Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 2/2002

Reguły muszą obowiązywać
Poprzedni Następny

Rozmowa Forum

Myślę, że z czasem zarówno akredytacje komisji środowiskowych,
jak i wyróżniające oceny przyznane przez PKA będą ważnym sygnałem
dla otoczenia zewnętrznego i kandydatów na studia.

Rozmowa z prof. Andrzejem Jamiołkowskim,
przewodniczącym Państwowej Komisji Akredytacyjnej
 

Fot.  S. Ciechan

Dr hab. Andrzej Jamiołkowski, prof. UMK (ur. 1946), fizyk. po ukończeniu w 1969 r. studiów na Wydziale Fizyki UW rozpoczął pracę w UMK, gdzie w 1973 r. uzyskał stopień doktora, a w 1983 r. doktora habilitowanego. Od 1991 r. jest tam zatrudniony na stanowisku profesora nadzwyczajnego.
W 1964 r. zajął I miejsce w XIII Ogólnopolskiej Olimpiadzie Fizycznej. Przebywał przez ponad 4 lata na stypendiach zagranicznych m.in. w Monachium, Oldenburgu i Marburgu.
Przewodniczący stowarzyszenia byłych stypendystów Fundacji Alexandra von Humboldta Societas Humboldtiana Polonorum. Od 1992 r. redaktor naczelny czasopisma „Reports on Mathematical Physics”. Jest autorem i współautorem kilkudziesięciu artykułów i kilku monografii i podręczników z dziedziny fizyki teoretycznej.
W latach 1986-93, przez dwie kadencje, był prorektorem, a następnie (1993-99) rektorem UMK. 1999-2001 wiceprzewodniczący Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego i przewodniczący Komisji Finansów RG. Od 11 stycznia przewodniczący PKA.

 Jeszcze kilka lat temu słowo akredytacja było nieobecne w słowniku pojęć akademickich. Byłem świadkiem, jak jeden z ministrów edukacji, zapytany o akredytację, powiedział, że do tej pory sądził, iż akredytowani są tylko ambasadorowie przy rządach i dziennikarze na konferencjach prasowych. Dziś akredytacja jest odmieniana przez wszystkie przypadki, a jej problemami zajmuje się wiele osób i instytucji. Teraz do tego grona dołącza Państwowa Komisja Akredytacyjna.
– Akredytacja nie jest pojęciem nieznanym wszystkim tym, którzy zajmują się jakością kształcenia. Sam problem jakości kształcenia istnieje tak dawno, jak samo kształcenie, ale rzeczywiście problemami akredytacji, czyli najogólniej rzecz ujmując – weryfikacji jakości kształcenia, polskie środowisko akademickie zajmuje się bliżej dopiero od kilku lat. Samo pojęcie akredytacja powstało ponad 100 lat temu w Stanach Zjednoczonych i oznacza poddanie się ocenie instytucji akredytującej, sprawdzenie, czy proces nauczania w danej uczelni jest zgodny z przyjętymi standardami. Na początku lat 90. wiele osób zarządzających systemem szkolnictwa wyższego, na zaproszenie rządu USA, miało okazję zobaczyć, jak to wygląda w praktyce. W Stanach uczelnia, aby ubiegać się o jakiekolwiek pieniądze publiczne, musi mieć akredytację instytucji społecznej. Oczywiście, istnieją liczne specyficzne amerykańskie uwarunkowania, ale wiele z tych doświadczeń warto wykorzystać.

– Podstawowy sens pojęcia akredytacja to dobrowolne poddanie się przez daną jednostkę ocenie instytucji akredytującej dla potwierdzenia wysokiej jakości nauczania. Tymczasem PKA będzie stwierdzać spełnianie podstawowych warunków dla prowadzenia nauczania na danym kierunku. Czy dobrze się stało, że w nazwie komisji jest słowo „akredytacyjna”? Padały propozycje, aby była to np. „państwowa komisja ewaluacyjna” czy „do spraw jakości”.
– Komisja będzie zajmować się sprawdzaniem, czy dana jednostka wypełnia przyjęte standardy kształcenia, a więc będzie się zajmować szeroko pojmowaną akredytacją. Przejmujemy także funkcje, które wypełniała dotychczas Komisja Akredytacyjna Wyższego Szkolnictwa Zawodowego i myślę, że nazwa jest adekwatna do zadań, jakie przed nami stoją.

– W styczniowym numerze „Forum” minister Krystyna Łybacka napisała, że powołanie PKA ma wymiar historyczny. Od uchwalenia w 1990 roku obowiązującej obecnie ustawy o szkolnictwie wyższym, a później w roku 1997 ustawy o wyższych szkołach zawodowych, to rzeczywiście najważniejsze wydarzenie w obszarze szkolnictwa wyższego. Ale Polska była jednym z ostatnich krajów w Europie, który nie miał państwowej instytucji zajmującej się kontrolowaniem jakości kształcenia.
– Gdy w roku 1990, na samym początku naszej transformacji ustrojowej i gospodarczej, powstawała nowa ustawa o szkolnictwie wyższym, jej twórcy nie przewidzieli, że w systemie, w którym minister jest upoważniony do powoływania uczelni, a później ma niewielki wpływ na to, jak ona kształci i nie ma możliwości szybkiego zapobiegania łamaniu prawa – czyli istnieje olbrzymi obszar swobody – z pewnością pojawią się zjawiska negatywne. Od tego czasu system bardzo się zresztą rozrósł. Dziś mamy ponad 1 600 tys. studentów i 350 uczelni, które zatrudniają 150 tys. pracowników, z czego ponad 70 tys. to nauczyciele akademiccy. Mamy też 102 kierunki studiów i prawie 1000 specjalności. Jest rzeczą oczywistą, że w tak wielkim systemie mogą się pojawić zjawiska negatywne czy wręcz patologiczne. Niebezpieczne staje się to wówczas, kiedy takie zjawiska przestają być odosobnione. Dotychczas minister edukacji miał w praktyce niewielkie możliwości kontrolne, a zainteresowani skwapliwie wykorzystywali procedury odwoławcze np. w NSA – sprawy toczyły się latami. Nowelizacja obowiązującej ustawy z 20 lipca ubiegłego roku zdecydowanie zmienia tę sytuację. Minister ma podstawę prawną do podejmowania decyzji i otrzymuje do ręki mocne instrumenty kontrolne. Oczywiście, minister sam nie wykona tej ogromnej pracy, stąd funkcjonująca od dawna idea komisji złożonej z ekspertów, przedstawicieli środowiska akademickiego.

– Czy jednak powołanie Komisji nie nastąpiło kilka lat za późno? W obszarze szkolnictwa wyższego istnieje tak wiele zjawisk negatywnych – choćby wieloetatowość czy fikcyjność obsadzania w niektórych uczelniach etatów profesorskich – że trudno w takich wypadkach mówić o przyzwoitym kształceniu.
– Z pewnością byłoby dużo lepiej, gdyby Komisja działała już od dawna. Zbyt długo mówiliśmy o konieczności uchwalenia nowej, najlepiej jednej, kompleksowej ustawy i zbyt długo dyskutowaliśmy nad jej kolejnymi projektami. Pełniąc funkcję rektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu wielokrotnie publicznie mówiłem, że ministerstwo traci kontrolę nad systemem. Pojawiały się też głosy, że to rynek będzie weryfikował system. Taka weryfikacja trwa latami, a gdyby miała być jedynym sposobem kontroli, oznaczałoby to, że odbywa się kosztem studenta, który za dokonanie złego wyboru uczelni miałby płacić swoją karierą. Skoro funkcjonuje jeden państwowy dyplom studiów wyższych, to państwo musi wziąć na siebie odpowiedzialność za jego jakość.

– W składzie Komisji znalazło się wiele osób, które działały w środowiskowych komisjach akredytacyjnych albo zarządzały wydziałami bądź uczelniami. Jest też w niej jeden z byłych wiceministrów edukacji, a drugi jest jej sekretarzem. To dość „mocny skład”, ale kilka kompetentnych, spośród zgłoszonych osób, nie znalazło się w Komisji.
– Pani minister miała bardzo trudne zadanie. Wybór 65 osób z blisko 600 kandydatów, przy uwzględnieniu kryterium kompetencji, ale także uprawianej dyscypliny oraz kryterium geograficznego, nie był sprawą łatwą. Jestem przekonany, że skład PKA jest bardzo mocny merytorycznie i pozwoli dobrze realizować zadania, jakie przed nami stoją. Komisja będzie też wykorzystywać doświadczenie grupy ok. 500 ekspertów, których właśnie powołujemy, i którzy będą z nami stale współpracować. Na pewno znajdą się wśród nich także kandydaci, którzy nie znaleźli się w składzie Komisji, a których doświadczenie jest cenne.

– Co udało się zrobić od 11 stycznia, czyli dnia powołania członków Komisji?
– Został uchwalony statut oraz dokonaliśmy wyboru władz PKA. Ukonstytuowały się zespoły kierunkowe wybierając swoich przewodniczących, którzy weszli w skład prezydium. Wybraliśmy wiceprzewodniczących PKA. Zostali nimi prof. Marek Dietrich, były rektor Politechniki Warszawskiej oraz prof. Włodzimierz Siwiński, były rektor Uniwersytetu Warszawskiego. Sekretarzem Komisji jest prof. Kazimierz Przybysz, były wiceminister edukacji. A zatem na czele Komisji stoją ludzie o dużym doświadczeniu w kierowaniu największymi polskimi uczelniami czy systemem szkolnictwa wyższego. Prezydium jest ciałem bardzo ważnym, bo to ono będzie rozstrzygać – w odróżnieniu od procedur, jakie obowiązywały, np. w Radzie Głównej, gdzie to posiedzenie plenarne podejmowało ostateczne decyzje – w sprawach uruchamiania nowych szkół czy kierunków oraz oceny kształcenia. Dopiero w przypadku, kiedy zainteresowany odwoła się, prezydium jest poszerzane o członków zespołu kierunkowego. Taka praktyka wynika z faktu, że nowelizacja nałożyła na PKA obowiązek przeprowadzenia całej procedury oceniającej w ciągu trzech miesięcy, po to, aby uniknąć sytuacji, kiedy w kolejce czekało miesiącami kilkadziesiąt wniosków. Zapadły także pierwsze decyzje merytoryczne dotyczące wyrażenia zgody, bądź jej braku, co do uruchomienia kształcenia na wybranych kierunkach i utworzenia filii uczelni.

– Ustawa formułuje zadania PKA w dwóch kwestiach. Po pierwsze, przejęcia kompetencji KAWSZ i Rady Głównej dotyczących opiniowania wniosków o utworzenie nowych uczelni i poszerzenie uprawnień już istniejących. Po drugie, oceny kształcenia na danym kierunku. O ile zadania wynikające z kwestii pierwszej są dość oczywiste, o tyle te dotyczące drugiej z nich tak oczywiste nie są. Jak będzie wyglądać ocena jakości kształcenia w poszczególnych jednostkach?
– Corocznie, na początku roku kalendarzowego, ogłosimy listę kierunków i szkół, które zostaną poddane ocenie. Uczelnie będą o tym fakcie informowane i proszone o przygotowanie dokumentacji samooceniającej. Ta ocena trafi do Komisji, a następnie zespół, złożony z przewodniczącego, którym będzie jeden z członków zespołu kierunkowego, ekspertów, a także pracownika MENiS, który zajmie się formalną stroną funkcjonowania uczelni, przeprowadzi wizytację sprawdzającą dane zawarte w samoocenie. Taka wizytacja zakończy się raportem oceniającym, a na jej podstawie prezydium PKA podejmie decyzje i przekaże wnioski ministrowi edukacji.

– Czy będą oceniane uczelnie, czy kierunki studiów?
– Generalnie kierunki, ale po to, aby uniknąć sytuacji, kiedy do danej szkoły jedzie tyle delegacji, ile jest tam prowadzonych kierunków, będziemy starać się te oceny łączyć i przeprowadzać racjonalnie.

– A co z sytuacjami konfliktowymi, nadużyciami, sprawami pojawiającymi się nagle?
– Nie chcielibyśmy stać się pogotowiem interwencyjnym, ale z pewnością będziemy na nie stanowczo reagować. Przede wszystkim wówczas, gdy otrzymamy taki sygnał od ministra edukacji narodowej.

– Jak długo potrwa ocena wszystkich szkół i wszystkich kierunków?
– Jeśli uświadomimy sobie, że zadanie, jakie stoi przed Komisją, to ocena kilku tysięcy jednostek, patrząc realnie – na pewno nie stanie się to w ciągu kilku miesięcy. Myślę, że ocena wszystkich jednostek to kwestia 3-4 lat.

– W dyskusji na temat relacji akredytacji środowiskowej i państwowej często padało pytanie, czy wyniki akredytacji środowiskowej będą wykorzystywane w akredytacji państwowej?
– Trzeba pamiętać, że jeśli Komisja podejmie decyzję o przeprowadzeniu kontroli w jakiejś jednostce, to taka kontrola musi się odbyć, ale akredytacje środowiskowe będą oczywiście wykorzystywane przy ocenie tej jednostki. Jest dla nas jasne, że akredytacja środowiskowa to swoisty znak jakości i po zapoznaniu się z procedurami, jakie stosuje dana komisja akredytacyjna i ich akceptacji, wnioski z przeprowadzonych wcześniej ocen powinny być wykorzystane w naszej procedurze i końcowej ocenie – i być może przyznaniu danej jednostce oceny najwyższej.

– To znaczy, że akredytacja nie będzie przeprowadzana na zasadzie zero-jedynkowej, tak lub nie, tylko będzie się kończyła oceną?
– Nie będziemy przeprowadzali oceny jedynie na zasadzie potwierdzenia spełniania minimalnych wymagań, ale procedura akredytacji zakończy się przyznaniem oceny: wyróżniającej, pozytywnej, z zastrzeżeniami lub negatywnej.

– Problem polega chyba także na tym, że właściwie każdy może powołać komisję akredytacyjną. Dwa lata temu powstała w środowisku uczelni niepaństwowych komisja, o której do tej pory nic więcej, poza powstaniem, nie słychać.
– Dlatego najpierw musimy przyjrzeć się procedurom stosowanym przez daną komisję i rzetelności ich wypełniania.

– Jak będzie wyglądać współpraca PKA z Komisją Akredytacyjną Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, skupiającą komisje środowiskowe?
– To dobrze, że tak wiele osób i instytucji jest zaangażowanych w sprawy oceny jakości kształcenia w polskim szkolnictwie wyższym. Myślę, że jest dostatecznie dużo pracy, tak dla nas, jak i komisji środowiskowych, w kwestii poprawy jakości kształcenia. Powinniśmy wspólnie myśleć o tworzeniu mechanizmów, które zapewnią poprawę jakości kształcenia i wyeliminują zjawiska negatywne. PKA z pewnością będzie korzystać z doświadczeń komisji środowiskowych. Niektóre z nich działają już kilka lat, więc z pewnością mają na tym polu cenne doświadczenie, choćby w kwestii dokumentów, funkcjonalności procedur czy szkolenia ekspertów. To przenoszenie doświadczeń odbywać się będzie zresztą niejako automatycznie, ponieważ wiele osób mających doświadczenie w działalności środowiskowej jest w składzie komisji państwowej. Są też osoby, które działały w KAWSZ i Radzie Głównej, które również wniosą ważne doświadczenia.
Myślę, że z czasem zarówno akredytacje komisji środowiskowych, jak i wyróżniające oceny przyznane przez PKA, będą ważnym sygnałem dla otoczenia zewnętrznego i kandydatów na studia. Mam też nadzieję, że za kilka lat, kiedy znaczna część systemu zostanie oceniona, będzie to podstawą do podejmowania przez ministra edukacji decyzji dotyczącej rozdziału środków publicznych. Aktualnie stosowany algorytm już się przeżył i nie daje możliwości podejmowania racjonalnych decyzji. Istnieje konieczność zbudowania takiego systemu rozdziału środków publicznych, który uwzględniałby jakość. Dziś w algorytmie bierze się pod uwagę sam fakt zatrudnienia na etacie profesora czy adiunkta, a przecież to nie mówi nic o jakości jego pracy. Musimy stworzyć system bardziej precyzyjny.

– Do kompetencji PKA należy także opiniowanie listy kierunków studiów i minimów programowych dla prowadzenia tych kierunków. Pojawiają się głosy, że to jest niepotrzebny gorset – kształcenie nie powinno odbywać się wyłącznie na kierunkach, a minima programowe są niepotrzebne.
– Nie zgadzam się z takim myśleniem. Muszą być jakieś ramy kształcenia, bo inaczej nikt nie będzie w stanie zorientować się, czy w dwu różnych uczelniach, np. w ramach kierunku „ochrona środowiska” czy „zarządzanie i marketing”, uczy się tego samego, czy czegoś zupełnie innego i co umie student, który ukończył dane studia. Lista kierunków nie jest zresztą stworzona raz na zawsze i może być – i będzie – weryfikowana. Minima programowe to wspólna podstawa i tylko część programu i całkowitej liczby godzin na danym kierunku – one są potrzebne, abyśmy mieli pewność, że jeśli ktoś skończył np. biologię, fizykę, ekonomię czy budownictwo, to ma podstawy wiedzy z tych dziedzin. Nie może być zupełnej dowolności, pewne wspólne części programu są niezbędne. Pełna swoboda prowadzi do tego, że dziś mamy np. takie sytuacje, kiedy uzyskuje się tytuł inżyniera nie mając zaliczonej ani jednej godziny wykładu z matematyki. To wymaga zmian, a pewne reguły muszą obowiązywać.

– Dyplom potwierdza uzyskanie tytułu niezależnie od tego, czy ukończyło się studia dzienne, czy zaoczne, zatem i wiedza absolwentów powinna być porównywalna.
– Zgadzam się, że skoro dyplom jest jeden, to i wymagania, a co za tym idzie – wiedza wynoszona ze studiów, powinny być porównywalne. Będziemy się starać, aby system to wymuszał.

– Trwa dyskusja nad tym, czy należy przeprowadzić szybką nowelizację ustawy obowiązującej, czy może pracować nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym.
– Myślę, że powinniśmy spokojnie pracować nad nową ustawą, ale niezbędne jest pilne uregulowanie takich spraw, jak np. wieloetatowość – racjonalne wydaje się wprowadzenie zgody rektora na pracę na trzecim i kolejnych etatach, czy zasady odbywania służby wojskowej w trakcie studiów. Te sprawy powinny być załatwione szybko poprzez nowelizację ustawy obecnie obowiązującej.

Rozmawiał Andrzej Świć

Komentarze