Strona główna

Archiwum z roku 2001

Spis treści numeru 11/2001

Po co te negacje?
Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Trzeba mieć dużo hartu ducha, kiedy obserwuje się naród polski irracjonalnie serwujący sobie zagrożenia jednym pociągnięciem pisaka na kartce wyborczej. Zwłaszcza po apokaliptycznym sygnale z zapadających się wież World Trade Center. Zdarzenia na Manhattanie wyostrzyły widzenie aż nadto, pokazały wiele rzeczy takimi, jakimi są, ale, niestety, nie wydobyły na wierzch tej oliwy, której się to należy. Przynajmniej u nas.

U nas jest coś w rodzaju spokoju. My tylko gruntownie zmieniamy władzę. Skandaliki przeważają nad istotą rzeczy, a gruby koc niewiedzy pokrywa to, co już dawno demokracja i kapitalizm powinny były wynieść do chwały. Z tym większym rozgoryczeniem, zamurowany, przykuty do krzesła czytałem krótki a treściwy wywiad profesora Uniwersytetu Warszawskiego Marcina Króla udzielony „Życiu” (8.10.2001). Król napomniał polskich intelektualistów, że są durniami i że jedynym sposobem ich bycia czy życia jest „agresja intelektualna budowana na negacji”. Sam właśnie w tej wypowiedzi zanegował, chyba bezmyślnie albo (w co chciałbym wierzyć) naumyślnie. Marcin Król jest bowiem nie tylko nauczycielem młodzieży i badaczem, ale także, a może najbardziej naczelnym redaktorem „Res Publiki Nowej”, pisma, które, jak niewiele innych, ma szansę przyciągać twórców nowych idei, formować umysły i zachęcać do myślenia.
Codziennie ocieram się o ludzi niewielkich, takich sobie i wielkich. Tych ostatnich jest niemało. Są wszędzie, w uczelniach, po redakcjach, w jakichś dziwnych zakładach pracy, w których wegetują, żeby przeżyć. Najczęściej jednak siedzą w domach, utrzymując się z prostych czynności zarobkowych i pisząc do szuflady. Podziwiam ich za niezależność, oryginalność myślenia, pracę z wyobraźnią, pasję twórczą. Chodzą wśród nas, mają jednak tę charakterystyczną cechę, która ich w szczególny sposób niszczy: są niewidoczni, nie walczą i nie zabiegają o siebie, bo nie potrafią. Słusznie uważają, że od tego są redaktorzy naczelni czasopism, szefowie mediów, ministrowie kultury. Jest też cała masa wielkich, którzy już umarli i z chwilą śmierci przepadli.

Swego czasu próbowałem wytłumaczyć to felietoniście „Życia”, prof. Ryszardowi Legutce, ale nie zareagował. Przyjął za Tomaszem Burkiem błędną tezę, że wśród Polaków nie ma pisarzy-artystów. Teraz Marcin Król głosi, że również nie ma filozofów.
Jestem ciekaw, jaki to ogląd stanowi podstawę podobnych sądów? Czy czytanie maszynopisów, których komercyjni albo zbyt ubodzy wydawcy nie chcą lub nie mogą wydać (nie mówiąc już o zamawianiu, jak w dawnych dobrych czasach)? Czy rozglądanie się wśród Polaków w poszukiwaniu ludzi zdolnych napisać teksty lepsze niż, jak wymienia Król, w „Commentaire”, „Le Debat”, „The National Interest”, „Foreign Affairs”, „Social Research”? Może jednak te dwa proste obowiązki zastępują przeglądaniem polskiej prasy centralnej, która wycięła na swój użytek mikroskopijny fragmencik naszego krajobrazu kulturalno-filozoficznego, zatrzymała się na pewnych znanych nazwiskach i pewnych znanych, klasycznych dziełach, poza tym promując tylko to, co się dobrze sprzedaje, i odrzucając całą resztę?

Dziennikarze wspierani przez tak opiniotwórcze osoby, jak Legutko czy Król, nie mają najmniejszego zamiaru ujawniać tego, co się naprawdę dzieje na polskiej prowincji, gdzie drukuje się cienkie, lokalne gazetki i niskonakładowe książki, ale o znakomitej zawartości, ani chociażby w hurtowniach, gdzie można osłupieć na długie godziny, przeglądając książki, o jakich się tym panom nie śniło. Księgarze, którzy dziś na książkach się nie znają, podchodzą jedynie do półek z Myszką Miki. O licznych dobrych i nierzadko znakomitych książkach nie zająknie się żaden recenzent, żadna gazeta, nawet tak wrażliwe na nowość „Nowe Książki” i „Twórczość”. Nikt, dosłownie nikt o tych utworach nie słyszał. Mijają jak sen złoty, pozostawiając jedynie obowiązkowy ślad w kilku głównych bibliotekach. Nie czyta i nie może więc tego znać prof. Marcin Król ani żaden inny notabl polskiej umysłowości.
„Krytyka jednych intelektualistów przez innych to symptom jałowości?” – pyta pięknym językiem dziennikarz Łukasz Warzecha. „Tak” – odpowiada rozmówca, potwierdzając moją tezę, że sam jest jałowy, oczywiście jeśli uważa się za intelektualistę. A jestem pewien, że bardzo się uważa.

Dwa miesiące temu pisałem o tym, że w polskich gazetach zwanych centralnymi nie ma niczego, na czym można zaczepić oko. Dziś przeglądam w empiku czasopisma kulturalne i widzę, że, w przeciwieństwie do prasy codziennej, bywają one wręcz świetne. Rodzi się w nich to, czego nie dostrzega Marcin Król, a o czym, jak można mniemać, marzy: nowy ogląd świata, m.in. przez sztukę, literaturę. Następuje zmiana warty w najmłodszej poezji, od której zawsze brały się rewolucje umysłowe. Pojawia się nowy typ opowiadania, rzekłbym społecznego, tęsknota do wspólnoty. To jest zalążek, z którego zaczyna kiełkować coś nowego. Znani, ale zapomniani czy odrzuceni przez media autorzy, piszą rzeczy, które posuwają świat naprzód (np. ostatnio Krzysztof Gąsiorowski, Bogdan Loebl). Trzeba jednak to widzieć, a przede wszystkim czytać i czuć. Pamiętam z lat 70., jak Artur Sandauer (wówczas wyrocznia, że ho, ho!) programowo ignorował wstępujące pokolenie Nowej Fali. Czy w Polsce stale trzeba to kalkować?

„Myślę, że to, iż postmodernizm w Polsce nabrał takiego znaczenia, jest skutkiem straszliwego ubóstwa życia intelektualnego w naszym kraju” – nader zgrabnie powiada Marcin Król. Wynicowałbym to zdanie. Chyba wszystko jest inaczej – przez to, że postmodernizm zdominował i zubożył prasę codzienną i pozostałe media, od lat występuje silny opór. Na wieczorze autorskim pewnego początkującego poety zebrani tłumnie młodzi ludzie mówili o tym, że w rzeczywistości ten pusty umysłowo kierunek nigdy w świadomości młodzieży nie zagościł. Krytykowano „Imię róży” oraz „Prawiek i inne czasy” za jałowość intelektualną, za niepożyteczną bajkowość („to nie Rabelais!”) i słabość artystyczną, nie przecząc sprawności warsztatowej i, co godne uwagi, jeszcze lepszej promocji. Te utwory nie mają nam nic do zaproponowania, mówiono, choć czyta się je i owszem.

e-mail: pmuldner@mp.pl

Komentarze