Rozmowa Forum
Myślę, że z czasem zarówno akredytacje komisji
środowiskowych,
jak i wyróżniające oceny przyznane przez PKA będą ważnym sygnałem
dla otoczenia zewnętrznego i kandydatów na studia.
Rozmowa z prof. Andrzejem Jamiołkowskim,
przewodniczącym Państwowej Komisji Akredytacyjnej
|
Fot. S. Ciechan
 |
Dr hab. Andrzej Jamiołkowski, prof. UMK (ur. 1946), fizyk.
po ukończeniu w 1969 r. studiów na Wydziale Fizyki UW rozpoczął pracę w UMK,
gdzie w 1973 r. uzyskał stopień doktora, a w 1983 r. doktora habilitowanego.
Od 1991 r. jest tam zatrudniony na stanowisku profesora nadzwyczajnego.
W 1964 r. zajął I miejsce w XIII Ogólnopolskiej Olimpiadzie Fizycznej.
Przebywał przez ponad 4 lata na stypendiach zagranicznych m.in. w Monachium,
Oldenburgu i Marburgu.
Przewodniczący stowarzyszenia byłych stypendystów Fundacji Alexandra von
Humboldta Societas Humboldtiana Polonorum. Od 1992 r. redaktor naczelny
czasopisma „Reports on Mathematical Physics”. Jest autorem i współautorem
kilkudziesięciu artykułów i kilku monografii i podręczników z dziedziny
fizyki teoretycznej.
W latach 1986-93, przez dwie kadencje, był prorektorem, a następnie
(1993-99) rektorem UMK. 1999-2001 wiceprzewodniczący Rady Głównej
Szkolnictwa Wyższego i przewodniczący Komisji Finansów RG. Od 11 stycznia
przewodniczący PKA. |
Jeszcze kilka lat temu słowo
akredytacja było nieobecne w słowniku pojęć akademickich. Byłem świadkiem, jak
jeden z ministrów edukacji, zapytany o akredytację, powiedział, że do tej pory
sądził, iż akredytowani są tylko ambasadorowie przy rządach i dziennikarze na
konferencjach prasowych. Dziś akredytacja jest odmieniana przez wszystkie
przypadki, a jej problemami zajmuje się wiele osób i instytucji. Teraz do tego
grona dołącza Państwowa Komisja Akredytacyjna.
– Akredytacja nie jest pojęciem nieznanym wszystkim tym, którzy zajmują się
jakością kształcenia. Sam problem jakości kształcenia istnieje tak dawno, jak
samo kształcenie, ale rzeczywiście problemami akredytacji, czyli najogólniej
rzecz ujmując – weryfikacji jakości kształcenia, polskie środowisko akademickie
zajmuje się bliżej dopiero od kilku lat. Samo pojęcie akredytacja powstało ponad
100 lat temu w Stanach Zjednoczonych i oznacza poddanie się ocenie instytucji
akredytującej, sprawdzenie, czy proces nauczania w danej uczelni jest zgodny z
przyjętymi standardami. Na początku lat 90. wiele osób zarządzających systemem
szkolnictwa wyższego, na zaproszenie rządu USA, miało okazję zobaczyć, jak to
wygląda w praktyce. W Stanach uczelnia, aby ubiegać się o jakiekolwiek pieniądze
publiczne, musi mieć akredytację instytucji społecznej. Oczywiście, istnieją
liczne specyficzne amerykańskie uwarunkowania, ale wiele z tych doświadczeń
warto wykorzystać.
– Podstawowy sens pojęcia akredytacja to dobrowolne poddanie się przez
daną jednostkę ocenie instytucji akredytującej dla potwierdzenia wysokiej
jakości nauczania. Tymczasem PKA będzie stwierdzać spełnianie podstawowych
warunków dla prowadzenia nauczania na danym kierunku. Czy dobrze się stało, że w
nazwie komisji jest słowo „akredytacyjna”? Padały propozycje, aby była to np.
„państwowa komisja ewaluacyjna” czy „do spraw jakości”.
– Komisja będzie zajmować się sprawdzaniem, czy dana jednostka wypełnia przyjęte
standardy kształcenia, a więc będzie się zajmować szeroko pojmowaną akredytacją.
Przejmujemy także funkcje, które wypełniała dotychczas Komisja Akredytacyjna
Wyższego Szkolnictwa Zawodowego i myślę, że nazwa jest adekwatna do zadań, jakie
przed nami stoją.
– W styczniowym numerze „Forum” minister Krystyna Łybacka napisała, że
powołanie PKA ma wymiar historyczny. Od uchwalenia w 1990 roku obowiązującej
obecnie ustawy o szkolnictwie wyższym, a później w roku 1997 ustawy o wyższych
szkołach zawodowych, to rzeczywiście najważniejsze wydarzenie w obszarze
szkolnictwa wyższego. Ale Polska była jednym z ostatnich krajów w Europie, który
nie miał państwowej instytucji zajmującej się kontrolowaniem jakości
kształcenia.
– Gdy w roku 1990, na samym początku naszej transformacji ustrojowej i
gospodarczej, powstawała nowa ustawa o szkolnictwie wyższym, jej twórcy nie
przewidzieli, że w systemie, w którym minister jest upoważniony do powoływania
uczelni, a później ma niewielki wpływ na to, jak ona kształci i nie ma
możliwości szybkiego zapobiegania łamaniu prawa – czyli istnieje olbrzymi obszar
swobody – z pewnością pojawią się zjawiska negatywne. Od tego czasu system
bardzo się zresztą rozrósł. Dziś mamy ponad 1 600 tys. studentów i 350 uczelni,
które zatrudniają 150 tys. pracowników, z czego ponad 70 tys. to nauczyciele
akademiccy. Mamy też 102 kierunki studiów i prawie 1000 specjalności. Jest
rzeczą oczywistą, że w tak wielkim systemie mogą się pojawić zjawiska negatywne
czy wręcz patologiczne. Niebezpieczne staje się to wówczas, kiedy takie zjawiska
przestają być odosobnione. Dotychczas minister edukacji miał w praktyce
niewielkie możliwości kontrolne, a zainteresowani skwapliwie wykorzystywali
procedury odwoławcze np. w NSA – sprawy toczyły się latami. Nowelizacja
obowiązującej ustawy z 20 lipca ubiegłego roku zdecydowanie zmienia tę sytuację.
Minister ma podstawę prawną do podejmowania decyzji i otrzymuje do ręki mocne
instrumenty kontrolne. Oczywiście, minister sam nie wykona tej ogromnej pracy,
stąd funkcjonująca od dawna idea komisji złożonej z ekspertów, przedstawicieli
środowiska akademickiego.
– Czy jednak powołanie Komisji nie nastąpiło kilka lat za późno? W
obszarze szkolnictwa wyższego istnieje tak wiele zjawisk negatywnych – choćby
wieloetatowość czy fikcyjność obsadzania w niektórych uczelniach etatów
profesorskich – że trudno w takich wypadkach mówić o przyzwoitym kształceniu.
– Z pewnością byłoby dużo lepiej, gdyby Komisja działała już od dawna. Zbyt
długo mówiliśmy o konieczności uchwalenia nowej, najlepiej jednej, kompleksowej
ustawy i zbyt długo dyskutowaliśmy nad jej kolejnymi projektami. Pełniąc funkcję
rektora Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu wielokrotnie publicznie
mówiłem, że ministerstwo traci kontrolę nad systemem. Pojawiały się też głosy,
że to rynek będzie weryfikował system. Taka weryfikacja trwa latami, a gdyby
miała być jedynym sposobem kontroli, oznaczałoby to, że odbywa się kosztem
studenta, który za dokonanie złego wyboru uczelni miałby płacić swoją karierą.
Skoro funkcjonuje jeden państwowy dyplom studiów wyższych, to państwo musi wziąć
na siebie odpowiedzialność za jego jakość.
– W składzie Komisji znalazło się wiele osób, które działały w
środowiskowych komisjach akredytacyjnych albo zarządzały wydziałami bądź
uczelniami. Jest też w niej jeden z byłych wiceministrów edukacji, a drugi jest
jej sekretarzem. To dość „mocny skład”, ale kilka kompetentnych, spośród
zgłoszonych osób, nie znalazło się w Komisji.
– Pani minister miała bardzo trudne zadanie. Wybór 65 osób z blisko 600
kandydatów, przy uwzględnieniu kryterium kompetencji, ale także uprawianej
dyscypliny oraz kryterium geograficznego, nie był sprawą łatwą. Jestem
przekonany, że skład PKA jest bardzo mocny merytorycznie i pozwoli dobrze
realizować zadania, jakie przed nami stoją. Komisja będzie też wykorzystywać
doświadczenie grupy ok. 500 ekspertów, których właśnie powołujemy, i którzy będą
z nami stale współpracować. Na pewno znajdą się wśród nich także kandydaci,
którzy nie znaleźli się w składzie Komisji, a których doświadczenie jest cenne.
– Co udało się zrobić od 11 stycznia, czyli dnia powołania członków
Komisji?
– Został uchwalony statut oraz dokonaliśmy wyboru władz PKA. Ukonstytuowały się
zespoły kierunkowe wybierając swoich przewodniczących, którzy weszli w skład
prezydium. Wybraliśmy wiceprzewodniczących PKA. Zostali nimi prof. Marek
Dietrich, były rektor Politechniki Warszawskiej oraz prof. Włodzimierz Siwiński,
były rektor Uniwersytetu Warszawskiego. Sekretarzem Komisji jest prof. Kazimierz
Przybysz, były wiceminister edukacji. A zatem na czele Komisji stoją ludzie o
dużym doświadczeniu w kierowaniu największymi polskimi uczelniami czy systemem
szkolnictwa wyższego. Prezydium jest ciałem bardzo ważnym, bo to ono będzie
rozstrzygać – w odróżnieniu od procedur, jakie obowiązywały, np. w Radzie
Głównej, gdzie to posiedzenie plenarne podejmowało ostateczne decyzje – w
sprawach uruchamiania nowych szkół czy kierunków oraz oceny kształcenia. Dopiero
w przypadku, kiedy zainteresowany odwoła się, prezydium jest poszerzane o
członków zespołu kierunkowego. Taka praktyka wynika z faktu, że nowelizacja
nałożyła na PKA obowiązek przeprowadzenia całej procedury oceniającej w ciągu
trzech miesięcy, po to, aby uniknąć sytuacji, kiedy w kolejce czekało miesiącami
kilkadziesiąt wniosków. Zapadły także pierwsze decyzje merytoryczne dotyczące
wyrażenia zgody, bądź jej braku, co do uruchomienia kształcenia na wybranych
kierunkach i utworzenia filii uczelni.
– Ustawa formułuje zadania PKA w dwóch kwestiach. Po pierwsze, przejęcia
kompetencji KAWSZ i Rady Głównej dotyczących opiniowania wniosków o utworzenie
nowych uczelni i poszerzenie uprawnień już istniejących. Po drugie, oceny
kształcenia na danym kierunku. O ile zadania wynikające z kwestii pierwszej są
dość oczywiste, o tyle te dotyczące drugiej z nich tak oczywiste nie są. Jak
będzie wyglądać ocena jakości kształcenia w poszczególnych jednostkach?
– Corocznie, na początku roku kalendarzowego, ogłosimy listę kierunków i szkół,
które zostaną poddane ocenie. Uczelnie będą o tym fakcie informowane i proszone
o przygotowanie dokumentacji samooceniającej. Ta ocena trafi do Komisji, a
następnie zespół, złożony z przewodniczącego, którym będzie jeden z członków
zespołu kierunkowego, ekspertów, a także pracownika MENiS, który zajmie się
formalną stroną funkcjonowania uczelni, przeprowadzi wizytację sprawdzającą dane
zawarte w samoocenie. Taka wizytacja zakończy się raportem oceniającym, a na jej
podstawie prezydium PKA podejmie decyzje i przekaże wnioski ministrowi edukacji.
– Czy będą oceniane uczelnie, czy kierunki studiów?
– Generalnie kierunki, ale po to, aby uniknąć sytuacji, kiedy do danej szkoły
jedzie tyle delegacji, ile jest tam prowadzonych kierunków, będziemy starać się
te oceny łączyć i przeprowadzać racjonalnie.
– A co z sytuacjami konfliktowymi, nadużyciami, sprawami pojawiającymi się
nagle?
– Nie chcielibyśmy stać się pogotowiem interwencyjnym, ale z pewnością będziemy
na nie stanowczo reagować. Przede wszystkim wówczas, gdy otrzymamy taki sygnał
od ministra edukacji narodowej.
– Jak długo potrwa ocena wszystkich szkół i wszystkich kierunków?
– Jeśli uświadomimy sobie, że zadanie, jakie stoi przed Komisją, to ocena kilku
tysięcy jednostek, patrząc realnie – na pewno nie stanie się to w ciągu kilku
miesięcy. Myślę, że ocena wszystkich jednostek to kwestia 3-4 lat.
– W dyskusji na temat relacji akredytacji środowiskowej i państwowej
często padało pytanie, czy wyniki akredytacji środowiskowej będą wykorzystywane
w akredytacji państwowej?
– Trzeba pamiętać, że jeśli Komisja podejmie decyzję o przeprowadzeniu kontroli
w jakiejś jednostce, to taka kontrola musi się odbyć, ale akredytacje
środowiskowe będą oczywiście wykorzystywane przy ocenie tej jednostki. Jest dla
nas jasne, że akredytacja środowiskowa to swoisty znak jakości i po zapoznaniu
się z procedurami, jakie stosuje dana komisja akredytacyjna i ich akceptacji,
wnioski z przeprowadzonych wcześniej ocen powinny być wykorzystane w naszej
procedurze i końcowej ocenie – i być może przyznaniu danej jednostce oceny
najwyższej.
– To znaczy, że akredytacja nie będzie przeprowadzana na zasadzie
zero-jedynkowej, tak lub nie, tylko będzie się kończyła oceną?
– Nie będziemy przeprowadzali oceny jedynie na zasadzie potwierdzenia spełniania
minimalnych wymagań, ale procedura akredytacji zakończy się przyznaniem oceny:
wyróżniającej, pozytywnej, z zastrzeżeniami lub negatywnej.
– Problem polega chyba także na tym, że właściwie każdy może powołać
komisję akredytacyjną. Dwa lata temu powstała w środowisku uczelni
niepaństwowych komisja, o której do tej pory nic więcej, poza powstaniem, nie
słychać.
– Dlatego najpierw musimy przyjrzeć się procedurom stosowanym przez daną komisję
i rzetelności ich wypełniania.
– Jak będzie wyglądać współpraca PKA z Komisją Akredytacyjną Konferencji
Rektorów Akademickich Szkół Polskich, skupiającą komisje środowiskowe?
– To dobrze, że tak wiele osób i instytucji jest zaangażowanych w sprawy oceny
jakości kształcenia w polskim szkolnictwie wyższym. Myślę, że jest dostatecznie
dużo pracy, tak dla nas, jak i komisji środowiskowych, w kwestii poprawy jakości
kształcenia. Powinniśmy wspólnie myśleć o tworzeniu mechanizmów, które zapewnią
poprawę jakości kształcenia i wyeliminują zjawiska negatywne. PKA z pewnością
będzie korzystać z doświadczeń komisji środowiskowych. Niektóre z nich działają
już kilka lat, więc z pewnością mają na tym polu cenne doświadczenie, choćby w
kwestii dokumentów, funkcjonalności procedur czy szkolenia ekspertów. To
przenoszenie doświadczeń odbywać się będzie zresztą niejako automatycznie,
ponieważ wiele osób mających doświadczenie w działalności środowiskowej jest w
składzie komisji państwowej. Są też osoby, które działały w KAWSZ i Radzie
Głównej, które również wniosą ważne doświadczenia.
Myślę, że z czasem zarówno akredytacje komisji środowiskowych, jak i
wyróżniające oceny przyznane przez PKA, będą ważnym sygnałem dla otoczenia
zewnętrznego i kandydatów na studia. Mam też nadzieję, że za kilka lat, kiedy
znaczna część systemu zostanie oceniona, będzie to podstawą do podejmowania
przez ministra edukacji decyzji dotyczącej rozdziału środków publicznych.
Aktualnie stosowany algorytm już się przeżył i nie daje możliwości podejmowania
racjonalnych decyzji. Istnieje konieczność zbudowania takiego systemu rozdziału
środków publicznych, który uwzględniałby jakość. Dziś w algorytmie bierze się
pod uwagę sam fakt zatrudnienia na etacie profesora czy adiunkta, a przecież to
nie mówi nic o jakości jego pracy. Musimy stworzyć system bardziej precyzyjny.
– Do kompetencji PKA należy także opiniowanie listy kierunków studiów i
minimów programowych dla prowadzenia tych kierunków. Pojawiają się głosy, że to
jest niepotrzebny gorset – kształcenie nie powinno odbywać się wyłącznie na
kierunkach, a minima programowe są niepotrzebne.
– Nie zgadzam się z takim myśleniem. Muszą być jakieś ramy kształcenia, bo
inaczej nikt nie będzie w stanie zorientować się, czy w dwu różnych uczelniach,
np. w ramach kierunku „ochrona środowiska” czy „zarządzanie i marketing”, uczy
się tego samego, czy czegoś zupełnie innego i co umie student, który ukończył
dane studia. Lista kierunków nie jest zresztą stworzona raz na zawsze i może być
– i będzie – weryfikowana. Minima programowe to wspólna podstawa i tylko część
programu i całkowitej liczby godzin na danym kierunku – one są potrzebne, abyśmy
mieli pewność, że jeśli ktoś skończył np. biologię, fizykę, ekonomię czy
budownictwo, to ma podstawy wiedzy z tych dziedzin. Nie może być zupełnej
dowolności, pewne wspólne części programu są niezbędne. Pełna swoboda prowadzi
do tego, że dziś mamy np. takie sytuacje, kiedy uzyskuje się tytuł inżyniera nie
mając zaliczonej ani jednej godziny wykładu z matematyki. To wymaga zmian, a
pewne reguły muszą obowiązywać.
– Dyplom potwierdza uzyskanie tytułu niezależnie od tego, czy ukończyło
się studia dzienne, czy zaoczne, zatem i wiedza absolwentów powinna być
porównywalna.
– Zgadzam się, że skoro dyplom jest jeden, to i wymagania, a co za tym idzie –
wiedza wynoszona ze studiów, powinny być porównywalne. Będziemy się starać, aby
system to wymuszał.
– Trwa dyskusja nad tym, czy należy przeprowadzić szybką nowelizację
ustawy obowiązującej, czy może pracować nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym.
– Myślę, że powinniśmy spokojnie pracować nad nową ustawą, ale niezbędne jest
pilne uregulowanie takich spraw, jak np. wieloetatowość – racjonalne wydaje się
wprowadzenie zgody rektora na pracę na trzecim i kolejnych etatach, czy zasady
odbywania służby wojskowej w trakcie studiów. Te sprawy powinny być załatwione
szybko poprzez nowelizację ustawy obecnie obowiązującej.
Rozmawiał Andrzej Świć
|