputerami i Internetem. To, na ile skutecznie potrafią te narzędzia wykorzystać, zależy trochę od nich samych, ale również od ich uczelnianych nauczycieli. Jeśli pokażą oni lub wręcz wymogą stosowanie nowoczesnych technologii informacyjnych, przez wyraźne wplecenie ich jako narzędzia do prowadzonych zajęć, jest szansa na wyrobienie przyzwyczajeń, które potem mogą przenieść się dalej, do szkół. Zatem od tych wszystkich, którzy kształcą przyszłych nauczycieli, trzeba by wymagać tego samego – żeby potrafili aktywnie posługiwać się podstawowymi narzędziami społeczeństwa informacyjnego i przekazywali tę umiejętność swoim studentom.

Obawy budzi fakt, że na efekty tych zmian w porządku edukacji, których celem jest budowanie europejskiego społeczeństwa ery informacji, trzeba będzie długo czekać. Według P., niejakich analogii można by się doszukiwać w jednej z tez teorii nauki głoszącej, iż zmiana paradygmatu zachodzi na skutek naturalnych procesów biologicznych – wymarcia reprezentantów starego. Jednak współczesna szybkość zmian cywilizacyjnych nie daje nam tyle czasu. Jeśli chcemy się jednoczyć z Europą, musimy być na bieżąco. Tylko czy wysiłki „odgórne”, głównie urzędnicze, wystarczą, żeby wypisane na papierze e-europejskie hasła wcielić w życie?

MYŚLI POZYTYWNE

Wakacyjne wojaże po mało znanych i uczęszczanych szlakach dały też P. okazję do obserwacji napawających go otuchą. Oto w małym miasteczku z ciekawą, wielusetletnią przeszłością i obecnymi kłopotami, jak duże bezrobocie i cienie niedawnej historii (stacjonowanie jednostki bratniej armii), natknął się na kawiarenkę internetową. Znaczy to – pomyślał – że jest przynajmniej grupka zapaleńców wiedzących co to Internet i czemu służy. Choć to jedyny taki lokal w mieście, ceny ma przystępne. Jest więc szansa – sądzi P. – że miejscowa młodzież, a przynajmniej jej część, przedłoży godzinę surfowania po Sieci nad dwa piwa. A gdy już złapie bakcyla, niechby nawet wpadnie w nałóg, będzie on niegroźny. Tacy młodzi e-nałogowcy – teoretyzuje dalej P. – propagują bowiem w środowisku określony styl zachowań. Ten akurat, w przeciwieństwie na przykład do palenia czy picia, jest pożyteczny. Oby tylko ta kawiarenka i inne, podobne miejsca przetrwały, to znaczy oby znajdowały wystarczająco wielu gości, by się utrzymać.

Wakacje zbliżają się do końca i niebawem zacznie się dla P. kolejny rok uczenia cudzych dzieci. Te luźne refleksje wakacyjne, które starałem się streścić powyżej, sprawiły, że postanowił jeszcze silniej wpleść Internet do swoich kontaktów ze studentami. Będzie to i od niego wymagało wysiłku, by znaleźć w Sieci coś ciekawego, o czym mógłby powiedzieć w trakcie zajęć z przedmiotów zupełnie nieinternetowych. Co prawda – zauważa P. – są to działania na bardzo małą skalę, ale jeśli podobnie postąpią inni, także nauczyciele nawet w najmniejszych wiejskich szkołach, może dzisiejszych barbarzyńców wychowamy na obywateli społeczeństwa informacyjnego.

pm@wroclaw.com

Komentarze