|
|
Wyznania szalonego humanistyLeszek Szaruga Lubię styl Witkacego, choć dla wielu może się wydać nieznośnie „młodopolski”, zbyt ekspresyjny i wyzywający. Wszakże, jak sądzę, już wtedy, gdy pisał, zdawał sobie sprawę, że – by przeciwstawić się „szumowi informacyjnemu” narastającej fali kultury masowej – trzeba się czasem posługiwać takimi środkami wyrazu, które pozwolą uczynić zauważalną myśl, w szczególności myśl wieszczą, ostrzegającą przed nadciągającym niebezpieczeństwem. Specjalnie zaś – i to od dziesięcioleci już – polubiłem ten fragment jego szkicu „O zaniku uczuć metafizycznych”, w którym zapowiada sytuację, w jakiej właśnie się znaleźliśmy: „Jest to chwila przewalenia się naszej historii w drugą jej część, zasadniczo różną od pierwszej: masa szarego tłumu wyciągnęła swoje macki po władzę; może je na chwilę cofnąć, ale by z większą jeszcze siłą wyciągnąć tysiące nowych i potężniejszych, oplątując całą ziemię w łączące się ze sobą w nierozplątaną sieć organizacje, potężniejące i ujmujące twórczość przyszłego życia. Ten szary potwór, którego tak się dziś boją wszyscy zdegenerowani potomkowie dawnych władców świata, ta wielomackowa mątwa, pajęcza masa przędząca lepką ciecz zastygającą na konających ciałach narodów w ponadnarodowe związki dławiące wszystko, co nie podpada pod kategorie bezpośredniej dla niej użyteczności – to jest bóstwo naszej przyszłości, bóstwo nieskończenie straszniejsze od tych, przed którymi korzyli się byli władcy ziemi”. Oto mechanizm wiążący demokrację z globalizacją. Sprawa jest prosta: rozwoju demokracji, tak jak rozwoju globalizacji, powstrzymać się nie da, podobnie jak się nie da hamować apetytów „szarego potwora”. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest dziś to, że demonstrujący z zapałem przeciw globalizacji młodzi ludzie z całego świata – potomkowie hipisów poszukujący ciągle „nowej idei”, która pozwoliłaby im poczuć smak wolności i wspólnoty lub tylko wspólnictwa – nie zdają sobie sprawy z faktu, iż tym samym występują przeciw demokracji. Gdyby im o tym powiedzieć, byliby oburzeni i nie daliby mówiącemu wiary. Zresztą – to nie są ludzie, których by interesowały argumenty. To są ludzie czynu, protestu, buntu, skądinąd słusznego, gdyż zmierzającego do postawienia tamy nakręcaniu spirali konsumpcji, lecz zarazem nie dość świadomego swych racji, które, jeśliby je próbować wyłożyć, stać by się musiały nawoływaniem do refleksji, skupienia, zadumy nad własnym i wspólnym losem człowieka. Ale to typowe dla wszelkiej kontestacji: kontestatorzy są przeciw, nigdy niemal nie wiedzą, za czym tym samym optują. A optują za (samo)ograniczeniem – zaś w skrajnych wypadkach za zniesieniem – demokracji. Takim zatem ograniczeniem, które pozwoliłoby się wyzwolić od presji „kategorii bezpośredniej użyteczności”, o których mowa w cytowanych słowach Witkacego. Pytanie o to, czy, jak i pod jakimi warunkami ograniczenie demokracji jest nie tylko możliwe, ale zarazem wskazane, jest pytaniem zaprzątającym głowy wielu teoretyków i praktyków życia społeczno-politycznego. Dobrych odpowiedzi wciąż nie ma i zapewne nieprędko się znajdą. Można jednak wskazać te sfery życia, w których owo ograniczenie demokracji jest ich istotą. Te sfery to, oczywiście, religia, nauka, wojskowość. Tu wszędzie wciąż (jeszcze?) obowiązują jakieś hierarchie, których nie są w stanie zniszczyć „reguły demokratyczne”. Nie da się w powszechnym głosowaniu wszystkich wiernych zmieniać dogmatów wiary, gdyż wówczas – jeśliby do tego doszło – po prostu zmienia się wiarę, co oczywiście jest sprawą wolnego wyboru, lecz należy wiedzieć, że właśnie to się czyni. Nie da się też – zwłaszcza w warunkach bojowych – demokratyczną większością ustalać zasad funkcjonowania armii. Gdyby do tego miało dojść, lepiej po prostu armię rozwiązać, gdyż jej istnienie nie miałoby wówczas żadnego sensu. No i wreszcie nie można demokratycznych zasad stosować w ustalaniu tego, co jest prawdą, a co nie. A właśnie dochodzenie – bezinteresowne – do prawdy jest istotą pracy uczonych zgrupowanych w uniwersytetach. I tu właśnie drapieżny „szary potwór” postanowił ostatnio uwić sobie gniazdo zmierzając do podporządkowania pracy uczonych kategoriom bezpośredniej użyteczności. Nie będą – powiada się – jacyś profesorowie spożytkowywać pieniędzy publicznych na niepojęte fiu-bździu, co to normalny człowiek nijak z tego nic wyrozumieć nie umi. Uczone – powiada się – cośmy je za pieniądze podatnika wykształcili, mają teraz spłacać z tego wykształcenia dług zaciągnięty u społeczeństwa i niechże – dodaje się – coś pożytecznego wymyślą, a jak nie, to po kasie się poleci. I niech tam jakimiś etosami oczu narodowi nie mydlą, bo etosem to zwykły obywatel się nie pożywi. Tak to mniej więcej wygląda i – co interesujące – także część naukowego (a jakże) środowiska już ten szlagwort z zamiłowaniem zaczyna powtarzać. Ta część środowiska mianowicie powiada, że uniwersytet ma być przede wszystkim użyteczny. Co tam etos (no niech będzie nawet: ethos)! Uczelnia ma specjalistów wykształcać, co to będą pomnażać nasze dobra, materialne nade wszystko, bo te niematerialne jakieś niepochwytne są. I może by mnie nawet ta część środowiska zdenerwowała, ale obawiam się, że nie zdenerwuje. Obawiam się mianowicie, że niebawem wszelkie dyskusje na temat funkcjonowania uniwersytetów staną się bezprzedmiotowe, gdyż nasza utytułowana profesorsko klasa polityczna tę całą uniwersytecką hałastrę jako nadbagaż czy zbędny balast po prostu weźmie i wyrzuci na zbitą mordę na uliczny bruk. Bo co tam żałować róż jakichś, jak lasy płoną! Budżet się wali, cięcia trzeba robić, a jak się robi cięcia, to brzytwą po oczach, żeby skutecznie tych jajogłowych oślepić: po nauce, po kulturze i jeszcze – na wszelki wypadek – po służbie zdrowia: ciach! I jeszcze raz, żeby mieć pewność, że skutecznie. A to, że tę facety (i kobity: nie jestem antyfeministą!) z brzytwami same siebie i nas w tą sytuację wpędziły, to osobna bajka. Dość, że pochodzą z demokratycznych wyborów.
|
|
|