Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 5-6/2002

Zapach prochu
Poprzedni Następny

Sposób bycia

Marzeniem gospodarza jest urządzenie pokoju myśliwskiego, w którym mógłby wyeksponować trofea łowieckie 
ojca, swoje i żony.

Piotr Kieraciński

Fot. Piotr Kieraciński

Łowiectwo należy do tradycji rodzinnych prof. Macieja Nowaka. – W domu od zawsze czuć było zapach prochu – wspomina swoje dzieciństwo. Upłynęło ono pod znakiem polowań i połowów ryb, na które zabierał go ojciec, wakacji spędzanych blisko natury, w spartańskich warunkach, noclegów na sianie, nocy na zasadzkach. 

– Prawdziwy spokój znajduję dopiero w lesie. Najlepiej czuję się, kiedy siedzę w zasadzce, parę metrów nad ziemią, w absolutnej ciszy, wsłuchuję się w głosy zwierząt i ptaków, patrzę jak wychodzą z lasu sarny, dziki... – mówi. Te ostatnie są ulubionym przedmiotem łowów prof. Nowaka. W jego podkrakowskim domu obok kominka wisi spora kolekcja łowieckich trofeów – szabli dzika, tylko odyńców. Na kominku inne łowieckie atrybuty, m.in. stare rożki na proch. Marzeniem gospodarza jest rozbudowa domu i urządzenie pokoju myśliwskiego, w którym mógłby wyeksponować trofea łowieckie ojca, swoje i żony, która także zaraziła się bakcylem myślistwa oraz stare akcesoria łowieckie, które rodzina gromadzi od dawna.

SATYSFAKCJA PRZYCHODZI PÓŹNIEJ

Zawsze interesowało mnie, dlaczego myśliwi, zamiast polować na zwierzynę z ziemi, budowali wysokie ambony. – To nie tylko element wygody – odpowiada prof. Nowak – ale przede wszystkim względy bezpieczeństwa zadecydowały o takim sposobie umieszczania zasadzek, zwanych ambonami. Strzał odbywa się z góry na dół i ziemia stanowi naturalny kulochwyt. Pocisk na pewno nie zrykoszetuje i nie zrobi nikomu krzywdy, nie będzie leciał przez las. Wygoda polega natomiast głównie na poprawie widoczności oraz znakomitym ukryciu ze względu na tzw. wiatr, czyli możliwość wyczucia zapachu człowieka przez zwierzynę.

Prof. Nowak uprawia łowiectwo w wysokim stylu. Najbardziej ceni polowania indywidualne. – W mniejszym stopniu zaburza to przyrodę – mówi. Typowy okres polowania to parę letnich tygodni. – Najpierw staram się poznać las. W ciągu dnia śledzę tropy. Jeśli któryś mnie zainteresuje, próbuję zorientować się, co to za zwierzę. Staram się poznać jego zwyczaje i ścieżki – opowiada. Podchodzeniu zwierzyny towarzyszy „adrenalina”. W końcu dochodzi do strzału. – Moment, w którym zwierzyna pada w ogniu, nie jest przyjemny. Naturalnym uczuciem jest żal. Satysfakcja przychodzi później – mówi prof. Nowak.

Poluje kniejówką – strzelbą o jednej lufie gładkiej i jednej gwintowanej, która ma możliwość oddania tylko jednego strzału kulą. Po nim trzeba broń złamać i naładować ponownie. Typowym sztucerem można strzelić kilka razy bez konieczności ładowania broni. – Jest to jednak uważane za mniej szlachetne – komentuje prof. Nowak. Po ojcu odziedziczył też boka – strzelbę z dwoma lufami gładkimi, ułożonymi jedna nad drugą, kaliber 16, z firmy braci Merkel oraz sztucer Springfield 30-06. Rozmowy o broni i pokazywanie starej broni należą do rytuału łowieckiego. Słynne strzelby osiągają ceny porównywalne z cenami najwspanialszych samochodów. Zdobycie przez członka koła łowieckiego starej broni budzi podziw i zazdrość kolegów. Nie należy natomiast do dobrego tonu chwalenie się nowoczesną bronią.

SZTUKA, NIE UMIEJĘTNOŚĆ

W domu Nowaków uprawia się dwa rodzaje myślistwa. Pan domu poluje na grubego zwierza. Pani domu woli „pióro”, czyli polowanie na ptactwo. Służy do tego broń gładkolufowa. Pani Ewa Gudowska-Nowak poluje dubeltówką, którą otrzymała od teścia. To on – znany krakowski myśliwy – a nie mąż, zaraził ją pasją łowiecką. Zapaleni myśliwi uważają, że strzelanie z broni gładkolufowej jest szlachetniejsze niż strzelanie z broni gwintowanej. Z broni kulowej strzela się mierząc przez muszkę i szczerbinkę lub lunetę. Bezpieczniejsze, zwłaszcza na polowaniach zbiorowych, jest mierzenie przez muszkę i szczerbinkę, gdyż luneta bardzo ogranicza pole widzenia. Strzelanie z broni gładkolufowej to zupełnie inna sztuka. – Właśnie sztuka, a nie umiejętność – podkreśla prof. Nowak. Polega głównie na intuicji i doświadczeniu. Strzelba musi stanowić przedłużenie ramienia myśliwego.

Kiedy pytam o najważniejszą przygodę myśliwską, Maciej Nowak nie zastanawia się ani chwili. Była zima. Stał wówczas na linii obok żony. – Pomiędzy nas na wąską leśną przecinkę wybiegł stary, doświadczony odyniec. Żona strzeliła pierwsza ze swojej dubeltówki. Ja tuż po niej. Żona była przekonana, że to ona trafiła. Tymczasem to mój strzał był celny. Dzik upadł, ale po chwili wstał. Żona, która nie słyszała mojego wystrzału, bo padł w echu jej wystrzału, zaczęła wołać, żebym strzelał, gdyż w drugiej lufie miała tylko śrut. Tymczasem ja nie miałem już w strzelbie naboju. Dzik usłyszał wołanie i ruszył w jej stronę. Udało mi się szybko przeładować. Dobiegłem do dzika, zmierzyłem się i strzeliłem... Po raz pierwszy w życiu i, mam nadzieję, ostatni miałem niewypał. Byłem dwa metry od dzika i nasze oczy się spotkały. W tym momencie dzik padł. Niewypał wpadł w śnieg i zginął. Prof. Nowak do dziś nie wie, jak to się stało, że znakomita szwedzka amunicja, wyprodukowana przez koncern założony przez Alfreda Nobla, nie wypaliła. – Gdybym wysłał im ten niewypał z opisem historii, pewnie do końca życia miałbym świetną amunicję za darmo – żartuje.

Pytany o swój największy sukces łowiecki prof. Nowak odpowiada, że jeszcze nie nastąpił. Jego marzeniem jest zapolować na alaskańskiego łosia. Wiąże to marzenie z obrazem zapamiętanym z jakiejś dawnej wizyty w muzeum przyrodniczym, gdzie na eksponowanym miejscu stały wypchane, walczące alaskańskie łosie.

Prof. Maciej Nowak i dr hab. Ewa Gudowska-Nowak pracują w Instytucie Fizyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Komentarze