|
|
Poczta elektronicznaPrzypuszczam, że jeszcze długo przyjdzie nam czekać na
powstanie Społeczeństwa Informacyjnego w naszym kraju. Do tego czasu powinniśmy
się, po staremu, Paweł Misiak W czasie, gdy społeczeństwo nasze pasjonuje się różnymi reality shows, od „Big Brothera” po wybory, nie na czasie mogą się wydać rozważania na temat jeszcze nie istniejącego społeczeństwa zinternetyzowanego (to trochę mniej niż Społeczeństwo Informacyjne), w którym Sieć jest nieodłącznym elementem środowiska cywilizacyjnego i przedmiotem codziennego użytku. A może nie jest to całkiem od rzeczy, jeśli wziąć pod uwagę, jakim zainteresowaniem cieszyły się internetowe transmisje z domu Wielkiego Brata? Z wyborami było już pod tym względem trochę gorzej. Choć elekcja parlamentarna jest najważniejszym prawem obywatela demokratycznego kraju, popkulturowe igrzyska okazały swą przewagę nad polityką. Obywatele-telewidzowie posadzili w poselskiej ławie swego idola – bohatera „Big Brothera”, pokazując w ten sposób, że liczą się nie jakieś tam programy polityczne, hasła i pomysły, lecz poddanie się komercyjnemu, publicznemu podglądactwu za pośrednictwem telewizji. Internet nie jest jeszcze dla telewizji konkurencją. „Stopień penetracji” Sieci w naszym społeczeństwie jest stosunkowo niewielki. Do kontaktów z nią przyznaje się zbyt nikły procent populacji, żeby politycy zwrócili nań poważniejszą uwagę. Niby każdy głos się liczy, ale przecież wśród internautów sporo jest nieletnich, którzy – przynajmniej doraźnie – nie stanowią żadnej siły elekcyjnej. Dlatego zapewne w kampanii wyborczej szeroko rozumiana tematyka Społeczeństwa Informacyjnego pojawiała się marginalnie. Trochę na zasadzie epatowania sloganami i gadżetami świadczącymi o nowoczesności, a i to bez przekonania. Być może jeszcze nie czas. Nie tak dawno wszak jeden z premierów, choć lubił się pokazywać w towarzystwie laptopa i mówić, jak ważny jest Internet, szybko odszedł w polityczny niebyt. Warto jednak odnotować, iż w obecnej kampanii niektórzy kandydaci próbowali agitacji za pośrednictwem Sieci. Wszelako ci, którzy dotarli z nią do mnie, i tak nie uzyskali mandatu. OBRAZKI Z SIECIOWEGO RAJUOstatnio świat zmienia się dość szybko. Może więc warto już teraz rozważać związki między Internetem a polityką. W ciągu czterech lat, które (prawdopodobnie) dzielą nas od kolejnych wyborów parlamentarnych, może się zdarzyć bardzo wiele. Jednym z istotnych elementów rzeczywistości, potrzebnych do skutecznego uprawiania polityki, a także władzy, jest dłuższa perspektywa czasowa oraz świadomość tego, jakie jest i jakie będzie w niedalekiej przyszłości społeczeństwo, któremu ma się ambicje przewodzić. Jeśli jako kraj będziemy chcieli nadal równać w górę, dążąc m.in. do stania się Społeczeństwem Informacyjnym, warto się przyjrzeć zjawiskom zachodzącym w krajach pod tym względem przodujących. Mowa oczywiście o Stanach Zjednoczonych. Już w roku ubiegłym ponad 50 proc. ludności USA (prawie 150 mln osób) posługiwało się Siecią, a dla 55 mln Internet był przedmiotem codziennego użytku. Dla pełnego obrazu dorzućmy jeszcze dwie liczby: 4 proc. bezrobotnych i niespełna 13 proc. żyjących poniżej progu ubóstwa. Dostęp do cyberprzestrzeni nie jest w USA problemem, zarówno dzięki znakomicie rozwiniętej infrastrukturze telekomunikacyjnej, jak i dostępności terminali w miejscach użyteczności publicznej, na przykład bibliotekach. Jest on tani nawet dla uboższych warstw społecznych. Już przed paru laty na łamach pisma „Wired” Jon Katz rozważał konsekwencje upowszechnienia sieciowej komunikacji społecznej w różnych dziedzinach. Pisał o powstaniu nowej klasy społecznej, której członkowie to przede wszystkim ludzie – w porównaniu ze średnią – młodsi, lepiej wykształceni i lepiej sytuowani, przede wszystkim zaś mający nieskrępowany dostęp do najważniejszych zasobów światowej informacji. Owa cyberklasa społeczna ma zatem cechy właściwe grupom, które w historii zdobywały władzę. Katz sugeruje dalej, że wraz z nią pojawi się postpolityka – nowy sposób organizacji społecznej, w której zatarciu ulegną tradycyjne dychotomie, jak prawica – lewica, czy konserwatyzm – liberalizm. Nowy paradygmat (post)polityczny weźmie co najlepsze ze wszystkich dotychczasowych, tworząc nowy porządek myślenia politycznego, który z kolei doprowadzi do zaniku dzisiejszych instytucji społecznych i politycznych. PRZYKŁAD OPTYMISTYCZNYW mniejszej skali ciekawym przykładem tego, jak powszechnie używana Sieć może oddziałać na dotychczasowe, tradycyjne, demokratyczne struktury władzy lokalnej, jest historia sprzed lat, której akcja rozgrywała się w słonecznej Kalifornii. Tamże, w Santa Monica, stworzono PEN (Public Electronic Network) – sieć, do której z założenia swobodny dostęp mieli mieć wszyscy obywatele, w domu, w szkole, w pracy, a także w bibliotekach publicznych. Oprócz zbudowania odpowiedniej infrastruktury, zapewniono też darmowe przeszkolenie wszystkich chętnych. Okazało się, że za pośrednictwem terminali udostępnionych w bibliotekach, z sieci skorzystali bezdomni, dotychczas pozostający na marginesie życia społecznego. Zaczęli w sieci dyskutować o swoich problemach. W ciągu dziesięciu lat napisali ponad 20 tys. wiadomości. Dzięki tej sieciowej aktywności (nie takiej znów wielkiej, jak na dzisiejsze standardy internetowe) bezdomni, w przeważającej części równocześnie bezrobotni, mogli nawiązać bezpośredni kontakt z politykami, przedstawiając im swoje problemy. Mowa była m.in. o tym, że największą przeszkodą w ubieganiu się o jakąkolwiek pracę jest dla bezdomnych brak możliwości zadbania o czystość i higienę oraz bezpiecznego przechowania rzeczy osobistych na czas rozmowy o ewentualnej pracy, a także brak adresu pocztowego, na który pracodawca mógłby przysyłać korespondencję. Władze miasta we współpracy z bezdomnymi zorganizowały więc ośrodek, w którym potrzebujący mogli skorzystać z łaźni, pralni i przechowalni bagażu. Dostali również skrytki pocztowe. W tym przykładzie osiągania społecznych pożytków z upowszechnienia dostępu do Sieci dużą rolę odegrała możliwość skorzystania z darmowych terminali w bibliotekach. Posługiwało się nimi ponad 25 proc. wszystkich użytkowników sieci PEN. Wszystko to działo się kilka lat temu, będąc swego rodzaju eksperymentem. Został chyba oceniony jako udany, skoro dostęp do Sieci w Stanach Zjednoczonych jest traktowany (także przez władze, a zatem i polityków) jak jedno z podstawowych praw obywatelskich, a zarazem zadań państwa. NASZE BARANYEuropa nie zaszła jeszcze tak daleko na drodze internetyzacji, ale i tu od wielu lat sporo się dzieje. Francuzi już wiele lat temu za pomocą powszechnie dostępnego systemu minitel przygotowywali swoje społeczeństwo do posługiwania się technologiami elektronicznej komunikacji i dostępu do informacji. „Przesiadanie się” do Internetu to tylko kwestia zmiany (być może postrzeganego jako ewolucja) środka technicznego. Belgowie stworzyli wirtualny odpowiednik całego miasta – Antwerpii, w którym za pośrednictwem Sieci można załatwić praktycznie wszystko, czego mieszkaniec może potrzebować. Punktem wyjścia stało się oczywiście udostępnienie każdemu mieszkańcowi dostępu do cyberprzestrzeni. Podobne inicjatywy realizowane są także w innych miastach, regionach i krajach. Jak już miałem okazję wspomnieć w tym miejscu, Europa usilnie pracuje nad doganianiem w tej dziedzinie mocarstwa zza Atlantyku. Powstają programy typu eEuropa i im podobne. Co ważniejsze, za słowami idą działania. Z roku na rok europejskie sieci rosną, tanieje i upowszechnia się dostęp do nich. A u nas co? W ciągu paru lat pojawiło się kilka ciekawych inicjatyw, ale „wskaźnik internetyzacji” społeczeństwa jest szacowany ledwie na poziomie 10 proc. Dla znacznie zaś mniejszego odsetka ludności Sieć jest elementem codzienności – pracy, nauki czy życia prywatnego. Dostęp do Internetu nie jest powszechny z wielu powodów, głównie słabo rozwiniętej telekomunikacji i wysokich kosztów (sprzętu, opłat za połączenia lub za dostęp do terminala np. w kawiarence internetowej). Co prawda, mamy już pracownię internetową w każdym gimnazjum – i bardzo dobrze – ale publicznie dostępnych terminali, na przykład w bibliotekach, praktycznie nie ma. Większość absolwentów gimnazjów opuściwszy szkołę znowu znajdzie się na internetowej pustyni. Zarazem przy wysokim bezrobociu, z oficjalnymi prognozami sięgającymi 20 proc. w przyszłym roku, a także szacowanym na prawie 20 proc. odsetku ludności żyjącej poniżej progu ubóstwa, trudno mieć wielkie nadzieje na najbliższą przyszłość. BLIŻEJ TRZECIEGO ŚWIATANa razie Internet jest w Polsce dostępny dla niewielu, a sytuacja ogólna przypomina tę z krajów trzeciego świata. Przed nami widmo kryzysu gospodarczego i zaciskania pasa. Dotychczasowe elity (w sensie inteligencji) poniosły w ostatnich wyborach dotkliwą porażkę, do głosu doszli natomiast różnego autoramentu roszczeniowcy. W tej sytuacji trzeba być niepoprawnym optymistą, by widzieć w najbliższych latach jaśniejsze perspektywy rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego między Odrą i Bugiem. Wejście do Unii też pewnie odsunie się na jakiś czas, trudno się bowiem spodziewać, że tamtejsi podatnicy będą chcieli finansować wydobywanie sporego kraju z ekonomicznego dołka, a przy okazji i z teleinformacyjnego zacofania. Ponadto, w świetle wspomnianych wyżej przepowiedni o nadejściu wraz ze Społeczeństwem Informacyjnym epoki postpolityki, dotychczasowe organizacje polityczne nie bardzo mają motywację do działań na rzecz upowszechniania Sieci. Poza cytowanymi przewidywaniami Katza sprzed czterech lat są jeszcze argumenty znacznie bliższe i bardziej konkretne. Internet, jako medium o charakterze demokratyczno-anarchicznym, nie daje takiej siły oddziaływania, jak dobrze już opanowane pod względem „inżynierii dusz ludzkich” prasa, radio i telewizja. Politycy będą więc woleli nadal za pośrednictwem tych mediów przekonywać masy, że to właśnie oni zrobią nam dobrze i tylko oni wiedzą, jak się do tego zabrać. Nam, zwykłym obywatelom, szansę na odezwanie się dadzą znowu za jakieś cztery lata... |
|
|