|
|
Życie akademickieOd 2003 r. stopniowe wejście w okres „niżu demograficznego
19-latków” Tadeusz Wojciechowski, Ludwik Haligowski W 1998 r. (na podstawie danych za rok 1997)
przeprowadziliśmy – w ramach prac badawczych realizowanych w Instytucie
Naukowo-Badawczym Wyższej Szkoły Zarządzania i Marketingu w Warszawie – analizę
relacji między potencjalnym popytem na studia ekonomiczne a „podażą miejsc” w
szkołach wyższych i sformułowaliśmy prognozę „równowagi” w tym segmencie usług
edukacyjnych do 2001 r. NIEDOSTATEK OPTYMIZMUPopełniliśmy w tej prognozie zasadniczy błąd – nie byliśmy optymistami i nie przewidzieliśmy tak dynamicznego wzrostu liczby niepublicznych szkół wyższych o profilu ekonomicznym tworzonych w oparciu o ustawy z 1990 i 1997 r. (szkoły zawodowe) i nieco mniej dynamicznego, ale także wywierającego istotny wpływ na sytuację rynkową tworzenia wyższych zawodowych szkół państwowych o tym profilu. Nie przewidzieliśmy także legalnego i nielegalnego (w sensie zatwierdzenia przez MEN) tworzenia filii szkół niepaństwowych oraz rozwoju kierunków ekonomicznych (w tym zarządzania) w uniwersytetach i politechnikach, a także w wyższych szkołach (akademiach) rolniczych, morskich, wychowania fizycznego. Prognoza spodziewanej „podaży miejsc” w szkołach niepublicznych i publicznych
skonfrontowana została wówczas z prognozą popytu na studia ekonomiczne,
uwzględniającą, z jednej strony, wzrost wskaźnika skolaryzacji i zainteresowania
studiami ekonomicznymi, a z drugiej – wpływ niżu demograficznego roczników
maturalnych, który powinien być wyraźnie odczuwalny od 2003 r. Uznano, że
jeszcze w 2000 r. „popyt” będzie (w przybliżeniu) odpowiadał podaży, ale do roku
2005 powinien się relatywnie (do wzrostu podaży) zmniejszać. Przewidywano, że w
2005 r. ok. 115 tys. osób może zdecydować się na podjęcie studiów ekonomicznych.
Mogą się oni spotkać z ofertą obejmującą 120-167 tys. miejsc na I roku studiów
(dziennych i zaocznych) w szkołach niepublicznych i 25-28 tys. miejsc w szkołach
państwowych (nie licząc możliwości kształcenia ekonomistów w szkołach
nieekonomicznych – np. politechnikach, uniwersytetach, szkołach rolniczych,
których możliwości nie były w tym badaniu rozpoznane), aczkolwiek jej rozkład
terytorialny nie zawsze może odpowiadać potrzebom. Zakładano, że w niektórych
regionach oferta ta może kilkakrotnie przekraczać popyt, w innych może być
niewystarczająca. Jeśli tak się stanie, to mechanizm rynkowy zapewne nie dopuści
do takiej dysproporcji popytu i podaży. realna oferta będzie mniejsza, gdyż
część szkół niepublicznych wycofa się z rynku lub będzie świadomie dążyć do
zmniejszenia liczby przyjmowanych studentów względnie/i do wzbogacenia oferty o
inne kierunki studiów. Nie zmienia to faktu, że wobec wzrostu liczby szkół (a zatem i miejsc na I
roku studiów) popyt na studia ekonomiczne w płatnych szkołach niepublicznych
relatywnie do podaży zmniejsza się już od ubiegłego roku akademickiego
(2000/01), a więc zgodnie z naszą prognozą. PUNKT ZWROTNYWzbogaceni o uzyskane doświadczenia i refleksje z popełnionych błędów
postanowiliśmy powtórzyć badania w 2001 roku, ale skoncentrować się na
możliwościach przyjęć kandydatów na I rok studiów dziennych i zaocznych,
porównując je z „popytem”, zmieniającym się m.in. w rezultacie wchodzenia
19-latków w okres niżu demograficznego od 2003 r. oraz znacznie gorszą sytuacją
na rynku pracy dotykającą także absolwentów studiów ekonomicznych (zwłaszcza z
kierunków zarządzanie i marketing oraz finanse i bankowość. Rok akademicki
2001/02 – ostatni rok „wyżu 19-latków” – jest niewątpliwie „punktem zwrotnym”
tych badań. Postanowiliśmy uwzględnić w badaniach i wynikających z nich
prognozach także kształcenie ekonomistów w uniwersytetach i szkołach
nieekonomicznych oraz sformułować ponowną prognozę sytuacji w tym segmencie
rynku usług edukacyjnych do 2005 roku. Zacznijmy od zaprezentowania tablicy 1, ilustrującej stan liczbowy studentów I roku studiów ekonomicznych w Polsce w roku akademickim 1999/2000 we wszystkich typach szkół wyższych prowadzących kierunki (lub specjalizacje) mieszczące się w kategorii „nauk ekonomicznych”.
Według naszych szacunków (podkreślamy – tymczasowych), podaż miejsc na studiach ekonomicznych była już w 1999 r. większa o ok. 10 proc. od efektywnego popytu, aczkolwiek „równowaga” mogła się różnie kształtować w poszczególnych regionach. Szacunek ten nie jest sprzeczny z informacjami akademii ekonomicznych, że do egzaminów wstępnych przystępowało 3-5 kandydatów na jedno miejsce na bezpłatnych studiach dziennych. Jeśli wierzyć tym informacjom, które zresztą mają niekiedy charakter „marketingowy”, było ich więc – licząc optymistycznie – ok. 50 tys. Jednocześnie jednak niepaństwowe szkoły wyższe przyjęły (na ogół bez egzaminów) na I rok płatnych studiów dziennych tylko 22 tys. studentów, a mogły – wg naszych danych – przyjąć nawet dwa razy więcej. Miały też co najmniej 40 tys. wolnych miejsc na studiach zaocznych. Można więc – naszym zdaniem – uznać, że „deficyt” miejsc na studiach ekonomicznych dotyczył tylko studiów bezpłatnych w wielkich aglomeracjach (bo w małych nie było i nie ma takich możliwości), natomiast na studiach płatnych – dziennych i zaocznych – już w 1999 r. występowała znacząca nadwyżka miejsc nad efektywnym popytem. PROBLEM NABORUBardziej wiarygodna weryfikacja tej oceny może nastąpić po uzyskaniu danych
GUS za 2000 r. Warto jednak już teraz zwrócić uwagę na kilka innych wniosków,
które nasuwają się przy studiowaniu tej tabeli i innych dostępnych danych GUS. Po drugie, warto odnotować, że nowe niepaństwowe szkoły zawodowe (jest ich już podkoniec 2001 roku prawie 50) i państwowe (10) o profilu ekonomicznym utworzone zostały w latach 1998-2001 i część z nich nie prowadziła jeszcze naboru w ubiegłym roku akademickim. Wchodzą one obecnie na rynek bardzo aktywnie, wykorzystując zróżnicowane formy promocji. Bez uzyskania naboru minimum 200-300 studentów (w każdej szkole) ich egzystencja będzie bowiem zagrożona. Oferta wolnych miejsc w tych szkołach (na I roku studiów) w roku akademickim 2000/01 sięgała już 7 tys., a w 2001/02 roku ok. do 10 tys. Po trzecie, na tym kierunku studiów (zresztą nie tylko na tym) widoczna jest zdecydowana przewaga studiów zaocznych. W uczelniach państwowych relacja liczby studentów dziennych do liczby studentów ogółem jest jeszcze przyzwoita (ponad 40 proc.) – poza grupą uniwersytetów, gdzie wskaźnik „popsuła” administracja. W decydujących liczbowo szkołach niepaństwowych i państwowych szkołach pedagogicznych jest jednak znacznie gorzej (21-25 proc.). Za to relatywnie nowe szkoły zawodowe mają udział studentów „dziennych” taki, jak np. w politechnikach (ponad 40 proc.). Przeciętny nabór na I rok studiów w jednej ekonomicznej szkole niepaństwowej,
który jeszcze w 1999 r. (wg GUS) wynosił 821 studentów, w roku 2000 zmniejszył
się (wg szacunków) do ok. 750, a w 2001 nie jest większy niż 680-700. Trzeba
jednak pamiętać, że w „przeciętnej” występuje kilkanaście bardzo dużych szkół
legitymujących się dotychczas rocznym naborem na I rok studiów powyżej 2 tys.
studentów, jak np.: WS Zarządzania i Finansów we Wrocławiu, WS
Humanistyczno-Ekonomiczna w Łodzi, Szkoła Wyższa im. P. Włodkowica w Płocku, WS
Handlu i Prawa w Warszawie, WS Menedżerska SIG w Warszawie, WS
Ekonomiczno-Informatyczna w Warszawie (nabór w 1999 r. ponad 3,5 tys.
studentów!), WS Działalności Gospodarczej w Warszawie, WS Zarządzania i
Administracji w Opolu (w 1999 r. nabór 3200), WS Administracji i Zarządzania w
Przemyślu, WS Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie (nabór w 1999 – 3100), WS
Zarządzania Marketingowego i Języków Obcych w Katowicach, WS Ekonomii i
Administracji w Bytomiu, WS Ekonomii i Administracji w Kielcach, WS Zarządzania
i Bankowości w Poznaniu, WS Komunikacji i Zarządzania w Poznaniu. NADWYŻKA WOLNYCH MIEJSCKandydatów zgłaszających się do płatnych szkół niepaństwowych na zróżnicowane kierunkowo studia ekonomiczne można, w uproszczeniu, podzielić na dwie grupy: takich, których warunki materialne są słabe i przeciętne, którzy woleliby dostać się na studia „bezpłatne” w szkołach państwowych, ale nie udało im się dostatecznie dobrze zdać egzaminów wstępnych (według badań, które prowadziliśmy w 1998 r., taką właśnie przyczynę podjęcia studiów w szkołach płatnych podało ponad 45 proc. studentów studiów dziennych w tych szkołach i 16 proc. studentów studiów zaocznych), oraz takich, którzy są „rodzinnie” dobrze sytuowani lub płacą za nich (na studiach zaocznych) firmy, gdzie są zatrudnieni i „nie mieli ochoty zdawać egzaminów wstępnych” do szkół państwowych (było ich 19 proc. na studiach dziennych i ponad 36 proc. na studiach zaocznych). Pozostali podawali inne przyczyny, w tym także taką, że uważają uczelnie niepaństwowe za lepsze, co zapewne mogło też w niektórych przypadkach oznaczać, że „łatwiej” jest w nich studiować. Czy „bogatych” kandydatów starczy w następnych latach dla wzrastającej liczby szkół komercyjnych? Wydaje nam się, że nie, ale wymaga to potwierdzenia w ramach zamierzonych badań. Jeżeli w 1999 r. (vide tablica) przyjęto na studia ekonomiczne 182 tys. studentów, to jaki może być analogiczny „wynik” w 2000 r. i czego można się spodziewać obecnie, w 2001? Z naszych szacunków wynika, że w 2000 r. przyjęto ponad 190 tys. studentów i, mimo to, w szkołach niepaństwowych było ponad 15 tys. wolnych miejsc. Oceniamy, że w ostatnim roku wyżu demograficznego – czyli w roku akademickim 2002/03 – przyjęć może być tylko nieco więcej, ok. 195 tys., bo trudności z zatrudnieniem absolwentów studiów ekonomicznych (zwłaszcza ze specjalnością zarządzanie i marketing) spowodują zahamowanie popytu na ten kierunek studiów. Oferta łączna szkół państwowych i niepaństwowych będzie większa o ok. 15 tys. miejsc, a w niektórych wielkich aglomeracjach, „bogatych” w szkoły państwowe i niepaństwowe, nadwyżka wolnych miejsc może sięgać 20-25 proc. łącznej oferty. Stąd też za uzasadnione uważamy obawy, że od 2003 r. stopniowe wejście w okres „niżu demograficznego 19-latków” może w następnych latach powodować eliminację niektórych ekonomicznych szkół niepaństwowych z rynku edukacyjnego. Druga część badań, jakie zamierzamy przeprowadzić, stanowić będzie próbę
odpowiedzi na pytanie: czy rynek pracy może wchłonąć 180-195 tys. absolwentów
studiów ekonomicznych, którzy podejmują studia w ostatnich latach wyżu (2000-02)
oraz ukończą studia licencjackie (3-letnie) i magisterskie w latach 2003-06? Czy
w ogóle potrzeba nam tylu ekonomistów i czy trudności zatrudnienia nie spowodują
daleko większego niż wynika to z poprzednich rozważań zmniejszenia popytu na te
studia po 2003 roku? Prof. dr hab. Tadeusz Wojciechowski, ekonomista, współpracownik Wyższej Szkoły Zarządzania i Marketingu w Warszawie oraz Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica w Płocku. Dr Ludwik Haligowski, ekonomista, pracuje w Wyższej Szkole Ekonomiczno-Informatycznej w Warszawie.
|
|
|