Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 11/2001

Teatr uniwersytecki
Poprzedni

Wyznania szalonego humanisty

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

Nie jestem wielbicielem Umberto Eco jako autora powieści – są to utwory, co prawda, świetnie „zrobione”, lecz zbyt, jak na mój gust, eksponujące rzemiosło pisarskie. Czytają się, owszem, znakomicie, lecz żadna z nich nie pozostawiła we mnie śladu istotnego przeżycia – może dlatego, że na swój sposób są „sterylne”, awangardowo „wymyślone”, a jednocześnie, czy właśnie dlatego, pozbawione pasji kreacyjnej. Ale Umberto Eco jako autor prac naukowych był dla mnie zawsze godzien – nawet wtedy, gdy się z nim różniłem w poglądach – najwyższego szacunku. Szacunek ten uległ wzmocnieniu, gdy przeczytałem w wywiadzie opublikowanym na łamach magazynu „Gazety Wyborczej” jego refleksje dotyczące pracy uniwersyteckiej: „Polityka to również zaangażowanie się we własną pracę. W moim przypadku to radykalne zaangażowanie się w proces kształcenia studentów. Ale to oczywiście żadne bohaterstwo. Nauczanie to przede wszystkim przyjemność, to sposób na kontakt z młodzieżą. To również wyzwanie – być może teatralne. Po czterdziestu latach nauczania nauczyciel musi być jak dobry aktor, który nawet przy pięćdziesiątej powtórce „Hamleta”, kiedy podnosi się kurtyna, sprawia, że ludzie czują dreszcz jak na premierze. Jeżeli go nie wywoła, to znaczy, że źle odegrał swoją rolę”.

Tylko tyle i aż tyle! Muszę przyznać, że tak opisana postawa nauczyciela akademickiego wydaje mi się nie tylko trafna, ale też określa pewien wzór postępowania. Owo „radykalne zaangażowanie”, o którym pisze Eco, pojawia się niesłychanie rzadko. Ale też to „radykalne zaangażowanie” możliwe jest tylko wówczas, gdy to, co wykładamy, jakoś nas wciąż jeszcze „kręci”, gdy nie zaczynamy popadać w rutynę i systematycznie, w kółko, rok po roku powtarzać to, co powiedzieliśmy wcześniej. Gdy pojawia się owa rutyna, znajdujemy się w sytuacji bohatera „Hańby” J.M. Coetzee: „Ponieważ sam nie szanuje materiału, który wykłada, nie robi wrażenia na studentach. Kiedy do nich mówi, patrzą na niego, jakby był przezroczysty i nie pamiętają jego nazwiska. Jest bardziej zirytowany tą obojętnością, niż gotów byłby przyznać. Ale wywiązuje się co do joty ze zobowiązań wobec nich, wobec ich rodziców, wobec państwa. (...) Nie przestaje uczyć, bo w ten sposób zarabia na życie; no i dlatego, że uczy go to pokory i uświadamia, kim właściwie jest w świecie. Dostrzega ironię sytuacji, w której ten, kto przychodzi, aby nauczać, sam dostaje najbardziej dotkliwą lekcję, natomiast ci, co zgłaszają się po naukę, nie uczą się niczego”.

Można przyjąć, że wielu spośród naszych koleżanek i kolegów owej ironii nie dostrzega. Nie dlatego, by było to zbyt trudne. Dlatego po prostu, że ta lekcja obojętności, jaką obdarzani są przez studentów, już dawno przestała być dotkliwa, a „wypełnianie obowiązków” wobec nich, ich rodziców i państwa jest w tej sytuacji, w jakiej znalazły się nasze uczelnie wyższe, dla ogromnej rzeszy raczej rutyną niż wciąż ponawianym wysiłkiem kreacyjnym, zwłaszcza zaś autokreacyjnym. Nie ma czasu i możliwości, by z „pracownika naukowego” – właściwie zaś naukowego wyrobnika – przedzierzgnąć się w owego „mistrza” (jeszcze rzadziej: Mistrza), o którym wielu wciąż jeszcze pisze, nie bardzo wierząc zresztą w zapisywane słowo.

Kiedy to się stało? Kiedy nastąpiła ta przemiana, która studiowanie zamieniła w zaliczanie, uczonych zaś w „pracowników nauki”? W końcu ledwie jeszcze przed ćwierć wiekiem wraz z koleżankami i kolegami kuliśmy do upadłego, gdyż wszystko poniżej najwyższej oceny u naszego Mistrza było dla nas dotkliwą porażką, urażało naszą ambicję. I był to czas, gdy na wykład dla liczącej trzydzieści osób gromadki naszego rocznika przybywało z całej uczelni około dwustu osób obsiadających nie tylko ławy sali wykładowej, ale też i parapety okienne, a – bywało – także podłogę. I rzeczywiście – nasz ówczesny Mistrz był jak dobry aktor: nie grał przecież, ale widać było i słychać, że to, o czym mówi, głęboko go przejmuje, że stanowi nie treść „kursowego wykładu”, lecz także przedmiot jego własnych badań. Czuliśmy to i wiedzieliśmy, że uczestniczymy w czymś ważnym, że nasze notatki z wykładu to nie tylko wyciąg z dostępnego podręcznika, lecz zapis żywej myśli.

Jest rzeczą oczywistą, że i w takich wykładach nie uniknie się nawiązań do tego, co dawno ustalone i co wyczytać można w stojących na bibliotecznych półkach podręcznikach. Wszakże to było właśnie owo pięćdziesiąte pierwsze wykonanie „Hamleta”, które wnosi coś nowego, pozwala dostrzec w znanym to, co dotąd nie dostrzeżone. Ale też i ów aktor nie pozostaje bez zysków. Czując reakcję publiczności, znajduje impulsy i motywacje do swej dalszej pracy. I tak przecież jest zawsze, gdy teatr uniwersytecki sprawnie funkcjonuje – między aktorami i publicznością, w każdym zaś razie tą jej najbardziej „wyrobioną” czy wrażliwą grupą, zaczyna się spektakl, który wykracza poza to, co zapisane jest w scenariuszu, w sztywnych regułach postępowania. Gdy tak się dzieje, wówczas uczymy się od siebie nawzajem. I ciągle uczymy się na nowo, nawet wówczas, gdy treść spektaklu zasadniczo się nie zmienia. Uczymy się zaś dlatego, że ten sam tekst nasi uczniowie czytają ciągle inaczej – dziś już zupełnie odmiennie niż czterdzieści lat temu. Stykając się z tą nową wrażliwością mamy szansę – wciąż na nowo – pozbycia się zachowań rutynowych, zmuszeni jesteśmy do umysłowej gimnastyki: nie tylko bowiem uczniowie mają rozumieć Mistrza, lecz i Mistrz winien rozumieć swych uczniów. Bez tego mowy nie ma o porozumieniu, o tworzeniu wspólnoty. Tym jest, jak myślę, to „teatralne wyzwanie”, o którym mówi Umberto Eco.

Komentarze