Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 5-6/2002

Żegnaj szkoło
Poprzedni Następny

Poczta elektroniczna

Dotychczasowy model szkoły nie przystaje do nowej rzeczywistości. 
Metody kształcenia, wypracowane w ciągu minionych trzech wieków, 
nie sprawdzają się wobec ludzi, których percepcję zmieniły technologie elektroniczne. 
Czy szkoła nauczy się uczyć mądrości, czy zaniknie?

Paweł Misiak

Fot. Stefan Ciechan

Wiosną kwitną drzewa, korepetytorzy pracują bez wytchnienia, a wiele myśli i rozmów krąży wokół szkoły. Dzieci, młodzież i rodzice pytają siebie i innych, co dalej? Jaką wybrać szkołę? Co i gdzie studiować? Problemy to ważkie, bo decyzje rzutują na los młodych ludzi w ciągu sporego kawałka dalszego życia. By zdecydować, co i gdzie, warto sobie najpierw powiedzieć, po co? Zwykle za główny cel uczenia się uważane jest późniejsze znalezienie dobrej pracy. Dobra praca to praca pewna i dobrze opłacana. Ten przyziemny pragmatyzm pojawia się nie tylko w myśleniu rodziców, lecz i tych, których rzecz bezpośrednio dotyczy, już nawet między podstawówką a gimnazjum.

Pogląd, że szkoła powinna jak najlepiej przygotować do przyszłej pracy, jest odbiciem myślenia kategoriami odchodzącej w przeszłość epoki przemysłowej. Przemiany cywilizacyjne ostatnich dziesięcioleci podważają i zmieniają wiele paradygmatów kształtujących ludzkie światopoglądy od trzech wieków, na których oparty jest panujący nam wciąż system oświatowy. Szkoła jako instytucja coraz gorzej pasuje do rzeczywistości społecznej, w której funkcjonuje. Trzeba ją więc na nowo przemyśleć, odpowiedzieć na pytania: czego powinna uczyć? W jaki sposób? A może w ogóle nie jest potrzebna?

PRZEMYSŁ SZKOLNY

W słynnej Trzeciej fali Alvin Toffler zauważa, że szkoła epoki nowoczesnej, czyli – według jego nomenklatury – cywilizacji drugiej fali, zorganizowana jest na modłę przemysłową. Nowatorzy i działacze społeczni – uważając, że fabryka jest najwcześniejszą formą przedsiębiorstwa produkcyjnego – chcieli zastosować te same zasady organizacyjne również do innych organizmów społecznych. Dlatego właśnie organizacje drugiej fali, a więc między innymi szkoły, szpitale, więzienia i urzędy państwowe, przyjęły tyle cech typowych dla fabryki – wśród nich podział pracy i obowiązków, taką samą hierarchiczną strukturę i taką samą zimną i nieczułą bezosobowość. Szkoły drugiej fali miały przede wszystkim przygotowywać młodych ludzi do przyszłej pracy w systemie industrialnym.

W szkołach nauczano czytania, pisania i liczenia oraz elementów wiedzy z różnych dyscyplin. Ale – pisze dalej Toffler – równolegle realizowany był „program ukryty”, obejmujący trzy przedmioty: punktualność, posłuszeństwo i umiejętność wykonywania rutynowej, powtarzalnej pracy. Zwraca też uwagę, iż ów okres przygotowania do dorosłości, czyli do zostania jednym z trybików (lub trybów) w maszynerii społeczeństwa przemysłowego, stopniowo się rozrastał. Wydłużał się rok szkolny, edukację zaczynano w coraz młodszym wieku, a także spędzano w szkole coraz więcej lat. Miało to związek z rosnącymi potrzebami coraz bardziej skomplikowanej, wyspecjalizowanej i zsynchronizowanej organizacji społeczeństwa. Przy tym ogromną rolę w funkcjonowaniu cywilizacji odgrywała niewidzialna ręka rynku. Także szkołę postrzegano w perspektywie merkantylnej. W nauczycielu widziano „producenta”, w uczniach „klientów”, proces nauczania jako „transakcję”. W nieco innym ujęciu szkoła jest „fabryką”, absolwent zaś jej produktem, którego wartość określa rynek (w szczególności rynek pracy). Ta kapitalistyczna wizja instytucji edukacyjnych wydaje się być u nas wciąż żywa.

Z moich obserwacji wynika, że choć podobno wchodzimy w cywilizację trzeciej fali nasza oświata funkcjonuje wedle reguł odchodzącej epoki nowoczesnej. System szkolny działa zgodnie z paradygmatami charakterystycznymi dla czasów masowej produkcji standardowych wyrobów. Jest sterowany sztywnymi procedurami, ustalonymi i nadzorowanymi przez hierarchię urzędników z ministrem na szczycie. Hasło „wszystkie dzieci są nasze” jest tu rozumiane jako obowiązkowe poddanie ich posłuszeństwu wobec systemu. Jednocześnie postępująca merkantylizacja coraz szerszych obszarów rzeczywistości społecznej sprawia, że idea edukacji coraz częściej jest rozumiana jako przygotowywanie młodych ludzi do zajęcia właściwego miejsca w ekonomicznej strukturze społeczeństwa, to znaczy, by byli oddanymi konsumentami.

RZEKA DZIECIŃSTWA

Wejście w system szkolny dość ściśle wiąże się z wyróżnieniem specjalnego okresu w życiu człowieka – szeroko pojmowanego dzieciństwa czy też dorastania. Wcześniej jest niemowlęctwo i wczesne dzieciństwo, później – dorosłość. Neil Postman spoglądając W stronę XVIII wieku uformowanie się pojęcia dzieciństwa (dorastania) dostrzega w epoce oświecenia. Wcześniej, do pewnego momentu, młodzi ludzie uważani byli za „uogólnione niemowlęta” i nie uczestniczyli w życiu społecznym, po czym (jeśli przeżyli – warto pamiętać o wysokiej śmiertelności wśród dzieci) wchodzili od razu w dojrzałość, ze wszystkimi konsekwencjami – zaczynali podlegać regułom życia dorosłych z ich obowiązkami, prawami i odpowiedzialnością.

Postman pisze, że już w koncepcjach oświeceniowych jednym z zasadniczych wyróżników dzielących „uogólnione niemowlęctwo” od dorosłości był stopień kompetencji językowej. W teorii człowieka rodzącego się jako tabula rasa okres dzieciństwa-dorastania, spędzany głównie na nauce, to czas zapisywania owej tabliczki, czyli nabywania umiejętności posługiwania się językiem w szerokim znaczeniu. Dotyczyło to przede wszystkim poznawania pisma jako medium utrwalania i komunikacji, a także innych elementów środowiska kulturowego, w którym dany człowiek funkcjonował.

Dalej zauważa Postman jeszcze jeden ważny aspekt zagadnienia: ów szczególny status człowieka dorastającego związany był z ograniczonym dostępem do informacji. Inaczej mówiąc, istniała sfera zagadnień „nie dla dzieci”, co uzasadniano potrzebą ochrony psychiki i wrażliwości młodego człowieka. Ograniczenia dotyczyły głównie spraw przygnębiających i strasznych, ale także „wstydliwych”, których dobre zrozumienie wymaga osiągnięcia pewnej dojrzałości zarówno fizycznej, jak emocjonalnej. W samym pojęciu dzieciństwa zawarte było zatem założenie, że środowisko informacyjne świata dzieci jest bardziej ograniczone niż świata dorosłych. W tym ujęciu kształcenie i wychowywanie młodego człowieka oznacza stopniowe wprowadzanie go w środowisko informacyjne dorosłych.

DOJRZEWANIE W KSIĄŻCE

Od czasów Gutenberga, a zdaniem niektórych już od wynalezienia pisma, najważniejszym i najpowszechniejszym sposobem przekazywania wiedzy, dziedzictwa kultury duchowej czy – jeszcze ogólniej – widzenia świata było słowo pisane, zwłaszcza książki. Będąc konkretnymi obiektami materialnymi, podlegającymi ograniczeniom przestrzeni i czasu, mogą być w miarę skutecznie chronione przed dostępem dzieci. Tym samym ich treść łatwo obłożyć wspomnianym wyżej „embargiem informacyjnym”. Zarazem to książka właśnie jest podstawowym narzędziem szkolnej edukacji. Dlatego tak ważną rolę odgrywa tu umiejętność czytania. Jej opanowanie umożliwia dalsze poznawanie świata oraz rozwijanie kompetencji kulturowych, w okresie dorastania prowadzone i nadzorowane głównie przez szkołę.

Umasowienie systemu oświaty spowodowało, że ludzie masowo zaczęli na co dzień obcować ze słowem pisanym. Pismo zaś, jak wszystkie technologie angażujące psychikę, wpływa na sposób ludzkiego myślenia. Czytanie tekstów sprzyja racjonalności i skłania do analitycznego odbioru informacji. Czytanie ze zrozumieniem oznacza podążanie za tokiem opowiadania lub rozumowania autora, co wymaga z jednej strony uruchomienia wyobraźni, z drugiej umiejętności wnioskowania i myślenia krytycznego. Chcąc pojąć treści zawarte w tekście, czytelnik musi stworzyć w swojej świadomości przekazywane w słowach obrazy świata lub zrekonstruować ciąg skojarzeń i związków logicznych między poszczególnymi stwierdzeniami. Obcowanie z książką sprzyja skupieniu i aktywizowaniu wewnętrznego świata myśli i wyobrażeń, pobudzanych przez odczytywane słowa. Jest czynnością o charakterze kontemplacyjnym i indywidualistycznym. Skłania do zachowania dyscypliny myśli.

Szkoła kształcąca czytelników, a tym samym ludzi myślących, dziedziczy po epoce oświecenia jej optymizm poznawczy oraz wiarę w potęgę ludzkiego umysłu i racjonalnego rozumowania. Takie nastawienie jest znakomicie skorelowane ze sposobem funkcjonowania społeczeństw w rozwiniętej epoce przemysłowej. Osiągnięcia naukowe i techniczne, coraz więcej odkryć i wynalazków w coraz krótszym czasie, zwłaszcza od drugiej połowy XIX wieku, były dla większości potwierdzeniem słuszności kształcenia przez książki i dla książek.

NOWE WIDZENIE

Od kilkudziesięciu lat w życiu cywilizowanych społeczeństw przekaz audiowizualny zaczyna dominować nad tekstowym, co nie pozostaje bez wpływu na kształtowanie świadomości odbiorców. Język filmu i telewizji odwołuje się silniej do emocji niż do myślenia analitycznego, krytycznego i racjonalnego. Wykorzystuje przy tym zdolność naszej psychiki do wypełniania luk między postrzeganymi obrazami tak, by układały się nam one w jakąś spójną (co niekoniecznie znaczy logiczną czy linearną) całość. Film tworzy złudzenie płynnego ruchu wykorzystując pewną bezwładność ludzkiego widzenia. Podobnie jest z narracją. Określone sekwencje scen wyzwalają u oglądającego nieuświadomioną reakcję w postaci odruchowego wypełniania przeskoków w opowieści tak, by w świadomości odbiorcy całość miała ciągłość i sens.

Telewizja przemawia do ciała, a nie do umysłu. Dlatego przełamuje nasze zdolności krytyczne – pisze Derrick de Kerckhove w Powłoce kultury. Przytacza przy tym wnioski z badań, mówiące, iż dzieci, które uczą się oglądać telewizję zanim nauczą się czytać, posługują się wzrokiem inaczej niż ludzie czytający. Nie analizują widzianych obrazów, lecz omiatają je krótkimi spojrzeniami, wystarczającymi do ogólnego zarejestrowania zawartości. Nie bardzo zresztą mogą inaczej. Charakterystyczna dla telewizji szybka narracja nie daje widzowi szans na refleksję. Ta bowiem wymaga pewnego „czasu relaksacji”, którego nie ma, bo oczom podawany jest już następny obraz. Reakcje na szybkozmienne ciągi obrazów (a także dźwięków) są bardziej emocjonalne niż rozsądkowe. Zjawisko to jest powszechnie wykorzystywane w metodach perswazji reklamowej. De Kerckhove nazywa to przeniesieniem przetwarzania informacji z naszych mózgów na ekrany.

„Dzieci telewizji” tę samą taktykę operowania wzrokiem przenoszą potem na czytanie, ale bez powodzenia. Czytanie wymaga bowiem sekwencyjnego rozpoznawania znaków i syntezowania z nich „mowy wewnętrznej”, a tego nie potrafią. Z dużym trudem przychodzi im nauczenie się płynnego czytania, jak również logicznego i krytycznego myślenia. Raczej nie będą czytelnikami książek w tradycyjnym rozumieniu. Jeśli już zechcą sięgnąć po coś wydrukowanego i oprawionego, wybiorą raczej komiks. Do tej sytuacji dostosowują się niektóre media drukowane. Obraz zaczyna w nich wypierać pismo, teksty przekazują jakieś informacje, czyli opisy faktów i zdarzeń, lub komentarze, mówiące odbiorcy co ma myśleć, a nie co powinien wiedzieć, żeby myśleć samemu. Do tego ostatniego bowiem czytelnik „wykształcony” na telewizji nie jest przygotowany. Takich jest wśród nas coraz więcej.

SZKOŁA DZIŚ ...

Do współczesnej szkoły, działającej na wzór przemysłowy i znakomicie dostosowanej do społeczeństwa ery industrialnej, przychodzą dziś owe „dzieci telewizji”, wobec których dotychczas stosowana pedagogika zawodzi. Dziś elektroniczne środki przekazu tworzą środowisko informacyjne jednakowe dla ludzi młodych i dla dorosłych. W tym sensie „instytucja” dzieciństwa zanika. Postman pyta, jak w tych warunkach możliwe jest kształcenie i wychowywanie dzieci i młodzieży. Czego może czterdziestolatek nauczyć dwunastolatka, jeżeli obaj oglądają te same programy telewizyjne, te same filmy, te same reklamy, te same wiadomości, słuchają tych samych płyt i otrzymują te same informacje, korzystając z Internetu? Sugeruje, że w tworzącym się społeczeństwie trzeciej fali dzieciństwo staje się kategorią ekonomiczną. Kultura ma bardzo niewiele do zaoferowania dzieciom poza tym, że chce uczynić z nich konsumentów. Dziecko to ktoś, kto ma pieniądze, by móc kupować rzeczy. Dorosły to ktoś, kto ma więcej pieniędzy, by kupować rzeczy.

W tych warunkach trudno się dziwić, że system oświaty przeżywa kryzys, a właściwie ulega rozpadowi. Nie zdają egzaminu metody nauczania oparte na książce i odpowiednim poszerzaniu infosfery młodego człowieka, dające pewną podstawową wiedzę i kształcące umiejętność racjonalnej analizy. Prof. Jacek Jadacki na łamach kwietniowej „Odry” powiada: u swoich słuchaczy nie mogę założyć żadnego wspólnego minimum wiedzy. Żadnego! Ubolewa też nad niską kulturą logiczną społeczeństwa. Z własnych doświadczeń mogę dodać, że słysząc zapowiedź, iż egzamin (z przedmiotu bardzo ścisłego) będzie wymagał znajomości podstawowych faktów, ale przede wszystkim rozumienia i logicznego myślenia, większość studentów wpadała w popłoch i nieomal przerażenie. A przecież umiejętności te powinni byli wynieść ze szkoły.

... I JUTRO

Toffler sugeruje, że w globalnej „elektronicznej wiosce” nauczanie w dzisiejszym rozumieniu może tracić na znaczeniu. Nawet umiejętność czytania i pisania nie będzie taka ważna, jako że technologia maszynowego rozpoznawania i syntezowania mowy wciąż czyni postępy. Komputery mogą pisać pod nasze dyktando. Zamiast „poczytaj mi mamo”, dziecko może dziś powiedzieć „poczytaj mi komputerze”, i maszyna to zrobi. W takiej perspektywie sama definicja analfabetyzmu wymaga przemyślenia na nowo – pisze Toffler.

Z kolei Postman rolę szkoły widzi w uczeniu, jak sobie radzić z nadmiarem atakującej nas zewsząd informacji (stwierdzeń o faktach) oraz jak budować wiedzę, czyli porządkować informacje, osadzać je w jakimś kontekście i wskazywać, jakich informacji szukać dalej, by pełniej rozumieć świat. Innymi słowy, chodzi o stawianie wobec zalewu docierających do nas informacji pytania „dlaczego”. Jedną z najważniejszych funkcji instytucji społecznych, m.in. szkół, jest pomaganie nam w rozróżnianiu, kiedy informacje są ważne, a kiedy nieprzydatne, społecznie akceptowalne lub obrazoburcze, zwyczajne lub niezwykłe, a nawet prawdziwe lub fałszywe. Następny krok na tej drodze to osiąganie mądrości, czyli zdolności rozróżniania, które dziedziny wiedzy są przydatne do rozwiązywania istotnych problemów.

W naszej praktyce nowoczesność w szkole jest dziś powszechnie rozumiana jako wyposażenie w sprzęt elektroniczny, komputery i – koniecznie! – podłączenie wszystkiego do Internetu. Tak jakby celem kształcenia było wystawienie dzieci i młodzieży na jeszcze silniejsze bombardowanie informacjami oraz towarzyszące mu utrwalanie bezrefleksyjnego odbioru. To z pewnością wygodne dla obu stron „szkolnej transakcji”. Zresztą, zaczyna się to już znacznie wcześniej – w żłobku i przedszkolu narzędziem pracy pedagogicznej jest wideo, telewizor i filmiki o pokemonach, przedzielone klipami reklamowymi, świetnie zapadającymi w chłonną pamięć dzieci. W szkole zaś często odgrywany jest spektakl pozorów – nauczyciele udają, że uczą, a uczniowie, że się uczą.

W czasach ponowoczesnych trzeba chyba myśleć po nowemu. Na przykład, jak przewidują specjaliści, w społeczeństwie trzeciej fali będzie dominować organizacja matrycowa czy też sieciowa, a nie hierarchiczna. Co wtedy z systemem oświatowym? Pewnie się rozpadnie. I co dalej? Może taniej wyjdzie za „oświatowe” publiczne pieniądze zafundować każdemu młodemu człowiekowi komputer i łącze internetowe plus krótki kurs posługiwania się myszką? Niech przynajmniej siedzi w domu, zamiast odreagowywać stres szkolny znęcając się nad młodszymi lub siejąc zniszczenie. Podstawy czytania, pisania i liczenia, potrzebne (czy aby na pewno?), by stać się dobrym konsumentem, można „załatwić” przez krótkie – półroczne, roczne – indywidualne, domowe korepetycje. Wszak zostanie nam armia ludzi bez broni – nauczycieli bez szkoły! A postulaty profesorów Jadackiego i Postmana, by uczyć myślenia i mądrości, znajdą być może zastosowanie w odniesieniu do elity – nowej, a nielicznej arystokracji rozumu, która będzie się zabawiać organizowaniem igrzysk dla infoproletariackich mas.
A może szkoła ma szansę przetrwać? Pierwej jednak muszą się pojawić jacyś współcześni następcy Komenskiego, Rousseau, Pestalozziego i Froebla, którzy „wynajdą” nowy jej kształt, pasujący do ponowoczesnego świata trzeciej fali.

pm@wroclaw.com

Komentarze