|
|
EsejKażda sugestia na temat możliwości istnienia jakiejś
aksjologii uniwersalnej Piotr Skórzyński Historyków i filozofów I połowy XX wieku często intrygowała tajemnica przemiany rozpustnej i cynicznej – jeśli chodzi o warstwy opiniotwórcze – Anglii wieku XVIII w wiktoriańską Anglię XIX-wieczną. Czołowy przedstawiciel liberalizmu europejskiego Benedetto Croce pisał w swojej Historii Europy XIX wieku o wielkim znaczeniu moralnego odrodzenia, jakie miało miejsce jeszcze w poprzednim stuleciu za sprawą metodyzmu. Jakąś rolę odegrało zapewne przeciwstawienie się ateistycznej Francji jakobinów i jawnie manipulującego papieżem Napoleona (który kazał księżom nazywać go z ambon nowym Cyrusem i Mojżeszem). Zdaje się jednak, że główna przyczyna leżała gdzie indziej. „PÓŁ DIABŁY, PÓŁ DZIECIi”Otóż wydaje się, że tajemnica fenomenu „remoralizacji” (jak ją określił Francis Fukuyama) epoki wiktoriańskiej leży w tym, iż zachodni Europejczycy poznali rzeczywistość pozaeuropejską i dzięki temu nauczyli się cenić własną kulturę. I właśnie Brytyjczycy odkryją, jak różna jest rzeczywistość od sztucznych ideologii. Wszędzie, gdzie docierają, odkrywają bowiem ustrój niewolniczy i rządy przemocy. Innymi słowy, zaszło coś dokładnie odwrotnego w stosunku do zarażenia umysłów wymyśloną teorią, jak to ma miejsce dzisiaj. Okazało się, że świat pozaeuropejski w dużej mierze pozostaje we władzy wierzeń, których nie sposób nazwać inaczej niż demonicznymi. Wiele plemion Australii, Oceanii, Afryki i Ameryki Południowej poddanych jest wszechogarniającemu lękowi przed opanowaniem żywych istot przez duchy przodków. Na Nowej Gwinei – relacjonuje Richard Cavendish – w niektórych okolicach było w zwyczaju składać duchom w ofierze dwa lub więcej palców z ręki małej dziewczynki. Jeżeli akurat zdarzała się potrzeba złożenia wielu przebłagalnych ofiar, to kobietom zostawały czasem tylko po cztery palce. Oponent może argumentować, że ten przykład – zdający się potwierdzać pogląd Kiplinga, że ludy prymitywne to „pół diabły, a pół dzieci” – nie dotyczy starych cywilizacji, takich jak chińska. Jednak to przecież Chińczycy aż do początku XX w. praktykowali koszmarny zwyczaj krępowania stóp dziewczynkom, tak że u dorosłych kobiet wyrastały potwornie zdeformowane, sprawiając im ból przy każdym kroku. Powód był równie chwalebny, co sam obyczaj: chodziło o pedofilię tak podobno rozpowszechnioną, że za najpiękniejsze uchodziły kobiety możliwie podobne do dziewczynek. Zresztą kobiety wszędzie były w praktyce niewolnicami. Słowa Kiplinga warto przytoczyć nie tylko dlatego, że dzisiaj ich publiczne wypowiedzenie na jakimkolwiek kongresie nauk społecznych graniczyłoby z zawodowym i towarzyskim samobójstwem mówcy. Przede wszystkim dlatego, że Indie do dzisiaj stanowią żelazny argument w dyskusjach i rozprawach o „arogancji Zachodu” i rzekomej katastrofie, jaką dla Trzeciego Świata był kolonializm. Jest to aksjomat tak nagłośnionej i rozrastającej się przez aneksję innych nauk społecznych dyscypliny, jaką jest antropologia kulturowa, czyli etnologia. Trzeba stanowczo powiedzieć, że obstawanie większości jej przedstawicieli przy tezie o brutalnej inwazji zachodnich imperialistów na przeważnie pokojowe plemiona (por. hollywoodzką bajkę Tańczący z wilkami) świadczy o ich ideologicznym zakłamaniu lub kompromitującej ignorancji historycznej. Na każdym kongresie którejkolwiek z nauk społecznych można usłyszeć potępienie naukowych „kryptorasistów”, którzy do kultur krajów Trzeciego Świata przykładają mierniki Pierwszego. Każda sugestia na temat możliwości istnienia jakiejś aksjologii uniwersalnej i potrzeb dających się rozpoznać wszędzie traktowana jest jako przejaw „neokolonializmu”. Delegaci afroazjatyccy nie dostrzegają jednak, że tym samym popierają tezę rasistów o nieprzekraczalnej przepaści dzielącej ludy Zachodu od ludów kolorowych. Faktem jest też jednak, że od 200 lat to Zachód pyta sam siebie, dokąd ma dążyć i ile jest wart. Żadna cywilizacja nie zadawała sobie takich pytań. „BRZEMIĘ BIAŁEGO CZŁOWIEKA”Idea Imperium Brytyjskiego była od początku aż do 1876 roku (koronowanie królowej Wiktorii na cesarzową Indii) odrzucana przez całą niemal elitę polityczną kraju. Zostało ono w rzeczywistości stworzone przez kupców, a potem misjonarzy – dopiero na końcu pojawili się oficjalni przedstawiciele Korony. Najłatwiej wykazać to na przykładzie Indii. Zostały one podbite przez prywatną kompanię handlową, której siły miały się do sił sułtanów i maharadżów tam panujących, jak 1 do 1000. To nieprawdopodobne osiągnięcie było możliwe dlatego, że tak w Indiach, jak gdzie indziej w krajach zaliczanych dzisiaj do Trzeciego Świata – poza Chinami – pokój był stanem niemal nieznanym. W praktyce prawie zawsze trwała tam albo wojna domowa, albo wojna zewnętrzna. Zwrócił na to uwagę Kant pisząc w 1784 roku, że bezustanne wojny plemienne Indian w Ameryce Północnej dowodzą, iż mylne jest przekonanie encyklopedystów francuskich o „dobrym dzikusie”, nie skażonym cywilizacją. Gdy w 1811 roku Anglia zajęła Jawę, na gubernatora wyznaczono lorda Minto. Dwa lata później Napoleon abdykował i admiralicja poleciła lordowi opuszczenie wyspy, z której Korona nie ma żadnego pożytku. Wysłał on wówczas zdumiewającą odpowiedź, iż opuszczenie Jawy jest niemożliwe ze względów moralnych. Tłumaczył to stanem, jaki tam zastał: okrucieństwem miejscowych kacyków, samowolą plantatorów oraz korupcją i obojętnością urzędników holenderskich, którzy tam administrowali. Zdecydował się na powrót do Londynu, gdzie zdołał wytłumaczyć ministrowi, iż Jawa potrzebuje jedynie symbolicznego oddziału brytyjskiego, nie będzie więc w praktyce nic kosztować skarbu Korony. Na swojego następcę wyznaczył młodego człowieka, C. Rafflesa. Raffles w ciągu paru lat zanim zniszczyła go malaria, całkowicie odmienił panujące stosunki. Zniósł pańszczyznę, zamieniając ją na opodatkowanie, zakazał importu niewolników i zarejestrował wszystkich dotychczasowych, aby pilnować, by nikt nie zwiększał ich liczby. założył też Towarzystwo Zniesienia Niewolnictwa. Jego zdaniem, jedynym usprawiedliwieniem rządów białych było wprowadzanie zmian w prawach i zwyczajach ludności tubylczej, tak by i ona mogła korzystać z dobrodziejstw cywilizacji. Prawie sto lat później R. Kipling nazwał to „brzemieniem białego człowieka”. Mówiąc te wyszydzane dziś słowa mógł już się oprzeć na bogatym zasobie doświadczeń Brytyjczyków, którzy w na poły prywatnych przedsięwzięciach zdołali stworzyć największe imperium na świecie. Najbardziej wymownego przykładu dostarczyły mu jego rodzinne Indie. W 1843 r. sir Charles Napier zajął północną prowincję Sind i zostawszy jej gubernatorem zakazał praktykowania sati, czyli rzucania się wdów – przymuszonych przez krewnych – w stos, na którym płonęły zwłoki ich mężów. Bramini podnieśli wówczas sprzeciw i zaprotestowali przeciw brutalnej ingerencji w ich pradawne obyczaje. Napier przyjął wówczas ich delegację i oświadczył: Twierdzicie, że nie możecie zrezygnować z sati, bo to stary obyczaj. Cóż, muszę wam powiedzieć, że my, Anglicy, też mamy stary obyczaj: wieszamy ludzi, którzy palą żywcem kobiety. Proponuję więc, by każdy z nas trzymał się swoich starych obyczajów: wy będziecie zmuszać kobiety do samospalenia, a ja będę obok każdego stosu wznosił szubienice. Ta krótka przemowa zlikwidowała tysiącletnią „tradycję”, choć niektórzy historycy przypuszczają, że przyczyniła się do wielkiego powstania sipajów 14 lat później. Dodajmy, że przez kilkaset lat północne Indie terroryzowane były przez religijnych zabójców, thugów, wyznawców bogini Kali, których liczebność szacuje się na ok. 10 tys. Dopiero Brytyjczycy zdołali wykorzenić tę plagę. DESPOTYZM I ZASTÓJEpoka romantyzmu zintensyfikowała fascynację, jaką wśród dużej części arystokracji i rodzącej się inteligencji budziły niezmienione od czasów starożytnych cywilizacje Wschodu. W odpowiedzi lord Th. B. Macaulay w Izbie Gmin w 1834 roku podważył całą tradycyjną kulturę i cywilizację indyjską, wyszydzając zasady medycyny, które stanowiłyby potwarz dla angielskiego cyrulika, astronomię, która rozśmieszyłaby panienki z angielskich internatów i geografię, na którą składały się morza syropu i morza masła. (...) Kultura hinduska to absurdalna historia, absurdalna metafizyka, absurdalna fizyka i absurdalna teologia. Niczego się nie pojmie z historii Azji, jeśli rozpatrywać się ją będzie bez skojarzenia ze sobą dwóch najbardziej rzucających się w oczy zjawisk: nieograniczonego despotyzmu władzy i zastoju cywilizacyjnego. Chiny są tu najlepszym przykładem. Zarówno dwór, jak i związani z nim mandaryni obawiali się przede wszystkim rozwoju handlu i otwarcia kraju. Toteż kupcom pozwalano handlować tak długo, póki któryś z nich nie ośmielił się ubrać w zagraniczny strój lub nie zaczął opowiadać, że w innych krajach władcy zmniejszają władzę nad poddanymi, by ci mogli lepiej pracować. Było to zawsze uznawane za „niebezpieczne nowinki” i pociągało za sobą wygnanie kupców zagranicznych i wtrącenie do więzień miejscowych. w historii Chin mamy do czynienia z takimi dekretami regularnie co jakiś czas. Ponieważ władca był bogiem, należało do niego wszystko – prywatna własność była jedynie rodzajem wieczystej dzierżawy. Jak widać, Lenin nie był zupełnie oryginalny. W systemie takim życie społeczne musi zmienić się w zbiór rytuałów, sztuka w powtarzanie kanonu, a wartość życia jednostki spada oczywiście do zera. „Tajemnicza” kultura chińska zawdzięcza swoją egzotykę właśnie temu, że nie ma w niej człowieka. Dla taoisty chmury, rośliny, zwierzęta i ludzie mają tę samą wartość. Wyjątkową pozycję zajmują w tradycji chińskiej duchy: zaborcze i zawistne, nie znajdujące przeciwwagi w żadnym monoteizmie, wymagają stałych ofiar i z łatwością się materializują. W 1950 r. komuniści chińscy opublikowali parę broszur na temat technik ich zwalczania; najwyraźniej wskutek niepowstrzymanej, przeszło dwudziestoletniej fali okrucieństw opanowały one wyobraźnię Chińczyków na taką skalę, że stało się to polityczną koniecznością. ZMIERZCH ZACHODUPonieważ w zasadzie nie istnieje potrzeba komunikacji międzyludzkiej inna niż
ta w kwestiach praktycznych, pustoszeje też narzędzie tej komunikacji, czyli
język. W 1971 roku Chiny zdecydowały się uchylić nieco okno na świat. Pierwszymi
pionierami stosunków z USA byli amerykańscy pingpongiści. Po powrocie kapitan
drużyny Jack Howard udzielił wywiadu „Newsweekowi”. Oto jego fragment: W
rozmowach z Chińczykami, na przykład z naszym tłumaczem, mieliśmy czasem
trudności we wzajemnym zrozumieniu się. Tłumacz mówił wspaniałą angielszczyzną,
a ja używałem bardzo prostych słów, mimo to często mnie przepraszał i twierdził,
że powinienem sobie znaleźć lepszego tłumacza, ponieważ nie rozumie, co do niego
mówię. Używałem słów w rodzaju „indywidualny”, „unikalny”. Były to słowa, które
znał, jednakże nie mógł ich połączyć z ideą robienia tego, co się chce. „Robić
co się chce?” – zapytał mnie pewien zaskoczony Chińczyk. Patrzył na mnie
zdumiony, jakby chciał powiedzieć: „Jak to możliwe?” Przypuszczam, że w Chinach
ludzie muszą robić to, co każe przewodniczący i w ten sposób wszyscy są spokojni
i zadowoleni. To zbiorowe szaleństwo nie mogłoby jednak nabrać takiego zasięgu, gdyby nie głośne nazwiska, które im patronowały oraz „uczone” teorie, które głosiły zmierzch „jednowymiarowej” cywilizacji zachodniej. Do Marksa, Durkheima i Freuda dołącza następny, wielce elokwentny rzecznik relatywizmu, L?vi-Strauss. Jestem tylko miejscem, gdzie coś się zdarza – oto jego formuła. Jego strukturalizm redukuje jednostkę do funkcji społecznej i do rangi dogmatu podnosi wyrażane przez takich etnologów, jak Mauss czy Mead, przeświadczenie o większej niż w naszej cywilizacji harmonii życia społecznego plemion pierwotnych. Trzeba było wielu lat żmudnych badań, głównie antropologów amerykańskich, by okazało się, że wnioski te były uproszczeniem silnie podbudowanym ideologicznie, i że konkluzje owych – sławnych już tymczasem – pionierów oparte były nie tylko na bardzo znikomej ilości danych, ale i, niestety, zdarzały się zwyczajne manipulacje. KAPITULACJA W DZIEDZINIE POZNANIAW społeczeństwach, w których praktykuje się seanse opętania – pisze L?vi-Strauss (Wprowadzenie do twórczości Marcelego Maussa) – opętanie jest zachowaniem dostępnym dla wszystkich; jego przypadłości są wyznaczone przez tradycję, a jego wartość usankcjonowana przez zbiorowe uczestnictwo. W imię czego miałoby się prawo twierdzić, że jednostki odpowiadające przeciętnej swej grupy, okazujące w czynnościach życia codziennego pełnię przystosowania – są „chore” lub „anormalne”? W istocie, w świecie darwinowskim na to pytanie nie ma odpowiedzi. A dokładniej jest, choć darwinistom niełatwo ją wypowiedzieć: człowiek opętany jest normalny, jeśli zdoła zapewnić sobie przetrwanie swych genów. Tym bardziej, jeśli opętanie uznaje się za „projekcję archetypu” z podświadomości jednostki. Jak widać, paradygmat musi być w tym momencie rozciągnięty wyjątkowo szeroko, tak że właściwie trudno powiedzieć, co ma to wyjaśnienie oznaczać – poza tym, że nikt nie może być naprawdę opętany. Już w 1920 r. William James, ojciec psychologii amerykańskiej, zauważył: Uparta odmowa dzisiejszego „oświeconego środowiska”, aby rozważyć hipotezę opętania – wbrew świadczącemu na jej korzyść ogromowi tradycji popartej konkretnym ludzkim doświadczeniem – zawsze zdawała mi się zabawnym przykładem roli, jaką w świecie „naukowym” odgrywa moda. Według mnie jest absolutnie pewne, że nadejdzie jeszcze czas na teorię demoniczną. Trzeba być „naukowcem” zaiste wyjątkowym, by w zaślepieniu i ignorancji nawet nie wziąć pod uwagę takiej możliwości. Dr Wade Davis, biolog i antropolog z Harvardu, brał udział w licznych
ekspedycjach do dżungli Ameryki Południowej, zarazem badał towarzystwa
spirytystyczne, by dociec ewentualnych elementów wspólnych z kultami
szamańskimi. W książce, która jest owocem tych doświadczeń, przyznaje się do
dezorientacji, charakterystycznej dla materialisty, któremu materia usunęła się
spod nóg: Dla ateisty opętanie przez ducha jest czymś dogłębnie niepokojącym.
Oto staje przed żywą, namacalną, niezaprzeczalnie prawdziwą mocą (...).
Psycholodzy próbujący zrozumieć opętanie (...) unikają kwestii niemożliwych do
zbadania za pomocą aparatu matematycznego, a więc przede wszystkim kwestii
samego istnienia duchów, zamiast tego tworząc naukowo brzmiące opinie, iż
opętanie to „zachowanie osób psychicznie niezrównoważonych, ze skłonnością do
mitomanii”... Wobec faktu braku wyjaśnienia naukowego – i naszej własnej niewiedzy – objawem głupoty będzie lekceważenie opinii tych, którzy opętanie znają najlepiej. Będzie to też zaproszenie do kapitulacji w dziedzinie poznania. Trudno bowiem
zbadać naturę, jeśli wcześniej się ją ubóstwi – to znaczy postawi powyżej
umysłu. Tak, przypomnijmy, S. Jaki tłumaczy niezdolność Chińczyków do
wygenerowania nauki. |
|
|