Strona główna

Archiwum z roku 2002

Spis treści numeru 5-6/2002

Do najdalszych planet
Poprzedni

Na marginesach nauki

Leszek Szaruga

Fot. Stefan Ciechan

 Najnowsze doniesienia prasowe przekonują, że astronomia amatorska może się obecnie rozwijać w tempie tak wielkim, iż penetracja kosmosu stanie się iście dziecinną zabawą. Sprzęt, jakim się dziś dysponuje, jest tani, precyzyjny i poręczny zarazem. Tylko miesiąc potrzebowali polscy uczeni do wyłowienia z głębin wszechświata niemal pół setki nowych planet czy obiektów planetopodobnych, a nawet, jak się zdaje, także czarnej dziury. Jednocześnie teleskop Hubble’a krążący wokół naszej ojczystej – a może i macierzystej – planety dostarcza coraz to nowe, wspaniałe i inspirujące wyobraźnię zdjęcia kosmicznych obiektów, wśród których, jak na razie, największe wrażenie sprawiają na mnie zaprezentowane na łamach „Polityki” twory nazwane „kosmicznymi kijankami”. Czytam o nich: „Te obiekty są prawdopodobnie rezultatem ostatniego tchnienia umierającej gwiazdy. W mgławicy planetarnej Helix, położonej 450 lat świetlnych od Ziemi, znaleziono ich tysiące. I choć wyglądają niepozornie, każda taka gazowa głowa jest co najmniej dwukrotnie większa od naszego Układu Słonecznego, a jej ogon rozciąga się na 150 mld kilometrów – tysiąckrotnie dalej niż odległość dzieląca Ziemię od Słońca”. Cóż – to w końcu nie tak daleko, raptem 450 lat świetlnych... Hubble sięga bez trudu jeszcze dalej, o czym świadczy zdjęcie będącej zaczątkiem gwiazd chmury pyłowej oddalonej o 5900 lat świetlnych, noszącej nazwę „globule Thackereya”. Pomyśleć: to, co widzimy na tej fotografii, działo się przed powstaniem chińskiej cywilizacji.
Zabawne przy tym jest odczytywanie owych dziennikarskich opisów: „ostatnie tchnienie”, „umierająca gwiazda” – uczłowieczamy kosmos chyba ponad konieczność. Swoją drogą, interesujące byłoby wskazanie organu, za pomocą którego gwiazda „tchnie”. Jak tak dalej pójdzie, trzeba będzie się zacząć na nowo zamartwiać definicją życia. Ale, oczywiście, język dziennikarski ma swoje prawa i nie musi być językiem ścisłym. Zresztą nauki, też ścisłe, wymyślają terminy, które laikom mogą się dziwnie kojarzyć – „struny wszechświata”, „czarne dziury” – i narobić sporo zamętu. No bo jeśli już rzeczywiście „struny wszechświata”, to może i prawdą jest to, co czytamy jeszcze w średniowiecznych traktatach o „muzyce sfer”? Cóż – to akurat musi być prawdą. Muzyka sfer, choć to zjawisko raczej z zakresu języka poetyckiego niż eleganckich sformułowań matematycznych, jest z całą pewnością bardziej realna niż tymczasowa – jak zawsze – hipoteza powołująca do bytowania owe struny wszechświata. I tu widać wyraźnie przewagę języka poetyckiego nad naukowym: to, co zostało raz powiedziane, staje się obowiązujące na zawsze, podczas gdy wiele wypowiedzi mających dziś status naukowej prawdy przemienia się z czasem w sformułowania historyczne, dziś już nieaktualne. W poezji nie ma hipotez, są same ustalenia, w nauce natomiast każde ustalenie jest tylko hipotezą.

W humanistyce ta zasada od dawna jest oczywistością, natomiast w naukach ścisłych czy przyrodniczych szczególnie ci wszyscy, którzy dopiero zaczynają je zgłębiać, skłonni są uważać, iż docierają do prawd niepodważalnych i sprawdzalnych. Wystarczy jednak rzut oka na dzieje nauki, by się przekonać, że to, co wydawało się niegdyś prawdą niepodważalną, dziś jest nieledwie poetycką wizją (jako taka zresztą pozostaje w skarbnicy ludzkiej wiedzy). Przemija postać świata – niby to oczywiste, a przecież wciąż jesteśmy skłonni dowierzać naszym zawodnym zmysłom i zdrowemu rozsądkowi, w czym zresztą nic nierozumnego nie ma i w gruncie rzeczy nie przeczymy faktom, gdy wierzymy w to, iż Słońce – co przecież widać – okrąża Ziemię i że nasza planeta znajduje się w centrum wszechświata. Jest w końcu, z pewnego punktu widzenia, takim właśnie środkiem, ostatecznym punktem odniesienia. I pozostanie. Nie dowierzając zaś zmysłom i podając nieustannie ich zdolność rozpoznawania rzeczywistości w wątpliwość łacnie możemy w ten sposób doprowadzić do powstania sytuacji zagrażającej naszemu życiu. Przemija więc owa postać świata, ale jednocześnie okazuje się z pewnego punktu widzenia nieprzemijalna. Z czego wniosek dość banalny, choć chyba na co dzień nie przez wszystkich akceptowany: nasze poznanie jest całością naszej wiedzy – także tej minionej, uważanej za „przezwyciężoną” czy tylko historyczną. To prawda, że wciąż dokonujemy przewartościowań i że nowe metodologie oraz rozwijające się możliwości techniczne sprawiają, iż dzisiejszy obraz świata znacznie się różni od tego, jaki się nam objawiał przed stu laty i różnić się będzie od tego, który ukształtujemy sobie w ciągu następnego wieku. Ale zawsze będzie to człowieczy obraz świata. Nawet wówczas bowiem, gdy rekonstruujemy sposób widzenia ryb lub owadów, w ostateczności to przecież my ten sposób widzenia rekonstruujemy i to my się nim świadomie dla jakichś nam wiadomych celów posługujemy – rybom i owadom nic do tego.

W przestrzeni naszego istnienia wykrywamy coraz to nowe przestrzenie w niej zawarte. Patrząc po ludzku okiem ryby czy przenikając mikroskopami w mikroświaty albo sięgając za pomocą teleskopu Hubble’a w makrokosmiczne wymiary wciąż pozostajemy – zmieniając się i nie zmieniając jednocześnie – sobą. Jest w tym jakaś paradoksalna zasada ludzkiej egzystencji, której wyjaśnienie nie wydaje się na szczęście możliwe. Ta zasada to znak tajemnicy. Tajemnicą jest bowiem sens tych wszystkich od tysiącleci podejmowanych przedsięwzięć poznawczych, które wobec nieuniknionej śmierci każdego z nas wydawać by się mogły zatrudnieniami błahymi. I choć prof. Religa ogłosił ostatnio w jednym z wywiadów, iż wierzy w osiągnięcie przez człowieka nieśmiertelności, to przecież i on nie powiedział, czym by to być miało. skoro nawet, jak donoszą inni uczeni, wszechświat nieśmiertelny nie jest, to przed śmiercią nie uchroni nas również ucieczka na żadną z tych pół setki odkrytych właśnie przez polskich astronomów planet.

Komentarze