Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 5-6/2002

Pragnienie zrozumienia
Poprzedni Następny

Szkiełko w oku

Piotr M?ldner-Nieckowski

Fot. Stefan Ciechan

Pewna panienka postanowiła przeżyć coś kulturalnego mocniej niż zwykle i poszła z pewnym poetą do mieszkanka na poddaszu. Jakież było jej zdumienie, kiedy się zorientowała, że poeta zaczyna się do niej dobierać. Jak to, człowiek tak uduchowiony? A zachowuje się tak strasznie? Do gwałtu nie doszło, w ogóle do niczego nie doszło, panienkę musiał cucić lekarz pogotowia. Ale takie są skutki nieznajomości prawdy o ludziach, a zwłaszcza tajemnic sztuki. Nieznajomości opartej na szkolnych stereotypach. Minimalna wiedza o poezji, dodatkowo ograniczana niedobrymi praktykami nauczycieli języka polskiego, sprowadza się zwykle do założenia, że wiersz jest czymś górnolotnym i rymowanym. Jeśli taki nie jest, to znaczy, że nie jest wierszem. Konsekwencją takiego rozumienia poezji jest wyobrażenie „prawdziwego poety”, osobnika z głową w chmurach, posługującego się zestawem słów i metafor jednoznacznie sentymentalnych, z zakresu „kwiatek – motylek – niebo”. Osoba artysty też jest tak postrzegana. Jego zachowanie musi się mieścić gdzieś wśród słodkości, ulotności i nieskazitelności.

Że tak nie jest, że artysta wręcz nie może być aniołkiem, najlepiej świadczą biografie twórców wielkich i mniejszych. Niestety, biografie te z reguły są suche, mało wyraziste, nieliterackie i tylko ugruntowują błędne przekonania. Właściwie do niedawna nie spotkałem utworu, który by dobitnie przybliżał prawdę o psychologii twórczości. Opowiadanka o nędzy, dramatach i porażkach to za mało. Takie historie przeżywa każdy, nie tylko uczony, poeta czy malarz. Co więc jest u nich innego?
Część odpowiedzi kryje się w filmie „Chopin – pragnienie miłości”. Filmie, nie waham się tego powiedzieć, z licznych powodów wielkim. Początkowo sądziłem, że tego obrazu nie warto oglądać. Recenzje prasowe były złe albo prześmiewcze. W „Gazecie Wyborczej” przeczytałem: „[Jest to] uporządkowany chronologicznie zbiór scen z życia Fryderyka Chopina, ze szczególnym uwzględnieniem związku z francuską pisarką George Sand oraz jej dziećmi”. Pisano też w tytułach: „Chopin słabo idzie”, „Chopinowi nie wyszło”.

Przypadek sprawił, że jednak poszedłem na „Chopina”. Zdumiałem się, że podmiejska sala kinowa jest pełna. Od pierwszych scen ludzie wpatrywali się w ekran zafascynowani. Typową fabułę zastąpiła tu dramaturgia psychologiczna, niepozwalająca na uronienie najmniejszego szczegółu, i właśnie to było tak zaskakujące. Reżyser, zdając sobie sprawę z napięć przerastających wytrzymałość oglądających, przerywa czasem obraz (nie akcję) standardowymi przebitkami. Robi to trafnie i w odpowiednich momentach, podsycając zaciekawienie.

Widzowie zaczynają rozumieć, że wdarli się do najskrytszych tajemnic życia artysty, nie tylko wielkiego Fryderyka Chopina, ale w ogóle. Pojmują, jak bardzo egoistycznie musi być on nastawiony do przeznaczenia, żeby osiągnąć wyżyny w sztuce, i że to, co stanowi treść życia ludzi „zwykłych”, u niego jest ledwie szczątkowym, instynktownym dodatkiem. Jedni, Chopin właśnie, okaleczają samych siebie, inni, jak George Sand, próbują jednak z tym walczyć, poszukują surogatów tak zwanej normalności (tu: w macierzyństwie). Ale są skazani na twórczość, która ich zabija, a którą potem my śmiemy uważać za naszą własną, publiczną.

W filmie pokazany jest też nie mniej istotny wątek zderzenia z zawistnym światem zewnętrznym, wyrażony przez postawę Maurycego, syna George Sand. Motyw ten był osią słynnego dramatu „Amadeusz” Petera Shaffera, a potem filmu Miloąa Formana. Myślę, że Jerzy Antczak (wraz z Jadwigą Barańską), mimo nieporównanie mniejszych środków finansowych, powiedzieli o sztuce i jej twórcach nieporównanie więcej niż Forman. U Antczaka postaci bohaterów są równie pełnokrwiste i niesłychanie prawdziwe, po mistrzowsku podane przez Danutę Stenkę, Piotra Adamczyka; zresztą przez wszystkich, dzieci też. Gra aktorów ułatwia widzowi przebijanie się przez własną barierę psychologiczną. Bo widz, trzeba to podkreślić, jest wciąż pełen wątpliwości, z trudem przychodzi mu zaakceptować fakt, że widzi obraz prawdziwy, że poznaje rzeczywistość, o której dotąd miał mylne wyobrażenie, nieadekwatne i – co tu dużo mówić – pospolite. Doznaje bolesnego przeżycia. Stąd ten wyraz porażenia albo dezorientacji na twarzach ludzi wychodzących z kina? Problem widzów tkwi bowiem w tym, że nie odnajdują w tym filmie siebie. Nie są w stanie zidentyfikować się z bohaterami, bo są zupełnie inni. Mogą jedynie przyjąć do wiadomości, że czasem jest tak, jak przed chwilą się dowiedzieli.

Czy nie podobnie stało się z recenzentami? Czy nie znaleźli się w pułapce owej panienki, która głupio sądziła, że bliskość poety ją uduchowi? Sprawy głęboko ludzkie odeszły z kręgu zainteresowań tak daleko, że powołany do tego recenzent nie jest już w stanie ich odczuć.

Odnosi się wrażenie, że recenzje z filmu są na wskroś tendencyjne. Ku zaskoczeniu wszystkich powstał film wybitny, bodaj najlepszy w ostatnim polskim dziesięcioleciu, pozbawiony irytującej, pustej sensacyjności i gęsto ścielących się trupów, bez blichtru, a jednak przykuwający do fotela. Dzieło stworzył reżyser, któremu udało się w życiu, który zrobił karierę w Hollywood i który wyłamał się z polskiego piekiełka. Ale tego już za wiele! Zasłużył na baty, i to dotkliwe. Dlatego w gazetach czytamy, że „Chopin” to chronologicznie uporządkowany zbiór scen. Cóż za kłamstwo! Wielu zasugerowanych takimi recenzjami straci okazję, żeby zobaczyć rzecz naprawdę ożywczą.

e-mail: pmuldner@mp.pl

Komentarze