|
|
Życie akademickieAkredytacja nie powinna być ani zwykłym rozdawnictwem
świadectwa
Trawestując znane ostrzeżenie można powiedzieć, że widmo akredytacji krąży po Europie i – co nie mniej istotne – dotarło już do nas nie tylko jako slogan czy myślenie życzeniowe tych, którzy to wszystko „wymyślili”, lecz jako konkretna praktyka. Powiedzmy od razu, że „wymyślili” to Amerykanie (mniej więcej 100 lat temu) dla potrzeb swojego szkolnictwa wyższego, a zaczęło się to „przyjmować” (nie bez pewnych trudności) w krajach Europy Zachodniej kilkanaście lat temu. Do Polski dotarło kilka lat temu i zyskało na tyle poparcie akademickiego środowiska, że zdołało się ostać – po gruntownym „ociosaniu” historycznego już projektu reformy szkolnictwa wyższego, któremu patronowało Ministerstwo Edukacji Narodowej – w tym, co się dzisiaj oficjalnie nazywa „małą nowelizacją” ustawy o szkolnictwie wyższym z 1990 roku. stanowi to już taką „resztówkę” owych pomysłów na reformę szkolnictwa wyższego w Polsce, że powinno się raczej nazywać „minimum minimum”. Tak czy inaczej, mamy w tym również zapis mówiący o powołaniu Akademickiej Komisji Akredytacyjnej, której kandydatów na członków (od 50 do 70) mają wskazywać m.in. senaty uczelni, stowarzyszenia naukowe, organizacje pracodawców. Wyboru dokona minister edukacji. Komisja ma m.in. oceniać jakość studiów w uczelniach. To od jej opinii będzie zależeć np. czy minister edukacji utrzyma, zawiesi czy cofnie pozwolenie na prowadzenie szkoły. Dla jednych brzmi to zachęcająco, dla innych groźnie, dla jeszcze innych
(przypuszczam, że stanowią oni większość) na tyle zagadkowo, aby powiedzieć:
„pożyjemy, zobaczymy”. Problem m.in. w tym, że dla wielu osób współtworzących
środowisko akademickie w naszym kraju i mających na to, co się w nim dzieje,
pewien wpływ, słowo „akredytacja” jest na tyle tajemnicze, że być może kojarzy
się z udzieleniem jakichś pełnomocnictw dyplomatycznych (bo dotychczas
funkcjonowało głównie w dyplomacji) lub z jakąś nobilitacją (bo przecież coś
musi być w tym, że tylu o nią zabiega). niemniej te i podobne im skojarzenia
mają często niewiele wspólnego z tym, czym ona być może i – w przekonaniu tych,
którzy zaangażowali się w uruchomienie tej procedury – być powinna. Stwierdzam
to jako jedna z tych osób, które zostały włączone do jej realizacji – co prawda
tylko dla jednego z kierunków akademickiego kształcenia (filozofii), niemniej
dało mi to na tyle duże pole obserwacji, że chciałbym wypowiedzieć się na ten
temat publicznie. TROSKA O JAKOŚĆ KSZTAŁCENIAPowołaniem i zadaniem wyższych uczelni było i jest – poza wszystkim innym – kształcenie na poziomie wyższym, być może nawet znacznie wyższym niż kształcenie licealne. Przemawia za tym zarówno tradycja – bez względu na to, czy będziemy ją datowali od starożytnych szkół filozoficznych, czy „tylko” od średniowiecznych uniwersytetów – jak i dzień dzisiejszy, w tym realne potrzeby społeczne; bo społeczeństwo, które nie ma wysoko wykształconych i wystarczająco licznych elit, nie może ani samo się rozwijać, ani też współuczestniczyć (na partnerskich zasadach) w rozwoju społeczeństw posiadających takie elity. Do przypomnienia tych oczywistych faktów ośmiela mnie nie tylko to, że z tym kształceniem na poziomie wyższym niejednokrotnie (żeby nie powiedzieć: często) nie było i nie jest tak, jak być powinno, ale także to, że w troskę o jego odpowiednio wysoki poziom zaangażowanych było i, niestety, nadal jest zbyt mało pracowników uczelni, których jest to zawodowym obowiązkiem. Nie mówię tego jedynie na podstawie osobistych obserwacji czy tekstów publicystycznych, lecz także na podstawie wyników przeprowadzonych w tym zakresie gruntownych badań – takich m.in., jakie podaje Elżbieta Wnuk-Lipińska w skłaniającej do głębokiej zadumy książce Innowacyjność a konserwatyzm (Warszawa 1996). Wiele by o tym można powiedzieć, bo i wiele składa się na to różnych okoliczności i czynników sprawiających, że można zupełnie dobrze funkcjonować jako nauczyciel akademicki traktując nauczanie jako swoistego rodzaju zło konieczne, a w każdym razie coś, czym nie należy się za bardzo przejmować – bo to specjalnie nie pomoże w akademickiej karierze, a nawet może przyczynić się do jej spowolnienia. Tak jest, chociaż tak być nie powinno, i dobrze o tym wiedzieli i wiedzą zarówno ci, którzy od wielu lat kreują „od dołu” (z pozycji akademickich nauczycieli) funkcjonowanie wyższych uczelni, jak i ci, którzy przez kilka ostatnich lat przygotowywali „od góry” (z pozycji ministerialnych decydentów) pakiet takich zmian, aby uzdrowiły one tę niezdrową sytuację. To, że tak niewiele z tego pakietu pozostało, warte jest zapewne analizy nie tylko filozofa. Tak czy inaczej, w sytuacji wyraźnego legislacyjnego impasu pojawiło się
szereg inicjatyw oddolnych, mających na celu podniesienie jakości kształcenia w
szkołach wyższych lub przynajmniej niedopuszczenie do dalszego obniżania jego
poziomu. Z jedną z takich inicjatyw wystąpiło Stowarzyszenie Edukacji
Menedżerskiej Forum, z inną – o znacznie większym potencjale i rozmachu
(chociażby z tego względu, że stały za nią najbardziej liczące się w Polsce
uczelnie) – Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich. W październiku 1997
roku przyjęła ona dokument pod nazwą Porozumienie Uniwersytetów Polskich na
rzecz Jakości Kształcenia, natomiast w styczniu roku następnego powołała
Uniwersytecką Komisję Akredytacyjną (UKA). Przy opracowywaniu zasad i celów jej
funkcjonowania wzorowano się w jakiejś mierze na przykładach amerykańskich oraz
tych, które albo już funkcjonują w Europie Zachodniej, albo też są tam aktualnie
wdrażane. W sumie miał to być jednak system oceny jakości kształcenia
dostosowany do polskich warunków. CZYM AKREDYTACJA MA BYĆ?Na to zasadnicze pytanie odpowiada – w moim przekonaniu – w sposób jasny i nie pozostawiający zbyt wielkiego marginesu na swobodne interpretacje, kierujący pracami UKA prof. Stanisław Chwirot. Jego zdaniem, podstawą funkcjonowania tego systemu akredytacji jest – podobnie jak w USA – rozumienie tej procedury jako samoregulacji aktywności środowiska akademickiego, opartej na ocenie równych przez równych (peer review). Istotna dla tego systemu ma być również zasada dobrowolności (uczelnie mogą, ale nie muszą się poddać ocenie jakości kształcenia) oraz zasada, że procedura akredytacyjna uruchamiana jest dla danego kierunku studiów tylko wówczas, gdy chęć przystąpienia do akredytacji wyrazi co najmniej pięć jednostek organizacyjnych (wydziałów, instytutów kierunkowych, katedr). Trzeba dodać, że warunkiem koniecznym do wystąpienia o akredytację jest posiadanie przez jednostkę wewnętrznego systemu oceny i podnoszenia jakości kształcenia oraz wdrożonego systemu transferu punktów kredytowych, zgodnego z regułami ECTS – European Credit Transfer System (por. S. Chwirot, System akredytacji kierunków studiów prowadzony przez Uniwersytecką Komisję Akredytacyjną, w: A. i B Brzezińscy, Ewaluacja procesu kształcenia w szkole wyższej, Poznań 2000). Dla jasności obrazu, czym ma być – przynajmniej w swoich założeniach – akademicka akredytacja w Polsce, dopowiedzmy jeszcze, że ma ona stanowić coś w rodzaju „klubu dobrej jakości”, przy czym członkostwo w tym klubie można otrzymać – po poddaniu się wnikliwej i surowej kontroli jakości kształcenia – w najlepszym przypadku na 5, a w nieco gorszym na 2 lata, po czym trzeba się ponownie poddać owej kontroli. Prowadzona ma ona być przez grupy wysoko kwalifikowanych osób cieszących się autorytetem w środowisku. Zwiedziony tą nieco wzniosłą, ale w gruncie rzeczy miłą dla ucha retoryką (w końcu nie zawsze i nie wszędzie jest się uznawanym za „autorytet”), dałem się nakłonić do wzięcia udziału w ocenie jakości kształcenia uniwersyteckiego na kierunku filozofia. Dla jasności dopowiem, że kandydatów do zespołów oceniających jakość kształcenia na poszczególnych kierunkach zgłaszały jednostki uczelniane, które zdecydowały się poddać procedurze akredytacyjnej. Generalną zasadą było, iż żaden z nich nie ocenia kształcenia we własnej jednostce. W ten sposób wyłonionych zostało kilka zespołów, które otrzymały do oceny po kilka jednostek uczelnianych (z liczby zgłoszeń wyszło, że po 3 na każdy zespół). Dla wszystkich zespołów obligatoryjne miały być tzw. standardy akredytacji, w których określone zostały zarówno wymagania wspólne dla wszystkich jednostek ubiegających się o przyznanie akredytacji (nazywane „wymaganiami ogólnymi”), jak i takie, które winny być w szczególności spełnione na danym kierunku studiów (nazwane zostały „wymaganiami szczegółowymi”). W sumie przy przygotowaniu tej dosyć długiej (liczącej ponad 20 punktów) listy wymagań współpracowało kilkadziesiąt osób (członków UKA i przedstawicieli ubiegającego się o przyznanie akredytacji kierunku studiów). Przed przeprowadzeniem w jednostkach uczelnianych kontroli jakości kształcenia członkowie zespołów oceniających przeszli pewnego rodzaju „przeszkolenie”. Tłumaczono na nim nie tylko, o co chodzi w tym całym przedsięwzięciu, czy jak i co oceniać, ale także, jakie mogą się pojawić problemy w trakcie przeprowadzania tej procedury, oraz – co dla mnie osobiście miało największą wartość poznawczą – jak i co oceniano na kierunkach studiów, które już otrzymały certyfikat jakości kształcenia. Niektóre z dostarczonych członkom zespołów materiałów poglądowych (jak np. Regulamin postępowania Zespołów Oceniających jednego ze stanów w USA!?) mogły wywoływać rozbawienie bądź oderwaniem od polskich zwyczajów akademickich, bądź też swoją „drobiazgowością”, w każdym razie tłumaczeniem takich kwestii, które zdają się być dobrze znane i poznane każdemu nauczycielowi akademickiemu w Polsce. Podobnie zresztą odebrane mogły być i, jak się zdaje, były odbierane wskazówki tych, którzy już zakończyli akredytację swoich kierunków kształcenia. Dopiero skonfrontowanie swoich wyobrażeń o życiu akademickim w innych ośrodkach uniwersyteckich z realiami tego życia mogło przyczynić się do większej pokory, a przynajmniej uważniejszego przysłuchiwania się temu, co mają do powiedzenia na temat jakości kształcenia inni. AKREDYTACYJNA PRAKTYKAPrzed przystąpieniem do oceny jakości kształcenia w poszczególnych jednostkach uczelnianych członkowie zespołów dysponowali nie tylko szczegółowymi instrukcjami, co i jak oceniać, ale także obszernym pakietem materiałów dostarczonych przez ubiegających się o przyznanie akredytacji. W świetle tych materiałów kształcenie filozofów z reguły wyglądało dobrze lub bardzo dobrze. w każdym razie tak, że osoby od wielu lat uczestniczące w życiu filozoficznym i mające coś do powiedzenia w filozofii mogły czuć się wręcz zażenowane, iż tak mało wiedzą o swoich kolegach i koleżankach nauczających filozofii w innych ośrodkach akademickich. Jeśli nawet w tych materiałach pojawiały się jakieś znaki zapytania, to gospodarze, już na miejscu, starali się je uchylić dostarczając kolejne, niejednokrotnie jeszcze obszerniejsze „zestawienia”, „sprawozdania”, „informacje” itp. O znakomitym kształceniu filozofów w wizytowanych jednostkach mówili również w trakcie bezpośrednich spotkań z członkami zespołów oceniających przedstawiciele różnego szczebla władz uczelnianych (dyrektorzy instytutów, dziekani i rektorzy), a nawet studenci. Wszystko to jest w pełni zrozumiałe – w końcu członkowie zespołów oceniających widzieli, jak na hasło „akredytacja” mobilizowano wszystkie siły w ich macierzystych jednostkach (w moim instytucie z aktywnego udziału w tym przedsięwzięciu nikt nie został zwolniony, nawet inwalida na wózku). Filozof nie byłby oczywiście filozofem, gdyby nie sprawdził co faktycznie kryje się za tą lawiną zapisanych i wypowiedzianych słów lub też – co na jedno wychodzi – na ile rzeczywistość werbalna odpowiada rzeczywistości rzeczywistej, czyli temu, co funkcjonuje w faktycznym nauczaniu. Rzecz jasna, członkowie zespołów oceniających w każdym przypadku podjęli próbę takiej konfrontacji. Stwierdzenie, iż w żadnym wypadku nie było aż tak dobrze, jak to wyglądało na papierze, jest nie tylko zbyt ogólnikowe, ale również w jakiejś mierze krzywdzące dla ocenianych jednostek. Różny był bowiem nie tylko stopień rozbieżności między tymi rzeczywistościami w różnych uczelniach, ale także różny w odniesieniu do różnych punktów z listy standardów akredytacji. Przynajmniej w jednym przypadku mogłem z prawdziwą satysfakcją stwierdzić, że rozbieżność ta nie jest znaczna, a nawet pod niektórymi względami jest lepiej niż to zostało przedstawione w pakiecie informacyjnym tej jednostki. Na ten temat nie chciałbym się tutaj szerzej rozwodzić. Powiem zatem krótko, że warto, aby osoby stanowiące o jakości kształcenia filozofów w tej uczelni wyzbyły się przesadnej skromności (bo może się okazać, iż nie wszyscy i nie wszędzie dostrzegają ich rzetelną działalność edukacyjną), a nade wszystko, aby przyswoiły sobie reguły działalności promocyjnej i marketingowej (bo już dzisiaj trudno jest utrzymać się na akademickim rynku edukacyjnym, a za kilka czy kilkanaście lat będzie jeszcze trudniej). Spotkałem się, niestety, również z przypadkiem, w którym rozbieżność ta jest znaczna. Nie czuję się jednak upoważniony do aż tak daleko idącego ujawniania tajemnic akredytacyjnej „kuchni”. Nie będę jednak ukrywał, że przypadek ten stanowi w jakiejś mierze podstawę do uwag sformułowanych poniżej. CZYM AKREDYTACJA BYĆ NIE POWINNA?Zanim spróbuję odpowiedzieć na to zasadnicze pytanie, chciałbym podzielić się pewną refleksją ogólniejszej natury. Otóż, odnoszę nieodparte wrażenie, że w naszym kraju, mimo wielu pozytywnych zmian, nadal niestety jest stosunkowo łatwo z każdej procedury zrobić jej parodię. Nie byłoby to takie zaskakujące, gdyby nie fakt, że od tego ośmieszania całego przedsięwzięcia nie są wolne różnorakie poczynania istotne dla akademickiego życia. Na temat niektórych z nich napisano już zresztą sporo (por. skargi pokrzywdzonych w procedurze nadawania stopnia doktora habilitowanego). Wygląda na to, że od tego przekształcania w parodię trudno jest uchronić nie tylko stare, ale i nowe zasady akademickiego postępowania. Te drugie zdają się być zresztą bardziej bezbronne niż pierwsze, bowiem tak do końca nikt z zaangażowanych w ich przeprowadzenie osób nie wie, co jest jeszcze normalnością, a co już śmiesznością. Pozwolę sobie zatem odwołać się do zdrowego rozsądku i powiedzieć wyraźnie: nie ośmieszajmy ani powierzonego nam zadania, ani też samych siebie, bo przecież akademickie nauczanie jest zadaniem ważnym i poważnym. Ale do rzeczy. Otóż stwierdzenie, że akredytacja akademicka powinna oznaczać przyznanie znaku najwyższej jakości kształcenia tylko tym jednostkom uczelnianym (niestety, stosunkowo nielicznym), które faktycznie kształcą na najwyższym. porównywalnym z zachodnimi standardami poziomie, jest wprawdzie oczywiste i zrozumiałe samo przez się, jednak nie wytrzymuje ono konfrontacji z realiami akademickiego życia, w szczególności z wyobrażeniami i oczekiwaniami tych środowisk, w których wprawdzie kształci się nieźle, ale nie aż tak znakomicie, aby przyznać ów znak. Stąd szczególna odpowiedzialność tych wszystkich osób, które zaangażowały się w procedurę akredytacyjną. Jestem głęboko przekonany, że powinny one zapisy standardów akredytacyjnych traktować dosłownie, nie zaś jako jakąś metaforę czy też coś, co raz stanowi warunek konieczny przyznania akredytacji, innym natomiast razem „niekoniecznie konieczny”. Powinny to być również osoby odporne nie tylko na własne słabości (jeśli tak można nazwać uleganie odruchowi miłosierdzia), ale także różnoraką presję tych, którzy uważają, że „im się należy” i – co nie mniej istotne – mają swoich „adwokatów” w gronie ostatecznie decydujących o przyznaniu znaku jakości. Nie ośmielę się tutaj apelować do odpowiedzialności owych „adwokatów”, bo przecież nie po to są oni w decydenckich gremiach, aby bronić cudzych interesów, a zaniedbywać interesy tych, którzy ich tam desygnowali. Pozwolę sobie natomiast zwrócić się do tych, którzy w głębokiej trosce o jakość akademickiego kształcenia zgodzili się poświęcić swój czas i energię i powiedzieć coś, co zapewne nie jest zbyt miłe. A zatem, Szanowni Akredytujący, każdy z nas dobrze wie, że są sytuacje, w których z różnych względów łatwiej jest dać niż odmówić tego, co jest obiektem pożądania. Jeśli jednak nie potrafimy się zdobyć na odmowę w sytuacji, gdy „danie” prowadzi do przekształcenia całego przedsięwzięcia w „koncert spełnionych życzeń”, to całkiem po prostu dajmy sobie spokój z akredytowaniem, bo jest to wtedy rozdawanie „bonusów” każdemu, kto się po nie zgłosi. Rzecz jasna, procedura akredytacyjna nie powinna być źródłem konfliktowania środowiska akademickiego. Przeciwnie, powinna, a przynajmniej mogłaby być jednym ze środków do jego integrowania, ale przecież nie za wszelką cenę czy też na warunkach określanych przez tych, którym wprawdzie dzisiaj przyszło uczyć akademicką młodzież, ale tak naprawdę sami jeszcze muszą sporo się nauczyć, aby móc powiedzieć, że kształcą na najwyższym poziomie. Procedura ta nie powinna być, oczywiście, również narzędziem do piętnowania tych, którzy, mimo wielu starań i autentycznej pracy włożonej w podniesienie jakości kształcenia, nie otrzymali upragnionego certyfikatu. Jeśli jednak Szanowni Akredytujący przyznają im świadectwo jakości – kierując się względem na starania i pracę, a nie ich efekty – to zapewne poprawią ich, i być może swoje, samopoczucie, ale raczej mało prawdopodobne jest, aby przyczynili się do poprawy jakości kształcenia w tej jednostce (bo po co poprawiać coś, co zostało uznane przez autorytety za znakomite). Podsumowując, akredytacja nie powinna być ani zwykłym rozdawnictwem
świadectwa przyzwoitości poziomu kształcenia każdemu, kto ma odwagę się po nią
zgłosić, ani okazją do załatwiania jednostkowych i grupowych interesów, ani
środkiem do poprawiania samopoczucia akredytujących i akredytowanych, ani też
okazją do pogłębienia i zacieśnienia towarzyskich kontaktów. Być może są to
oczekiwania zbyt daleko idące, a w każdym razie tak dalece oderwane od realiów
Polski akademickiej, że przez tych, którzy je znają, uznane zostaną za naiwne.
Pozwolę sobie jednak na pozostanie przy tej naiwności. Prof. dr hab. Zbigniew Drozdowicz, historyk filozofii, pracuje w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu. |
|
|