Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 5-6/2002

Wiedza ale jaka?
Poprzedni Następny

Życie akademickie

Jeśli mamy debatować o gospodarce opartej 
na wiedzy, musimy postawić pytanie: Jaka wiedza?, 
bo inaczej będziemy błądzili po manowcach.

Ryszard Tadeusiewicz

 

Fot. Stefan Ciechana

  Wiele osób zabierających ostatnio głos w sprawach kierunków rozwoju naszego kraju wypowiada i odmienia na różne sposoby słowo wiedza. Jest to słuszne, gdyż w wielu krajach (Finlandia, Irlandia) odpowiednio stymulowany rozwój badań naukowych stał się główną przesłanką rozwoju ekonomicznego, a ponadto zgodne z priorytetami Unii, w której wiedza powinna być kluczem do formowania nowej gospodarki. Im częściej jednak termin wiedza jest wypowiadany w dyskusji, tym większe ogarniają mnie wątpliwości, czy aby na pewno wszyscy pod tym terminem rozumieją dokładnie to samo? Nie jestem także pewien, czy wszyscy mówcy mają klarowny obraz tego, jak konkretnie ta abstrakcyjna, niezdefiniowana wiedza może być wykorzystana w charakterze siły napędowej gospodarki? Przypominam sobie cytat z Juliusza Słowackiego (z Epigramatu XXXV):

Szli krzycząc: „Polska! Polska!” 
– wtem jednego razu
Chcąc krzyczeć zapomnieli 
na ustach wyrazu; (...)
Wtem Bóg z Mojżeszowego 
pokazał się krzaka,
Spojrzał na te krzyczące 
i zapytał: „Jaka?”

Jestem zdania, że dokładnie tego potrzebujemy do uporządkowania debaty o gospodarce opartej na wiedzy i aby skierować ją na konstruktywne tory, odpowiedzi na pytanie: jaka?
Na szczęście nie musimy już pytać, jaka Polska, ale dla jej przyszłości i dla pomyślności naszych dzieci musimy zapytać: Jaka wiedza? Nie każda bowiem wiedza nadaje się do tego, by być dźwignią podnoszącą gospodarkę. Próba ucieczki od tego pytania i traktowania „wiedzy w ogóle” jako czynnika wzrostu gospodarczego jest w istocie formą myślenia magicznego, taką samą jak zamawianie deszczu lub leczenie raka dotykaniem fotografii.

DŹWIGNIA I PRZEPUSTKA

Twierdzę, że właśnie w tym momencie naszych dziejów nie stać nas na myślenie magiczne o gospodarce ani o wiedzy. Nawiązując jeszcze raz do wiersza Słowackiego przypomnijmy, że myślenie magiczne (a nie racjonalne!) o abstrakcyjnej „Ojczyźnie” zaowocowało 123 latami narodowej niewoli, hekatombami powstań narodowych oraz chaosem pierwszych lat po odrodzeniu Polski. Szerzące się ostatnio myślenie magiczne o gospodarce, a także nieodpowiedzialne wypowiadanie sądów o uniwersalnej wartości każdej wiedzy (niekonkretnej, nieokreślonej, niezdefiniowanej) może zaowocować inną formą zniewolenia Polski – tym razem zniewolenia ekonomicznego. Trzeba trzeźwo patrzeć na zjawiska gospodarcze i polityczne toczące się wokół nas. Wbrew pozorom, procesy integracji i globalizacji nie są bynajmniej tak harmonijne i przyjazne, jak by się mogło wydawać, gdy ogląda się fotografie uśmiechniętych, ściskających sobie ręce polityków. Współczesny świat przeniknięty jest duchem współzawodnictwa i rywalizacji, a miejsce, jakie przypadnie pokonanym w tej rywalizacji, nie jest godne pozazdroszczenia.
Dlatego musimy przestać myśleć o wiedzy jako o produkcie swobodnego ludzkiego ducha, natomiast powinniśmy zacząć o niej myśleć jako o narzędziu do osiągania ważnych narodowo celów – właśnie jako o dźwigni rozwoju naszej gospodarki. Tylko w ten sposób uda nam się użyć wiedzy jako przepustki do grupy rozwiniętych i zamożnych krajów świata. Musimy stale pamiętać, że aktualnie do tej grupy krajów zaawansowanych gospodarczo nie należymy i właśnie dlatego musimy myśleć o wiedzy jako o podstawowej, w gruncie rzeczy jedynej, szansie na spełnienie naszych aspiracji.

Takie myślenie prowadzi jednak w sposób nieuchronny do pytania: Jaka to ma być wiedza? Którą wiedzę należy w Polsce najintensywniej pomnażać, by odpowiednio wzmocniona dała nam gospodarczy i prestiżowy sukces? Prawie żadnego kraju na świecie nie stać na równomierne rozwijanie całej nauki. Próbując inwestować we wszystkie możliwe kierunki badań naukowych sami dobrowolnie pozbawiamy się szans, które mogłyby stać się naszym udziałem, gdybyśmy potrafili nakreślić nauce konkretne cele i strategicznie ważne (dla Polski!) zadania. My wszak tych szans potrzebujemy jak kania deszczu!

SZLACHETNA WIZJA

Skoro godzimy się z modelem rozwoju, w którym wiedza jest nośnikiem najwyższych wartości, to musimy ją traktować podobnie, jak wcześniej aprobowane wyznaczniki rozwoju pozycji ludzi i narodów: ziemię oraz pieniądze. Ziemia ziemi nierówna, więc dba się o to, by posiadane grunty były żyznym czarnoziemem, a nie jałową pustynią. Walory finansowe też mają różne notowania, więc gromadzi się głównie akcje zwyżkujących giełdowo firm, wystrzegając się natomiast udziałów w przedsiębiorstwach na skraju bankructwa. To jest oczywiste dla każdego. Dlaczego więc tak trudno uwierzyć, że to samo dotyczy wiedzy, jako nośnika wartości oraz badań naukowych, jako metody pomnażania tej wiedzy?

Oczywiście, znam doskonale koronny argument zwolenników szerokiego modelu badań „wszystkiego”: oto rozwój nauki jest nieprzewidywalny i często na pozór drobne odkrycie w jakiejś dziedzinie, bardzo odległej od „modnych” tematów, staje się bazą do nowego skoku cywilizacyjnego o ogromnej doniosłości. To prawda, podobnie jak prawdą jest, że pod niektórymi pustyniami wykryto ropę, a niektóre cherlawe firmy niemal z dnia na dzień wyrosły na potentatów nowej gospodarki. Jednak, wiedząc o tych incydentalnie zachodzących fenomenach, trzeba mimo to stale pamiętać, że większość pustyń pozostała nieużytkami, a większość bankrutujących firm rzeczywiście przyniosła straty. Dlatego nikt nie stara się zagarniać wszystkich pustyń, chociaż na niektórych z nich mogą się kiedyś znaleźć diamenty, ani nie zasila portfela akcjami upadających firm, chociaż niektóre z nich mogą się gospodarczo podnieść, dostarczając śmiałkowi krociowych zysków.

Wracam więc uparcie do głównej tezy mojego artykułu. Jeśli mamy debatować o gospodarce opartej na wiedzy, to musimy postawić pytanie: Jaka wiedza?, bo inaczej będziemy błądzili po manowcach. Moim zdaniem, nie każda wiedza naukowa, nawet najbardziej wartościowa i oryginalna, może pełnić rolę elementu napędowego gospodarki. Z tego faktu musimy zdać sobie sprawę, niezależnie od tego, jak bardzo jesteśmy przywiązani do tej wiedzy, która ową „dźwignią” być nie może. Głoszenie takich haseł jest niepopularne, szczególnie w środowisku naukowym, które jest bardzo mocno przywiązane do wizji Nauki jako wartości nadrzędnej, systemu całkowicie wyodrębnionego od życia, nie podlegającego wszechobecnemu dyktatowi pieniądza. Chcemy wierzyć w to, że wyniki naukowe, nawiązujące do kryteriów najwyższych: prawdy, dobra i piękna, nie podlegają żadnej dodatkowej weryfikacji, a już zwłaszcza gospodarczej. 

Nie ukrywam, że ta szlachetna wizja Nauki przez duże „N” jest i mnie bardzo bliska, gdyż w końcu w imię tak właśnie pojmowanej Nauki trudziłem się przez całe życie, odrzucając wielokrotnie znacznie atrakcyjniejsze finansowo możliwości kariery w biznesie. Jednak właśnie poszanowanie prawdy jako wartości nadrzędnej, nierozerwalnie związane z uprawianiem zawodu naukowca, nie pozwala mi zamykać oczu na oczywiste fakty. Takim faktem są oczekiwania społeczeństwa. Łożąc na badania naukowe z własnej kieszeni ma ono nadzieję, że nauka uczyni tę kieszeń bogatszą i zasobniejszą. Z kolei, bogactwo i zasobność społeczeństwa może dać tylko zdrowa gospodarka. Musimy zatem zastanowić się nad tym, jaka powinna być ta wiedza, na której można oprzeć gospodarkę.

STRATEGICZNA KONCEPCJA

Dlaczego? Otóż gdybyśmy byli światowym mocarstwem, krajem aspirującym do tego, żeby być „lokomotywą” postępu ludzkości, byłaby możliwa taka, jak obecnie praktykowana, strategia badania „wszystkiego”. Niestety, jesteśmy krajem gospodarczo słabym, wydatkującym na badania naukowe znikomy procent naszego skromnego PKB. Te mizerne środki trzeba koniecznie zwiększyć, bo inaczej grozi nam cywilizacyjna zapaść, ale trzeba je także skoncentrować, bo inaczej będą zmarnowane. Wynika to z faktu, że ciągły rozwój nauki niesłychanie poszerzył obecnie front badań naukowych. Wiedzę ludzkości można porównać do kuli, której powierzchnię wyznacza granica pomiędzy znanym i nieznanym. Nie ulega wątpliwości, że w wyniku badań naukowych promień kuli szybko rośnie, gdyż sięgamy coraz dalej w głąb nieznanego, ale powierzchnia kuli (czyli właśnie front badań naukowych) przy tym też stale się powiększa (proporcjonalnie do kwadratu promienia!). Rozkładając równomiernie dostępne (bardzo ograniczone!) środki finansowania nauki na tej szybko rosnącej powierzchni musimy uzyskać efekt coraz mniejszej koncentracji środków na jednostkę tej powierzchni, czyli na każde pojedyncze zadanie badawcze. Jesteśmy bliscy stanu, w którym (w następstwie opisanego procesu) minimalne środki przypadające na jednostkowy temat badawczy nie wystarczą już nawet na samo tylko podtrzymywanie gotowości do prowadzenia badań (czyli potencjału naukowego, mierzonego liczebnością kadry, aparatury, możliwościami publikacji wyników itp.). Na stawianie i osiąganie ambitnych celów naukowych już od dawna zdecydowanie brakuje środków.

Czy jest na to rada? Oczywiście! Konieczny jest wybór priorytetowych kierunków badań i rozwijanie nauki głównie w tych wybranych kierunkach. Tylko w taki sposób będziemy w stanie uzyskać warunki (materialne) sprzyjające osiąganiu naukowych sukcesów. Trzeba więc wypracować strategiczną koncepcję rozwoju nauki polskiej. W ramach tej koncepcji konieczne jest nadanie wysokiego priorytetu tym dziedzinom badań, które najsilniej wpływają na rozwój gospodarki. Co więcej, strategia rozwoju polskiej nauki musi być ściśle powiązana ze strategią rozwoju polskiej gospodarki. Im szybciej zdamy sobie sprawę z tej konieczności oraz im sprawniej podejmiemy działania zmierzające do naprawy obecnego modelu, tym mniejszy będzie dystans, jaki trzeba będzie „nadrobić“ w stosunku do szybko uciekającego świata.

Prof. dr hab. inż. Ryszard Tadeusiewicz, biocybernetyk, członek Polskiej Akademii Umiejętności, rektor Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Komentarze