|
|
Okolice naukiOgraniczanie nakładów na promocję osiągnięć nauki Wiktor Niedzicki Dlaczego amerykańskie uczelnie wydają lśniące foldery i realizują kosztowne filmy? Skąd biorą pieniądze giganci nauki? Te pytania tylko pozornie dotyczą różnych dziedzin. W rzeczywistości to dwie strony jednego medalu. Brak pieniędzy na naukę wymusza oszczędności. Dyrekcje instytutów i laboratoriów zmniejszają zatrudnienie, ograniczają środki na badania, aparaturę, obsługę biurową i wyjazdy. Oczywiście, w tej sytuacji likwidowane są także wydatki reprezentacyjne oraz nakłady na promocję osiągnięć. Tu można dodać maleńkie „niestety”. Niestety, takie postępowanie przeważa, mimo że w konsekwencji prowadzi do katastrofy. NIELICZNI SOJUSZNICYOd lat powtarzam, że nauka wymaga promocji i reklamy. Osiągnięcia uczonych są bowiem takim samym towarem, jak jogurty i pampersy. Bez reklamy nie odniosą rynkowego sukcesu. Nauka potrzebuje pieniędzy. Te pieniądze mogą uczonym dać politycy, przedsiębiorcy i bankierzy. Mogą je przyznać organizacje międzynarodowe i zagraniczne fundacje. Dadzą tylko ci, którzy zostali przekonani o korzyściach, jakie dają polskie badania naukowe. Im więcej przekonanych, tym więcej pieniędzy dla instytutów i laboratoriów. Już dziś widać, że polska nauka ma niewielu sojuszników. Od wielu lat nikt nie próbował ich zjednać. Czy warto? W bogatych Stanach Zjednoczonych uniwersytety i ośrodki naukowe zapraszają kongresmanów i senatorów. Organizują dla nich pokazy, wycieczki i odpowiednie prezentacje. Specjalnie dla polityków przygotowywane są wykłady i imprezy o charakterze popularnonaukowym. Właściwe, atrakcyjne publikacje mają przybliżyć decydentom trudną tematykę. Szczególnie przed debatami decydującymi o finansach wkłada się wiele energii w promowanie osiągnięć. I nic dziwnego. W krajach, gdzie takie działania prowadzone są od lat, nakłady na naukę są wielokrotnie (także w procentach PKB) wyższe niż w Polsce. Niestety, u nas nadal nikt nie chce zauważyć związku między reklamą i promocją nauki a jej sytuacją finansową. Handlowcy i producenci, którzy również nie zauważyli takiej zależności, już nie istnieją. Nasz socjalistyczny w swej istocie system finansowania nauki na razie chroni tych, którzy wierzą, że nauka nie jest towarem i nie wymaga reklamy. Ciekawe, jak długo jeszcze? WYSPECJALIZOWANE FIRMYJak wiadomo, na świecie spora część środków na naukę pochodzi spoza budżetów państw. Firmy niepaństwowe i fundacje przeznaczają na badania spore sumy. Aby decydentów skłonić do wydania tych pieniędzy, trzeba reklamy. Oczywiście, tej reklamy ani promocji nie zrobią sami naukowcy. Dziś jest to już osobna gałąź wiedzy i pewien zasób umiejętności. Na świecie wynajmuje się w tym celu specjalistyczne firmy. W porozumieniu z uczonymi opracowują one strategię, wymyślają hasła, przygotowują foldery i filmy. To również osobny, specjalistyczny rynek. Takie firmy istnieją także w Polsce, choć, jak na razie, zainteresowanie ich usługami jest skromne. Nie każdy człowiek jest złotousty. Po to, by naukowcy dobrze wypadali w mediach i w czasie wystąpień publicznych, konieczne są tzw. szkolenia medialne. Takie szkolenia prowadzą również w kraju wyspecjalizowane firmy. Służą one pomocą największym koncernom zagranicznym działającym na polskim rynku, a także polskim spółkom giełdowym. Niestety, naukowcy korzystają z ich usług niezwykle rzadko. W amerykańskich uczelniach istnieją specjalne działy, które pomagają w wyborze firm promujących naukę i współpracują z uczonymi w przygotowywaniu materiałów na temat najciekawszych osiągnięć. Wyspecjalizowani pracownicy tych działów przygotowują wizyty ekip telewizyjnych i dziennikarzy prasowych, zabiegają też aktywnie o pojawianie się odpowiednich materiałów w mediach. W Polsce jest to wciąż jeszcze zjawisko dość rzadkie, a na działalność niektórych tzw. rzeczników prasowych lepiej spuścić zasłonę miłosierdzia. Jeszcze inne firmy zajmują się na świecie lobbingiem, czyli przekonywaniem polityków do odpowiednich rozwiązań prawnych lub budżetowych. To od nich zależy powodzenie wielu ważnych projektów naukowych. Są wreszcie specjaliści zajmujący się (za wysoką opłatą) zbieraniem środków finansowych na konkretny projekt, uczelnię, instytut. Ich wynagrodzenie liczone jest w setkach tysięcy i milionach dolarów, ale zbierają nierzadko dziesiątki milionów. Jak zatem widać, nakłady są duże, ale zyski znacznie większe. Większość tych usług jest już dostępna w kraju. W wielu przypadkach zatrudnienie odpowiednich fachowców zmniejszyłoby „ból głowy” szefów instytutów i przyniosłoby konkretne wyniki finansowe. Zupełnie inną sferą są usługi specjalistów od wystaw, widowisk, imprez masowych oraz realizacji modeli ilustrujących osiągnięcia nauki. I w tej dziedzinie zainteresowanie instytutów i instytucji jest bardzo skromne. Najchętniej powierza się takie usługi krewnym i znajomym, co nie zawsze owocuje dobrymi rezultatami. Mieliśmy liczne tego przykłady w ostatnich latach. Zamiast Polski nowoczesnej promowaliśmy za bardzo ciężkie pieniądze Polskę puszcz i zabytków. Z przytoczonych przykładów wynika wyraźnie, że są możliwości. Pozostaje tylko tytułowe pytanie, „czy warto”? Moim zdaniem, doświadczenia zagraniczne dowodzą tego, że każda złotówka, euro czy dolar wydany na propagowanie osiągnięć nauki może przynieść ogromne korzyści. Ograniczanie nakładów na promocję osiągnięć nauki to prosta droga do finansowej zapaści. |
|
|