|
|
Szkiełko w okuPiotr M?ldner-Nieckowski Trzeba mieć dużo hartu ducha, kiedy obserwuje się naród polski irracjonalnie serwujący sobie zagrożenia jednym pociągnięciem pisaka na kartce wyborczej. Zwłaszcza po apokaliptycznym sygnale z zapadających się wież World Trade Center. Zdarzenia na Manhattanie wyostrzyły widzenie aż nadto, pokazały wiele rzeczy takimi, jakimi są, ale, niestety, nie wydobyły na wierzch tej oliwy, której się to należy. Przynajmniej u nas. U nas jest coś w rodzaju spokoju. My tylko gruntownie zmieniamy władzę.
Skandaliki przeważają nad istotą rzeczy, a gruby koc niewiedzy pokrywa to, co
już dawno demokracja i kapitalizm powinny były wynieść do chwały. Z tym większym
rozgoryczeniem, zamurowany, przykuty do krzesła czytałem krótki a treściwy
wywiad profesora Uniwersytetu Warszawskiego Marcina Króla udzielony „Życiu”
(8.10.2001). Król napomniał polskich intelektualistów, że są durniami i że
jedynym sposobem ich bycia czy życia jest „agresja intelektualna budowana na
negacji”. Sam właśnie w tej wypowiedzi zanegował, chyba bezmyślnie albo (w co
chciałbym wierzyć) naumyślnie. Marcin Król jest bowiem nie tylko nauczycielem
młodzieży i badaczem, ale także, a może najbardziej naczelnym redaktorem „Res
Publiki Nowej”, pisma, które, jak niewiele innych, ma szansę przyciągać twórców
nowych idei, formować umysły i zachęcać do myślenia. Swego czasu próbowałem wytłumaczyć to felietoniście „Życia”, prof. Ryszardowi
Legutce, ale nie zareagował. Przyjął za Tomaszem Burkiem błędną tezę, że wśród
Polaków nie ma pisarzy-artystów. Teraz Marcin Król głosi, że również nie ma
filozofów. Dziennikarze wspierani przez tak opiniotwórcze osoby, jak Legutko czy Król,
nie mają najmniejszego zamiaru ujawniać tego, co się naprawdę dzieje na polskiej
prowincji, gdzie drukuje się cienkie, lokalne gazetki i niskonakładowe książki,
ale o znakomitej zawartości, ani chociażby w hurtowniach, gdzie można osłupieć
na długie godziny, przeglądając książki, o jakich się tym panom nie śniło.
Księgarze, którzy dziś na książkach się nie znają, podchodzą jedynie do półek z
Myszką Miki. O licznych dobrych i nierzadko znakomitych książkach nie zająknie
się żaden recenzent, żadna gazeta, nawet tak wrażliwe na nowość „Nowe Książki” i
„Twórczość”. Nikt, dosłownie nikt o tych utworach nie słyszał. Mijają jak sen
złoty, pozostawiając jedynie obowiązkowy ślad w kilku głównych bibliotekach. Nie
czyta i nie może więc tego znać prof. Marcin Król ani żaden inny notabl polskiej
umysłowości. Dwa miesiące temu pisałem o tym, że w polskich gazetach zwanych centralnymi nie ma niczego, na czym można zaczepić oko. Dziś przeglądam w empiku czasopisma kulturalne i widzę, że, w przeciwieństwie do prasy codziennej, bywają one wręcz świetne. Rodzi się w nich to, czego nie dostrzega Marcin Król, a o czym, jak można mniemać, marzy: nowy ogląd świata, m.in. przez sztukę, literaturę. Następuje zmiana warty w najmłodszej poezji, od której zawsze brały się rewolucje umysłowe. Pojawia się nowy typ opowiadania, rzekłbym społecznego, tęsknota do wspólnoty. To jest zalążek, z którego zaczyna kiełkować coś nowego. Znani, ale zapomniani czy odrzuceni przez media autorzy, piszą rzeczy, które posuwają świat naprzód (np. ostatnio Krzysztof Gąsiorowski, Bogdan Loebl). Trzeba jednak to widzieć, a przede wszystkim czytać i czuć. Pamiętam z lat 70., jak Artur Sandauer (wówczas wyrocznia, że ho, ho!) programowo ignorował wstępujące pokolenie Nowej Fali. Czy w Polsce stale trzeba to kalkować? „Myślę, że to, iż postmodernizm w Polsce nabrał takiego znaczenia, jest skutkiem straszliwego ubóstwa życia intelektualnego w naszym kraju” – nader zgrabnie powiada Marcin Król. Wynicowałbym to zdanie. Chyba wszystko jest inaczej – przez to, że postmodernizm zdominował i zubożył prasę codzienną i pozostałe media, od lat występuje silny opór. Na wieczorze autorskim pewnego początkującego poety zebrani tłumnie młodzi ludzie mówili o tym, że w rzeczywistości ten pusty umysłowo kierunek nigdy w świadomości młodzieży nie zagościł. Krytykowano „Imię róży” oraz „Prawiek i inne czasy” za jałowość intelektualną, za niepożyteczną bajkowość („to nie Rabelais!”) i słabość artystyczną, nie przecząc sprawności warsztatowej i, co godne uwagi, jeszcze lepszej promocji. Te utwory nie mają nam nic do zaproponowania, mówiono, choć czyta się je i owszem. e-mail: pmuldner@mp.pl |
|
|