Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 11/2001

Biblioteka przyszłości
Poprzedni Następny

Okolice nauki

W ciągu najbliższych kilku lat będę mógł dotrzeć do każdego tekstu
nie odwiedzając biblioteki. Dlaczego zatem powinienem chcieć tam nadal chodzić?

Maurice B. Line
 

Fot. Stefan Ciechan

Czego chce uczony od biblioteki? Jestem bardzo wymagającym użytkownikiem i denerwuje mnie wolna, cząstkowa i nieefektywna obsługa. Szukam dość specyficznych materiałów, najnowszych i starszych, opracowań stricte naukowych w mojej dziedzinie i materiałów popularnonaukowych w dziedzinach, którymi interesuję się amatorsko. szukam w końcu niezłej literatury współczesnej. Chcę mieć możliwość przeglądania różnych obszarów tematycznych na różnym poziomie szczegółowości, i to nie tylko tych, o których istnieniu już wiem – chcę być nagabywany i zachęcany do rozszerzania pola moich poszukiwań i sięgnięcia po nowości. Potrzebuję nie tylko informacji, ale i inspiracji.
Jest coś, co różni mnie od czynnego nauczyciela akademickiego: nie przynależę formalnie do żadnej naukowej instytucji i nawet fizycznie dzieli mnie godzina drogi od najbliższej. To czyni ze mnie specyficzny przypadek distance learning. Tacy jak ja są rosnącą grupą, w miarę decentralizacji edukacji akademickiej (pracownicy pełnoetatowi nie mogą dość szybko być we wszystkich miejscach, których wymaga ich zatrudnienie), jak również wydłużenia okresu aktywności intelektualnej uczonych w wieku emerytalnym. W większości będziemy pracować w domu, bo tak chcemy lub musimy.

Jak sobie z tym radzę? Po pierwsze, mam dostatecznie rozbudowaną bibliotekę domową. Moja biblioteka obejmuje oczywiście długie ciągi LISA (Library & Information Science Abstracts). Tak więc nawet w erze przedinternetowej radziłem sobie całkiem nieźle, zwłaszcza jeśli do tego dołączyć wizyty w British Library i innych bibliotekach londyńskich przynajmniej raz w miesiącu. Sytuacja ta zmieniła się radykalnie wraz z pojawieniem się Internetu i jego gwałtownym rozwojem.

Do jednostkowych wyszukiwań Internet wydaje się zupełnie wystarczający. Zazwyczaj znajduję tu wyczerpującą informację nawet na bardzo wyszukane tematy. Jednak internetowy obieg artykułów i książek jest już zupełnie innym zagadnieniem.

PROBLEMY Z INTERNETEM

Jeżeli szukam przedmiotowo, dostaję masę informacji na każdy zadany temat. Wiążą się z tym powszechnie znane wszystkim internautom problemy. Pierwszy – objętość dostarczonego materiału jest za duża do przejrzenia, nawet jeśli ograniczam język i zakres. Drugi – małe możliwości wstępnej selekcji jakościowej, co powoduje, że materiał poważny jest starannie wymieszany z trywialnym. Przed wejściem w tekst nie można sprawdzić wiarygodności autora, a często nawet go zidentyfikować, nie sposób domyślić się, jak dokładne są dane, jaka jest struktura tekstu, jego czytelność itp. Trzeci – kiedy już znajdziemy coś przydatnego, nie ma żadnej gwarancji, że następnym razem też nam się uda – wiele porządnych stron znika po krótkim czasie. Czwarty – skorzystanie z niektórych stron wiąże się z płatnościami. problem nawet nie w samym fakcie, ale w skomplikowanej procedurze uiszczania.
Przyjmuję, może zbyt optymistycznie, że techniczne problemy są do pokonania: trudności w zalogowaniu się, powolny dostęp do stron, nawet powolne przeładowywanie plików. Poważniejsze problemy pojawiają się jednak na poziomie samego procesu wyszukiwania. Oprogramowanie jest stale udoskonalane, ale objętość informacji w Internecie wzrasta chyba szybciej. Niektórzy będą potrzebować pomocy w posługiwaniu się Internetem. Zaspokojenie takich potrzeb czytelniczych i dostarczenie tego rodzaju pomocy zdominuje zapewne pracę bibliotekarza przyszłości.

Główna trudność pojawia się w momencie poszukiwań o nieokreślonym ściśle temacie. Trudność ta występuje w dwóch głównych kategoriach. Pierwsza zdarza się komuś, kto chce być „na bieżąco” z zawartością wybranych czasopism. Mogę przeszukiwać wiele czasopism on-line poprzez ich spisy treści, ale same tytuły na ogół nie mówią wystarczająco dużo o zawartości i charakterze artykułu. Potrzebuję abstraktów, a te często są płatne. Zatem pozostaje mi przede wszystkim badanie spisów treści, bo jeżeli nawet pełne teksty interesujących mnie artykułów są dostępne on-line, to są one rozproszone w wielu czasopismach. Zatem przeglądanie tego on-line jest ciągle jeszcze procesem wolnym i nieefektywnym. Również gromadzenie tych tekstów na dysku lub ich drukowanie wydaje się być niepraktyczne i kosztowne nieproporcjonalnie do spodziewanej korzyści w pracy badawczej.

W ciągu najbliższych kilku lat spodziewam się, że wszystkie znaczące czasopisma naukowe będą dostępne on-line. Ich ranga jest dużo prostsza do określenia w naukach ścisłych niż w humanistyce, gdzie prawie każdy tekst może przydać się prawie każdemu prawie do wszystkiego. Jest wysoce nieprawdopodobne, że całość produkcji czasopiśmienniczej będzie kiedykolwiek zdigitalizowana w całości, ale na konkretne zamówienie każdy artykuł może być zeskanowany i dostarczony w formie cyfrowej. Chociaż wobec nieznanej jeszcze trwałości materiałów przechowywanych w postaci elektronicznej ostrożniej jest mikrofilmować je i skanować na żądanie.

E-KSIĄŻKI

Książki to inne zagadnienie. Mamy obecnie kilkanaście sposobów uzyskania tekstu książki przy użyciu elektroniki, wszystkie jeszcze niedoskonałe. Pierwszy to tzw. e-book, a w nim kilka odmian. Nie można ponarzekać, że są niewygodne w użyciu, są przecież tylko trochę większe i cięższe niż „ósemki” w tradycyjnej oprawie. Można je przeładować przy pomocy karty lub dyskietki z żądanym tekstem, czy to będzie dzieło klasyczne czy powieść współczesna lub podręcznik akademicki. To może być sposób na rozwiązanie jednego z większych problemów bibliotek akademickich, a mianowicie, jak dostarczyć rzeszy studentów w tym samym czasie wszystkie potrzebne teksty.

Książki te będą mogły być produkowane w postaci wydruków do potrzeb lokalnych w księgarni lub bibliotece – na żądanie, z odległych magazynów elektronicznych, już gotowe, oprawione, nie różniące się niczym od oryginalnych wydawnictw. To może być niezły sposób na książkę, która jest dostępna, ale nie komercyjna, a powolna sprzedaż nie zwiększa kosztów magazynowania. Książki elektroniczne na żądanie stają się książkami drukowanymi – e-books zamieniają się w p-books.

DLACZEGO ZATEM BIBLIOTEKA?

W ciągu najbliższych kilku lat będę mógł dotrzeć do każdego tekstu nie odwiedzając biblioteki. Dlaczego zatem powinienem chcieć tam nadal chodzić? Ponieważ mogą zdarzyć się rzeczy, których nie będę mógł lub chciał zrobić bez biblioteki i takie, które biblioteka będzie chciała zrobić dla mnie.

Po pierwsze, doskonały świat, w którym wszystko jest lub może być zdigitalizowane, jest ciągle jeszcze daleki od realnego zaistnienia. Zawsze znajdą się dokumenty, zwłaszcza w humanistyce, które pozostaną w formie i postaci, w jakiej były wyprodukowane. Koszt ich digitalizacji będzie po prostu za wysoki. Nie wyobrażam sobie kupowania mnóstwa dokumentów w formie elektronicznej, jeżeli przy większości z nich nie muszę spędzać więcej niż pół godziny (w wielu przypadkach wystarcza mi 5 minut, żeby ocenić wartość tekstu i poziom mojego nim zainteresowania). Odległa konsultacja poprzez wiele linków byłaby marnotrawieniem miejsca na łączach i niepotrzebnym zaśmiecaniem sieci.

Po drugie, jest rodzaj tekstów, które chcę przejrzeć w oryginalnej formie wydawniczej (choć są przypadki, kiedy technologia zwiększa możliwości percepcji, np. Beowulf w postaci elektronicznej jest ekscytujący).

Po trzecie, korzystanie z tekstów elektronicznych, nawet przy ich dużej dostępności, może okazać się wolne i niewygodne. „Rzucenie okiem” na książkę drukowaną tylko dla wyobrażenia o jej zawartości jest szybsze i łatwiejsze niż dotarcie do e-booka. To samo dotyczy bieżących czasopism, jeżeli chce się śledzić dany temat i jego ewolucję lub dostrzec nowe pomysły. E-booki stają się coraz wygodniejsze, to prawda, wątpię jednak żeby dobrze zastąpiły książki. Także Internet nie jest doskonałym substytutem drukowanych materiałów informacyjnych, choć niewątpliwie gromadzi więcej informacji niż kiedykolwiek zdołaliśmy mieć pod ręką i może zastąpić bogatą bibliotekę. Ale 90 proc. drobnych kwestii nadal wolę rozstrzygać sięgając po leksykon na mojej półce, to ciągle wychodzi znacznie szybciej niż szukając odpowiedzi on-line.

Mam jeszcze inny problem z trybem odległym. Chociaż jestem sprawnym użytkownikiem komputera, jest wciąż sporo sytuacji, kiedy potrzebuję pomocy kogoś jeszcze sprawniejszego. Im staję się sprawniejszy, tym bardziej system komputerowy staje się zawiły (a raczej ja lepiej widzę tę zawiłość), im szybciej opanowuję nowe aplikacje, tym więcej jest pożytecznych rzeczy do zrobienia z nimi, co wymaga prób i ćwiczeń, a to z kolei wymaga czasu. jednym słowem, nigdy człowiek nie jest na bieżąco.

POTRZEBA INFORMACJI UKIERUNKOWANEJ

Ale ponad wszystko to, co już powiedziałem, potrzebuję ekspozycji, czyli ukierunkowania informacji. Większość przeczytanych przeze mnie tekstów to nie te, których rozmyślnie szukałem. Po prostu znalazłem je na półkach biblioteki lub księgarni. Nawet w naukach ścisłych na większość tekstów „trafia się” raczej niż specjalnie wyszukuje. Prześladuje mnie obawa, że pewnego dnia to ukierunkowanie poszukiwań może zupełnie zniknąć z pola widzenia. Jak można prowadzić poszukiwania naukowe, kiedy nie ma się wglądu i poczucia skali dziedziny wiedzy, z której czerpie się terminologię wyszukiwawczą?

Poczyniono już wiele prób, aby wymyślić elektroniczne surogaty przeglądania i odkrywania. Najświeższe opierają się na bardzo prostej zasadzie: wszystko, czego potrzebujesz, powinno być automatycznie sygnalizowane na ekranie komputera od czasu do czasu, nawet jeśli wydaje się to tylko przypadkową informacją. Jeżeli te przerywniki mogą doprowadzać do furii bardziej niż reklamy w TV, to można tę opcję wyłączyć, chociaż odtworzenie procedury „przeglądawczej” jest bardzo trudne.

Przeglądanie książki czy czasopisma – jako zdroworozsądkowa procedura poszukiwań, kiedy spis treści lub indeks nie wystarczają – nie jest łatwe do naśladowania narzędziami elektronicznymi. Nasuwa się jedno oczywiste rozwiązanie: lepsze i pełniejsze indeksy. Jednym z większych problemów jest wczesne zidentyfikowanie materiału, który prawdopodobnie znajdzie się w kręgu naszych zainteresowań. Każdy badacz zetknął się z sytuacją, kiedy zamawiał dzieła, które po sprowadzeniu okazały się bezużyteczne. Nie ma problemu, jeśli „sprowadzenie” oznacza sięgnięcie na półkę w najbliższej bibliotece, co innego, gdy wiąże się z odległymi, kosztownymi i czasochłonnymi czynnościami. Rozwiązaniem jest wprowadzenie indeksów z możliwością wyszukiwania elektronicznego. Oczywiście, masa indeksów do przeszukiwania przestanie być użyteczna, dlatego potrzebny jest tu proces dwustopniowy: wyszukiwanie szerokie, aby zidentyfikować dzieła potencjalnie przydatne, a następnie wywoływanie ich indeksów po kolei do węższego wyszukiwania. Technologicznie jesteśmy już do tego przygotowani, a i wydawcy prawdopodobnie nie będą zwlekać, bo możliwość przeglądania indeksów zwiększy liczbę „sięgnięć” po książkę. Biblioteki też zapewne uznają możliwość odległego dostępu do zawartości książki za sprawę najwyższej wagi.

W podobny sposób ewentualna przydatność artykułu z czasopisma może być łatwiejsza do odgadnięcia. Abstrakty są tu niezastąpione, ale artykuły same w sobie powinny być prezentowane w strukturze hierarchicznej i przekrojowej: spis treści, streszczenie każdego rozdziału, wreszcie pełny tekst.

Opisane powyżej udogodnienia nie są równoznaczne z przeglądaniem, nie zastępują go, ale mogą być pożyteczną alternatywą i mogą, jak większość rzeczy potrzebnych dzisiaj uczonemu, być dostępne „domowo” i cenowo.

KONSEKWENCJE I WNIOSKI DLA BIBLIOTEK

Oczywiście, przedstawiciele nauk ścisłych i stosowanych mogą poradzić sobie na własną rękę, z pominięciem bibliotek, znacznie lepiej niż humaniści czy specjaliści nauk społecznych. Większość tego, czego potrzebują, jest już zdigitalizowana i dostępna. Jako członek społeczności humanistów i przedstawicieli nauk społecznych korzystam z biblioteki w poczuciu jej niezbędności (bo nie mam innego sposobu dotarcia do niektórych źródeł), wygody i potrzeby pomocy w moich poszukiwaniach. Jest jeszcze jedna przyczyna: wyłączna i stała praca w domu staje się nużąca i demobilizująca. Lubię się kontaktować z ludźmi – naukowcami, bibliotekarzami, studentami – jest to rozwijające i pobudzające intelektualnie i społecznie. ale najważniejsza przyczyna to prawdopodobnie koszty.
Taniej jest przejrzeć czy przeczytać książkę w bibliotece niż zamawiać ją z własnego komputera w wersji elektronicznej, nawet przy spadających wciąż cenach tego typu usług i sprzętu komputerowego. Koszty są ważnym czynnikiem w sytuacji, kiedy większość z nich – wyszukiwanie w bazach danych, czy to abstraktowych, czy pełnotekstowych, przeładowanie tekstu, sprowadzanie tekstów na żądanie – ponoszą biblioteki czy raczej konsorcja bibliotek. czemu więc miałbym sam to robić? W przypadku elektronicznych czasopism sprawa wydaje się być rozwiązana poprzez zakup licencji umożliwiających dostęp do serwerów wydawców. W przypadku elektronicznych książek zastosowane będą zapewne różne proste i sprawdzone w innych dziedzinach życia rozwiązania komercyjne. Pobieranie tekstu całej książki i drukowanie go na żądanie czytelnika może okazać się bardzo kosztowne i zapewne większość bibliotek nie uzna tego za opłacalne dopóki zapotrzebowanie nie będzie wystarczająco wysokie (nawet jeżeli wydawca w warunkach licencji będzie dopuszczał dalsze użycia, w tym wydruki przeładowanego tekstu). Pytanie, za co będą płacić biblioteki, które koszty przerzucą na swoje jednostki nadrzędne (wydziały, uniwersytety), a którymi obciążą indywidualnego użytkownika? Nie jest konieczne wprowadzenie obowiązującego jednakowego rozwiązania dla wszystkich bibliotek, ale liczę, że w praktyce da się osiągnąć porównywalne standardy.

NADCHODZĄ RADYKALNE ZMIANY

Uniwersytety muszą zmienić się radykalnie, ten proces już się rozpoczął. Intensywne przejście od „nauczania” do „uczenia się” jest w trakcie – będzie to coraz częściej uczenie się na odległość, uczestnicy tego procesu będą coraz bardziej dojrzali, zarówno studenci, jak i naukowcy. większość kursów będzie rozproszona pomiędzy ośrodki akademickie na całym świecie, także z udziałem indywidualnych wykładowców. Zaowocuje to większą konkurencyjnością i kooperacją zarazem. Uniwersytety przejmą prawo własności i zarządzania informacją wytwarzaną w ich ramach i pod ich auspicjami, to pomoże skończyć z absurdem płacenia za dostęp do informacji, którą sam wytworzyłem i poniosłem koszty tej produkcji. Tak długo, jak biblioteki naukowe będą częścią instytucji akademickich, służyć będą także studentom. Nie grozi im zatem upadek, ale będą musiały się zmienić. Biblioteki akademickie w większym stopniu muszą przestawić się na dostęp odległy i dysponować niezbędną w tym celu technologią i wiedzą, aby wykorzystać wszystkie dostępne źródła pobierania informacji.

KILKA INNYCH MOŻLIWOŚCI

Ważny czynnik to luksus zindywidualizowanej obsługi – dostarczenie informacji skrojonej na miarę potrzeb indywidualnego użytkownika. Ma to zastosowanie we wszystkich bibliotekach naukowych, ale głównie w akademickich, gdzie grono czytelników jest bardziej stabilne i jednolite, a jego potrzeby mogą być rozpoznane i realizowane w dłuższych okresach współpracy niż ma to miejsce np. w bibliotekach narodowych. Oczywiście, pełne zindywidualizowanie dostarczenia informacji nawet w bibliotekach naukowych wąskich specjalności, nie jest możliwe. Można natomiast stworzyć narzędzia na tyle łatwe w użyciu, by każdy mógł je wykorzystać według własnych oczekiwań.

A wiec, jakie powinny być nowe biblioteki? Pytanie o stopień zależności lub też niezależności badacza od biblioteki nie jest dobrym punktem wyjścia do tych rozważań. Musi być trochę tak, a trochę tak. rezultat nazywamy często „biblioteką hybrydową”, chociaż wolę termin: kompleksowa, wszechstronna, całkowita obsługa informacyjna.

Rodzi się wątpliwość, że użycie bibliotek on-site będzie spadać. liczba wizyt w budynku biblioteki, w przeliczeniu na jednego czytelnika, faktycznie spada i będzie spadać tym bardziej, im bardziej dostępny i wszechstronny będzie serwis on-line, im więcej czytelników będzie w stanie obsłużyć się samodzielnie (to już się dzieje w naukach ścisłych). Niemniej biblioteki mogą służyć czytelnikom off-site na różne sposoby: mogą pośredniczyć w dostarczaniu i kompletowaniu informacji elektronicznej, czytelnicy mogą nawet nie wiedzieć, jak bardzo oszczędzają czas i pieniądze używając biblioteki do tych poszukiwań. Biblioteka zatem powinna być tak samo dostępna i wygodna w użyciu na odległość, jak na miejscu.

Naprawdę ważne jest, aby zakres działań biblioteki nie ograniczał się do czterech ścian, lecz rozszerzał się w dwóch kierunkach: do wewnątrz – w stronę własnych czytelników i analizy ich potrzeb, oraz na zewnątrz – w stronę zasobów innych bibliotek. Tak działo się zawsze w porządnych bibliotekach, ale teraz można robić to szybciej, łatwiej i pełniej. Na tym też polega globalizacja świata informacji.

W przeszłości biblioteki mogły robić praktycznie wszystko ze swoimi publikacjami, mogły je schować w najdalszym kącie magazynu bądź nie opracowywać całymi latami. W przypadku cyfrowych form publikacji wydawca ma dużo większą kontrolę nad tym, co się dzieje z produkowaną przez niego informacją. Biblioteki mają większe niż indywidualni użytkownicy możliwości dobicia targu z wydawcami o dostęp do publikacji elektronicznych na warunkach satysfakcjonujących obie strony. i już to robią, chodzi głównie o czasopisma elektroniczne.

Mam wielki entuzjazm do wszelkich sposobów przeglądania i odsłaniania informacji i zauważam ciągle różne ułatwienia w dostępie elektronicznym. Natomiast materiały drukowane większość bibliotek trzyma w zamkniętych magazynach. Domagam się więcej magazynów z wolnym dostępem. wiem, że to nie do końca zgodne z kontynentalną tradycją bibliotekarską, ale interes czytelnika powinien iść przed tradycją, jakkolwiek czcigodną.

Biblioteka naukowa XXI wieku powinna stać się supermarketem informacyjnym, źródłem zarazem zasobów info, jak i ekspertyzy. Decyzja, w jaki sposób ma być dostarczana informacja – poprzez zasoby budowane na miejscu lub dostęp do odległych źródeł – powinna być wypadkową wyboru użytkownika i kryterium finansowego.

Skupienie w jednym ręku zarządzania jednolitą technologią informatyczną i zasobami informacyjnymi oznacza zwielokrotnienie udogodnienia – biblioteki, sieć komputerowa i nowoczesne technologie uczenia się na odległość – pod jednym ogniwem zarządzającym. Przeszło połowa brytyjskich uniwersytetów już tak funkcjonuje, ale muszę dodać, że w kilku to się nie udało. Nawet tam, gdzie nie nastąpiła fuzja formalna, często tworzono stanowiska na dość poważnym poziomie (odpowiednik dziekana czy wicekanclerza), aby ogarnąć całość zagadnienia. Uczenie zdobywania informacji będzie kluczowym problemem dydaktyki akademickiej. Już teraz jest to znacząca umiejętność wobec szybkości, z jaką dezaktualizuje się informacja we wszystkich branżach. Oznacza to, że wyższy personel biblioteczny powinien wchodzić do zespołów badawczych. Nie tylko studenci muszą rozwijać swoje umiejętności wyszukiwania informacji, pomoc eksperta zawsze się przyda, nawet jeżeli duży zakres poszukiwań użytkownicy z powodzeniem obsługują samodzielnie.

Wracam do mojego życzenia, aby biblioteki naukowe były miejscem, gdzie naukowcy mogą się spotkać ponad zakresem swoich badań i znaleźć wzajemną stymulację i inspirację. Może niektóre z tych wizyt nie będą niezbędne, bo potrzeba dostępu do informacji zostanie zaspokojona inaczej i wyparta przez społeczną potrzebę intelektualnego i towarzyskiego kontaktu z bibliotekarzami oraz innymi czytelnikami. Takie potrzeby zmienią też organizację przestrzeni w bibliotece – więcej miejsc rekreacyjnych z kawą itp. – jak się to już dzieje w wielu księgarniach.

Jak bardzo różnić się powinna moja biblioteka przyszłości od tej, jaką mam teraz? Stopniowe rozszerzanie udogodnień w obsłudze info nie oddaje w sposób wystarczający zmiany, która powinna nastąpić. A jest to fundamentalna zmiana myślenia o bibliotece.
Przede wszystkim gruntowna diagnoza i prognoza działań na kształt planu strategicznego, ze wszystkimi szczeblami tego planu: opisem warunków działania, programem ideowym, misją, wizją itd. To pomaga rozszerzyć horyzonty zawodowe personelu bibliotecznego i nakreśla drogę rozwoju, otwiera bibliotekę na środowisko akademickie. Jest kilka innych pól działania biblioteki naukowej i, powiedziałbym, nie ma ona wyjścia, jeśli chce istnieć.

Uniwersytety przejmą kontrolę, prawa wydawnicze i własność wyników badań własnych. Biblioteki staną się, z natury rzeczy, centrami zarządzania tymi zasobami i ich upowszechniania. np. materiały dydaktyczne dla wszelkich kursów, seminariów, zajęć monograficznych, również powinny być w bibliotekach gromadzone i stamtąd dystrybuowane. Każda biblioteka z osobna i wszystkie razem ponoszą odpowiedzialność za ochronę, konserwację i przechowanie zasobów w najbezpieczniejszej dla nich formie. zapewne jest to mikrofilm, nośnik już znany ze swej długowieczności, który na życzenie łatwo może przybrać formę cyfrową.

MOJA LISTA ŻYCZEŃ

W konkluzji chciałbym wypunktować, czego większość użytkowników, jak sądzę, oczekuje od biblioteki: budynku o ciekawej architekturze i przyjemnej nieformalnej atmosferze; długich (ale bez ekstrawagancji) godzin otwarcia; zróżnicowania charakteru miejsc pracy (ciche zakątki sprzyjające skupieniu, miejsca do dyskusji w gronie kilku osób); kawiarenki do relaksu i spotkań towarzyskich; regulaminu z minimum ograniczeń, ale też z kilkoma jasnymi zasadami; funkcjonalnego układu magazynowego (zasoby drukowane) i systemowego (zasoby elektroniczne); szerokiego wyboru bieżących nowości do przeglądania (już wstępnie selekcjonowanych pod kątem oczekiwań czytelników, które powinny być znane bibliotekarzom); właściwych proporcji między tym, co w wolnym dostępie, a całą resztą, dostępną z odleglejszych źródeł; dobrze zestawionego podręcznego księgozbioru informacyjnego; prostych i szybkich procedur; dostępności do wszystkich mediów z jednego stanowiska komputerowego (włączając w to materiały audiowizualne). Oczekuję łatwego w użyciu katalogu, dostępnego z każdego piętra biblioteki, z mojego mieszkania i z jeszcze bardziej odległych miejsc, obejmującego całość zbiorów bibliotecznych, opisującego je w tym samym stopniu szczegółowości i pozwalającego znaleźć je według różnych kluczy wyszukiwawczych. Oczekuję dobrego dostępu (najlepiej przez jedną bramkę) do pozostałych narzędzi informacji, także komercyjnych, wytworzonych poza biblioteką, kopiarek i skanerów na każdym piętrze biblioteki, łatwych w obsłudze i tanich, personelu z wiedzą bibliograficzną i techniczną, pomocnego i przyjaznego oraz możliwie najniższych opłat za dostęp do informacji.

Być może te postulaty powinno się przybić na drzwiach każdej biblioteki, choć w epoce informacji elektronicznej lepiej umieścić je na stronach domowych.

tłum. Ewa Maciuszko

Prof. Maurice B. Line, bibliotekarz i specjalista informacji naukowej, pracował w brytyjskich bibliotekach uniwersyteckich, m.in. kierował biblioteką Uniwersytetu w Bath. Od 1973 w dyrekcji British Library, odpowiedzialny za udostępnianie zbiorów, następnie za infrastrukturę informatyczną. Od 1988 niezależny konsultant współpracujący z ośrodkami akademickimi i prywatnym sektorem informacji naukowej i komercyjnej.

Wykład powyższy był wygłoszony w Bibliotece Królewskiej w Kopenhadze w kwietniu 2001.


Komentarze