Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 11/2001

Oczka społecznego sita
Poprzedni Następny

Agora

Nauka to „dobro cywilizacyjne”, które wielokrotnie
pokazało swą przydatność w rozwiązywaniu problemów i usuwaniu
zagrożeń powstałych głównie wskutek działalności na innych obszarach.


Władysław Kraus

Rys. Piotr Kanarek

Sito to zarówno filtr zapobiegający przedostaniu się do systemu składników niepożądanych, jak i narzędzie do wyławiania z otoczenia elementów niezbędnych do właściwego i sprawnego działania układu. Role to równie ważne dla społeczeństwa. Problem takiej roli nauki porusza tekst Jerzego Sadeckiego („Rzeczpospolita”, 16-17.12.2000) o habilitacjach uzyskanych za, głównie wschodnią, granicą. Dowodzi on, że zmienna rzeczywistość nie poddaje się uproszczonym opisom i nie funkcjonuje podług wymyślanych ad hoc zdroworozsądkowych reguł (jak sprawa płac nauczycieli wykoncypowana w ministerstwie będącym adresatem tekstu o habilitacjach). Kolejny raz okazało się, że z pewnych właściwości wymyślonych formuł (sławetnych „algorytmów”) lepiej zdają sobie sprawę ich rzeczywiści adresaci niż ich autorzy. Rodzi to pytanie, czy autorzy takich formuł naprawdę zdają sobie sprawę z zadań, jakie przed nimi stoją i mają jasność co do środków ich realizacji? Rodzi także obawę o błędne diagnozy i środki przeciwdziałania „zjawiskom”.

DRABINKA STOPNI

Złudne jest przede wszystkim mniemanie, że same „algorytmy” zapewnią uzasadnienie oraz pełną jasność reguł i sposobów wydawania publicznego grosza przekazanego w ręce decydentów przez podatników. Natomiast to od podatników zależy, czy dadzą przyzwolenie, czy wymuszą na decydentach skierowanie odpowiednich środków na rozwój nauki. Zrobią to, gdy będą przekonani o istotnej roli nauki, natomiast obawiam się, że nawet wtedy nadal mało ich będą obchodzić rozważania na temat dróg awansu w nauce. Rzecz będzie raczej pojmowana na sposób brytyjski, zakładający wprost, że uprawiający naukę mówiąc o jakości „sami dobrze wiedzą, o czym mówią”. Naiwnością jest sądzić, że wystarczającą w tym zakresie gwarancją będzie swoisty „stempelek na łeb” (to pełen zadumy – radziecki przecież – Okudżawa) od najbardziej nawet szacownego gremium. Co najwyżej, gdy doniesienia o nadużyciach będą się powtarzać, podatnicy mogą uznać, że nauka jak każdy inny obszar działalności ludzkiej nie jest od nich wolna i nie stanowi pod tym względem dziedziny z natury rzeczy wyjątkowej. Wszystko wskazuje na to, że żaden system swoistej „cenzury prewencyjnej” nic tu nie pomoże, a skuteczną zaporą mogą być jedynie sprawne rozwiązania działające post factum. Z drugiej strony, trzeba mieć świadomość, że „prewencja” może być odbierana jako utrudnienie wejścia do zawodu (i to zdają się sugerować bohaterowie tekstu), czyli zjawisko typowe np. dla palestry, czy lekarzy, a co za sprawą kolejnych niezbyt przemyślanych posunięć legislacyjnych, na zasadzie rzekomego samorządu, ogarnia coraz więcej grup zawodowych.

Należy się spodziewać, że zbytnie formalizowanie problemu „jakości” (rozumianego tylko jako problem urzędniczej „drabinki” stopni i z takową niekiedy wręcz utożsamianego) będzie raczej sprzyjać niż przeciwdziałać zachowaniom niepożądanym, podobnym do opisanych. Tekst red. Sadeckiego opisuje rzecz z należytym dystansem, który pozwala na wyrobienie sobie własnego sądu o problemie. Niedobrze byłoby jednak, gdyby skłaniał do mówienia z przekąsem o jakości „nauki radzieckiej”. Z powodów, nazwijmy to, historycznych dyskusji na ten temat nie da się uniknąć w dziedzinie nauk społecznych (główna część opisywanych w artykule zdarzeń), jako najbardziej wrażliwych na ingerencje polityczne i pewną skłonność do stosowania w ocenie kryteriów ideologicznych. Lecz takim aberracjom podlegać może każda nauka, nie tylko „radziecka” czy „postradziecka”, o ile takie rozróżnianie ma w ogóle sens. Dobrze byłoby również, by dyskusja nie szła w kierunku potencjalnych zakazów uzasadnianych maksymą „ostrożność nie zawadzi”, nawet gdy – jak ustalił autor ze swoimi współpracownikami – rzecz może mieć niekiedy i podtekst czysto kryminogenny.

OBLICZE UCZELNI

Tekst niesie obawę, że do monitorowania takich zjawisk ministerstwo nie jest dostatecznie przygotowane. Nie uzasadnia jednak poglądu, że powinno ono regulować wszystko i wszędzie. Podobne sytuacje świadczą jednak o tym, że dla ministerstwa „nauka” jest – jak można przeczytać w elementarnym podręczniku zarządzania – obszarem niezidentyfikowanym, a wiedza o nim, płynąca z różnych dyscyplin naukowych, nie służy do ustalenia wstępnych hipotez, co do rodzaju możliwych związków przyczynowo-skutkowych, badania tych związków, określenia kierunków zmian i wykorzystania tej wiedzy w praktyce. Brak po temu rzetelnych danych empirycznych, bez których notabene żadna nauka nie jest raczej możliwa, a twierdzenie czynników ministerialnych – oparte na ich przekonaniu, że sprawa dotyczy jedynie tej lub innej grupy szkół wyższych – mało kogo przekonuje. W takiej sytuacji łatwo o pomylenie skutków z przyczynami. Przed kolejnymi doraźnymi eksperymentami powinny jednak powstrzymywać zarówno względnie niski poziom wykształcenia w społeczeństwie, jak i świadomość, że przygotowanie osób o szczeblu kompetencji, którego dotyczy tekst, trwa co najmniej kilkanaście lat, licząc od ukończenia szkoły średniej. Trudno sobie również wyobrazić, że w dobie powszechnej, międzynarodowej kooperacji w nauce można się obejść bez stosownych porozumień o wzajemnym uznawaniu stopni naukowych. Siłą rzeczy również musi nastąpić zetknięcie się różnych systemów promocji osób, co może niekiedy znacząco utrudnić podjęcie kooperacji.
Z drugiej strony, trudno się nawet specjalnie dziwić opisanym zdarzeniom. Nie wykluczając zwykłego hochsztaplerstwa, świadczą one w wielu przypadkach o swoistej żywotności systemu i funkcjonujących w nim ludzi na przekór warunkom zewnętrznym. Inna rzecz, że maniakalną w pewnej mierze dążność do uzyskania upragnionego stopnia przez jednego z bohaterów tekstu był w stanie pierwszy dostrzec dociekliwy redaktor (raport OECD na temat stanu nauki polskiej wykazywał jego zbędność i niepotrzebne marnotrawienie nań czasu i energii kandydatów oraz środków niezamożnego przecież społeczeństwa). Brak jednak informacji, czego w ogóle dotyczyły tak odrzucone, jak i zakończona „sukcesem” praca.

Jeśli na sprawę patrzeć przez pryzmat uniwersyteckiej tradycji, to ma ona jeszcze inny aspekt: habilitacja to postępowanie mające na celu uzyskanie (przez posiadacza stopnia doktora) prawa wykładania w uniwersytecie (venia legendi albo venia docendi). Inaczej mówiąc, ma ona świadczyć, że kandydat o odpowiednim przygotowaniu do pracy naukowej (doktorat) posiada również wiedzę i predyspozycje do prowadzenia uniwersyteckich wykładów, nauczania studentów, a więc, w dalszej perspektywie – kształtowania oblicza uczelni. Zgodnie z relacją podaną w tekście, opisany kandydat jest przekonany, że w zasadzie jedynym ku temu wymogiem jest wykonanie jakiejś pracy naukowej i umiejętność zaprezentowania jej tez. Obawiam się, czy odpowiada to rzeczywistemu celowi habilitacji. Myślę przy tym, że uporczywe nagłaśnianie tezy, iż naczelnym kryterium oceny w nauce jest opisywanie badań w zagranicznych czasopismach, w językach, których większość społeczeństwa nie zna, nie jest najlepszym pomysłem. Po prostu tworzy w odczuciu większości przekonanie o braku wyraźnego związku nauki z funkcjonowaniem społeczeństwa. Oddaje to również czysto komercyjny sukces różnych przedsięwzięć edukacyjnych, które pośrednio niosą społeczeństwu niedobre przesłanie, że wykształcenie na poziomie wyższym można osiągnąć w placówkach nie prowadzących badań, organizowanych często przez przygodnych „biznesmenów”. W tym stanie rzeczy duma bohatera, że napisaną w ojczystym języku pracę „przepchnął na obczyźnie” (prezentując obcojęzycznym gremiom tylko jej streszczenie w ich ojczystym języku) już ani specjalnie nie śmieszy, ani nie smuci.

Najbardziej niegdyś szokującym przeżyciem w tym względzie dla autora niniejszych zdań – oferującego dostarczenie porcji najnowszej literatury osobie uważającej się za doświadczonego specjalistę – była odpowiedź na pytanie, w jakim języku czyta (Proszę pana, ja nie tłumaczę, ja ciężko pracuję). W skrytce poczty elektronicznej co najmniej kilkanaście razy w roku znajduję anonse (spoza „zachodniej” tym razem granicy) oferujące doktorat dowolnej specjalności którejś z wybranych „uczelni”, w zamian za umiarkowaną kwotę 100-150 USD (istnienia rynku habilitacyjnego jeszcze nie odnotowałem; jedno z uczelnianych wydawnictw anonsowało wydanie prac, jak napisano, rehabilitacyjnych, co jest inicjatywą nową i w opisanym świetle w pełni zrozumiałą).

PÓŁ ZŁOTEGO

Przeglądam szwedzką broszurę informacyjną Badania w Szwecji (polityka, wyniki, organizacja), w której na temat jakości badań czytam: prowadzenie źle rozumianych badań jest czymś znacznie gorszym niż brak badań w ogóle, co stanowi esencję szwedzkiej ustawy o polityce badawczej. Jest w tej broszurze odrębna część poświęcona związkom pomiędzy badaniami a społeczeństwem. Interesujące, co podług Szwedów jest w tym związku najbardziej istotne. Po pierwsze, zasada powszechnej dostępności wszystkich „dokumentów publicznych” (obowiązkowo uwidocznionych w stosownych rejestrach), do których ma dostęp każdy obywatel, i właściwe ustalenie granicy pomiędzy wynikami badań należącymi do zleceniodawcy a tą ich częścią, która, jako podstawa procesu decyzyjnego, musi być udostępniana. Po drugie, odpowiednie wsparcie prasy codziennej, aby zachować jej polityczne i regionalne zróżnicowanie. Po trzecie, zapewnienie dostatecznej fachowości prezentacji zagadnień naukowych w mediach. Istnieje w Szwecji specjalne stowarzyszenie dziennikarzy zajmujących się tą problematyką, a o ich fachowe przygotowanie i stałe kształcenie dbają specjalne ciała afiliowane przy systemie szkolnictwa wyższego. Po czwarte, państwowe programy informacyjne, mające przybliżać społeczeństwu rozumienie roli nauki w jego rozwoju (u nas spada to na barki samych badaczy, zmuszonych tą drogą uzasadniać swoje istnienie). Po piąte, system oficjalnych komisji będących pomostem pomiędzy polityką a badaniami, w których społeczeństwo jest reprezentowane w różnorodny sposób. Ich ustalenia mają decydujący wpływ na decyzje polityczne itd. Ostatnią z tej grupy spraw jest istnienie powstałego za sprawą Alvy Myrdal sekretariatu do spraw badań na temat przyszłości; członków jego grup badawczych (oraz rozległych sieci kontaktów) rekrutowano tak spośród pracowników nauki, jak i „ludzi reprezentujących nieakademickie drogi życiowe”.

Szkoda kontynuować wyliczenia, czego u nas nie ma, w sytuacji, kiedy to, o czym piszę, tworzono, gdy Szwecja nie miała nawet osobnego ministerstwa do spraw badań, a my obecnie posiadamy takich urzędów aż dwa (i widoczne są w ich działaniach – jak i innych resortów – wyraźne zapędy centralizacyjne). Broszurę kończy kilkustronicowy wykaz ciał odpowiedzialnych za finansowanie i organizowanie badań (lub oba zadania jednocześnie). Jest ich wielokrotnie więcej niż szwedzkich uczelni kształcących na poziomie uniwersyteckim (11) i prowadzących głównie badania podstawowe. U nas – z oszczędności chyba – załatwiają to wspomniane dwa urzędy. Próbie niewielkiej choćby konkurencji ze strony Fundacji na rzecz Nauki Polskiej dały należyty odpór działania funkcjonariuszy innego ministerstwa. Nie musi zatem dziwić, że Szwedzi są w tych warunkach skłonni wydać na badania jedną z każdych 25 koron dochodu narodowego, podczas gdy my z biedą zdołamy po raz kolejny wysupłać około pół złotego (ok. 1 szwedzkiej korony) na każde 100 złotówek tegoż dochodu.

DLA WYGODY URZĘDU

Uczony to człowiek stale zajmujący się nauką. Lecz nie każdy człowiek stale zajmujący się nauką jest uczonym, tylko taki, którego zajęcie naukowe jest społecznie uznane jako zgodne z pewnymi obiektywnymi sprawdzianami, a przez to obiektywnie wartościowe. (...) Uczony polski musi być z obowiązku uczonym-erudytą, ponieważ z jego funkcją naukową wiąże się najściślej inna funkcja, którą społeczeństwo faktycznie traktuje jako główną. Tą główną funkcją jest „nauczanie”, tj. zapoznawanie innych z nauką jako systemem prawd. (...) Gdyby chciał się poświęcić istotnej twórczości naukowej, twórczość ta nie tylko odciągałaby go od głównych obowiązków, lecz stawałaby z tymi obowiązkami w zasadniczym konflikcie. To diagnoza niezawodnego Floriana Znanieckiego (Społeczne role uczonych, PWN, Warszawa 1984). Sformułowano ją jednak w roku 1936, obecnie rola ta ulega znacznemu poszerzeniu: oczekuje się, że niezależna naukowa ekspertyza będzie podstawą decyzji mających zapewnić realizację szeroko pojętej zasady zrównoważonego rozwoju. Relacja prof. Andrzeja Jajszczyka („F.A.” 6/2001) z udziału w ocenie europejskich grantów to potwierdza. W Stanach Zjednoczonych senackie komisje dążą do wymuszenia poddania podobnej ocenie wniosków grantowych przez National Science Foundation („Science”, 291(2001), s. 2533). Nakaz śledzenia aktualnego rozwoju nauki pojawia się explicite w zapisach prawa europejskiego. Publikowane dokumenty wskazują, że prócz przygotowania fachowego (obejmującego, oprócz własnej dziedziny, zdolność rozumienia wkładu innych dyscyplin), istotne znaczenie mieć tu musi sprawny dostęp do systemów informacyjnych i bieżąca orientacja w najnowszych osiągnięciach w danym obszarze, umiejętność pracy zespołowej oraz publicznej prezentacji wyników i „odporność na krytykę ze strony grup lobbystycznych”.

Odnosi się natomiast wrażenie, że nasze rozwiązania prawne zdają się wynikać raczej z wygody urzędów (posługiwanie się pojedynczą opinią jednego biegłego, często trudno dostępną i traktowaną jak wyrocznia) niż z istoty problemu obejmującego częstokroć szereg zdecydowanie różnych od siebie dziedzin. Swoiste kuriozum stanowi np. rozporządzenie wyrażające przekonanie jego autorów o istnieniu biegłych, zdolnych jednocześnie m.in.: określać oddziaływanie inwestycji na następujące elementy środowiska: ludzi, świat zwierzęcy i roślinny, powietrze, powierzchnię ziemi i glebę, wody powierzchniowe i podziemne, złoża kopalin, klimat, krajobraz, dobra materialne i dziedzictwo kultury, z uwzględnieniem ich wzajemnych powiązań i oddziaływań. Towarzyszy temu przekonanie autorów rozporządzenia, że stosowne kwalifikacje można nabyć pracując w administracji publicznej na stanowisku „związanym z rozpatrywaniem” takich opracowań, a do kwalifikacji tych nie należy znajomość jakiegokolwiek języka obcego. Dochodzi nawet do sytuacji, gdy działania legislacyjne zostają zablokowane „urzędniczym” autorytarnym stwierdzeniem, jakoby ich niezgodność z prawem europejskim wynikać miała z błędnej klasyfikacji organizmów jedynie na roślinne i zwierzęce (co akurat w nauce jest rozwiązywane w różny sposób). Grożący całkowity paraliż decyzyjny pozornie rozwiązuje przekazanie sprawy biegłych na niższy poziom decyzyjny, a w istocie ich uzależnienie od podejmujących decyzje. W efekcie w „F.A.” (6/2001) pojawia się informacja, jakoby ludzie świadomie wybierali raczej „dobra cywilizacyjne” niż dobro przyrody, a rola nauki zaczyna być postrzegana jedynie w zakresie możliwości łagodzenia tego typu konfliktów. Rzeczywisty problem stanowi natomiast: czy procedury w wymienionych w tej notce sprawach chociaż w minimalnym stopniu oparte były na opisanych standardach europejskich. Także na tym, jak szeroko pojmowane jest samo pojęcie „przyroda”.

DOBRO CYWILIZACYJNE

Nauka nie może jednak służyć do gaszenia pożarów tam, gdzie rzeczywiście nie bierze się jej wyników pod uwagę, zanim materiały na ognisko zostaną zgromadzone, a ogień podłożony. Świadomym trudno również nazwać wybór, gdy dokonujący go są pozbawieni informacji o granicy pomiędzy tym, co wiadome, tym, co stanowi hipotezę, a tym, o czym obecnie nie można jeszcze nic powiedzieć. Granice te są zmienne, precyzja ich wyznaczenia wymaga otwartej dyskusji. Trudno ją sobie wyobrazić jako zamkniętą w obrębie jednej grupy zawodowej. w Europie dowodzi się raczej konieczności szerszej obecności przedstawicieli nauk podstawowych pod groźbą uświadomionej już możliwości utraty wiarygodności nauki. Widoczna i zrozumiała dla społeczeństwa obecność ludzi nauki to główny „obiektywny sprawdzian” ich roli i jakości. Brak procedur, w których ma miejsce taka dyskusja, wyraźnie oddzielona od politycznego z natury rzeczy momentu decyzji oraz wymogu podejmowania decyzji opartej na jej wynikach, czyni z nauki w odczuciu społecznym zbędny luksus, na który szkoda publicznego grosza. Odczucie to może pogłębiać formalne korzystanie z ludzi nauki (szczególnie w przeszłości) jako swoistego alibi dla chybionych decyzji. Nauka to jednak „dobro cywilizacyjne”, które wielokrotnie pokazało swą przydatność w rozwiązywaniu problemów i usuwaniu zagrożeń powstałych głównie wskutek działalności na innych obszarach. To oczka społecznego sita, trudno natomiast widzieć w niej „wytwórcę” innych dóbr.

Dr Władysław Kraus, chemik, zajmuje się biotechnologią, były pracownik akademicki.
nckraus@cyf-kr.edu.pl

Komentarze