|
|
EsejŚmiech jest odprężający. Ale odprężony łuk nie wypuści strzały. Piotr Skórzyński Emocje są bezpośrednim wyrazem ducha danej osoby. Siłę ducha jednostki da się zmierzyć intensywnością jej uczuć, wielkość jej ducha – ich głębokością, a swobodę ducha ich spokojem. Aleksander Loewen, który napisał te słowa, nie miał aspiracji filozoficznych. Zawarł w nich tylko swoją refleksję o półwieczu swej lekarskiej praktyki. Ale ich konsekwencje są filozoficzne. Mówią mianowicie, że istnieje coś, co najlepiej określić po prostu jako ducha danej osoby i że mierzy się on głębokością i spokojem emocji, jakie ona odczuwa. Nie ma tu – podobnie jak u Pecka – żadnego odniesienia do charakteru tych uczuć ani okoliczności, w jakich są doznawane i wyrażane. Każde uczucie jest lepsze od każdego braku uczuć. Jest to stwierdzenie głęboko antydarwinowskie. To oczywiste bowiem, że szczerość w niektórych sytuacjach może nam nie tylko zwichnąć karierę, ale – w drastycznych wypadkach – zrujnować całą materialną podstawę życia. Szczerość jest pożerającym ogniem, którego się lękamy, napisał poeta Christian Hebbel. Ile rodzin, ile związków przetrzymałoby pełną, bezustanną szczerość wszystkich, którzy biorą w nich udział? A jednak najwybitniejsi psychiatrzy mówią nam, że zawsze lepiej jest wyrazić swoje uczucia niż je dławić. Co więcej: że dziecko znosi lepiej jakiekolwiek, a więc także gniewne emocje dorosłych niż ich brak. Naturalnie, dla materialisty to stwierdzenie jest absurdem. Nastolatek bity i wyzywany może uznać w końcu za lepsze wyjście ucieczkę z domu. Znamy wszystkie złe i bardzo złe zdarzenia, jakie mogą go wtedy spotkać. Jeżeli chce być bezpieczny i przetrwać do chwili, gdy zdobycie zawodu lub zwykłej pracy pozwoli mu na samodzielne życie, lepiej będzie dla niego, jeśli zaciśnie zęby. Tak samo jest z poniewieraną żoną czy zdradzanym przez młodą małżonkę mężem, którego czeka samotna starość w wynajętych pokojach (dzięki sprytnie przeprowadzonej przez nią rozprawie rozwodowej). Ale Loewen, Peck i setki pisarzy twierdzą, że przetrwanie nie jest najważniejsze. Najważniejsza jest odwaga ujawniania swoich uczuć i myśli, za każdą cenę. A więc także za cenę śmierci. Albowiem, z punktu widzenia psychologii, do terapeutów przychodzą zwykle ludzie wewnętrznie martwi. Czytamy u Loewena: Strach oddziałuje paraliżująco na ducha. Poprzez ściągnięcie mięśni powoduje, że ciało zastyga. Gdy stan ten trwa dłużej, ciało drętwieje i jednostka przestaje odczuwać lęk. W takim właśnie stanie większość ludzi zgłasza się na terapię. Są przygnębieni, ale nie przestraszeni – nie są nawet smutni. Zadanie terapeuty polega wówczas na skontaktowaniu pacjenta z jego strachem: musi on sprawić by pacjent poczuł napięcia w swoim ciele. Gdy będzie próbował rozruszać zaciśnięte miejsca, poczuje strach. (...) Gdy fizyczne napięcie spowodowane strachem jest chroniczne, można je rozładować jedynie przez odwrócenie kierunku przepływu energii – to znaczy, gdy zamieni się je w gniew. OCZY SZEROKO OTWARTEKarl Jaspers, który w III Rzeszy żył na wewnętrznej emigracji, przez wszystkie lata wojny codziennie spodziewał się widoku gestapowców zabierających jego żonę Żydówkę. Esej O tragizmie zawiera więc nie tylko jego myśli, ale także doświadczenia. Pisze w nim: Tragiczność... objawia się w bezwarunkowej woli prawdy jako najgłębsza sprzeczność w łonie tego, co istnieje. Tragedia powstaje wtedy, gdy zderzają się w sercu człowieka dwa impulsy: wola prawdy i pragnienie bezpieczeństwa. Bezpieczniej jest bowiem – w sytuacji quasi-niewoli – nie wiedzieć, nie pamiętać, nie rozmyślać. Wtedy mamy szansę, że nie narazimy się ludziom, którzy mają nad nami władzę. Ale wolność możemy zyskać tylko dzięki prawdzie. Terapeuta, żeby odblokować uczucia pacjenta, musi skłonić go, by spojrzał w twarz swojemu nieszczęściu. By przyznał sam przed sobą, że jego rodzice nie kochali go, że jego związki uczuciowe były nieudane, że jego małżeństwo było pomyłką i że jego aspiracje życiowe pozostały niespełnione. Że jego bezustanna ucieczka od samotności nie powiodła się. Na planie kultury ludzkiej myśl tragiczną wyznaczają trzy nazwiska: Kierkegaarda, Schopenhauera i Camusa. Ich doświadczenie i reakcja na nie jest, w swojej najgłębszej osnowie, gnostycka. Siłę, która organizuje nasz doczesny, materialny świat – Boga albo „bogów” – postrzegają jako okrutną lub obojętną na ludzkie cierpienia. Ateizm – u Kierkegaarda jeszcze w zarodku – jest jedynym możliwym wnioskiem. 23-letni Albert Camus zapisuje w swoich notatkach (odnalezionych po jego śmierci): Jeśli rozpacz jest bez złudzeń, trzeba postępować, jakby się miało nadzieję – albo się zabić. Cierpienie nie daje żadnych praw. Intelektualista? Tak. I nie zapierać się nigdy. Intelektualista to ten, który się rozdwaja. To mi się podoba. (...) Wolę mieć oczy otwarte. Wielcy twórcy są w stanie stanąć na brzegu otchłani i nie spaść. Ale zwyczajny człowiek potrzebuje ręki, której może się uchwycić. Drugiego człowieka albo Boga. Żeby bowiem przeżyć swoje życie w pełni, do końca – trzeba męstwa. Trzeba przyjąć ryzyko samotności; nie mówiąc już o wszelkich możliwych konsekwencjach, które stają przed każdym nonkonformistą. PROSTYTUTKA I KLOWNTrzeba to powtarzać: chodzi o to, czego większość ludzi boi się najbardziej, to znaczy o gotowość samotności. Jest to stan, który dawniej był znany tylko niewielu ludziom. Kiedy porównamy nasze życie z życiem człowieka średniowiecza, musimy przyznać, że pod wieloma względami było ono łatwiejsze od naszego. Wyznaczone przez rolę społeczną i religię, nie dawało mu ani okazji, ani konieczności wyboru, zarówno w wielkich, jak i codziennych sprawach. Współczesny wykształcony mieszkaniec wielkiego miasta otrzymuje prawdopodobnie więcej informacji każdego dnia niż człowiek średniowiecza w ciągu całego życia. Stąd też renesansowemu humanizmowi towarzyszyło tak wielkie okrucieństwo – jest to skutek szoku, kiedy odkrycia Kolumba i Kopernika podważyły tysiącletnie pewniki. Tak bowiem przejawić się może zagubienie ludzi, którzy doszli do wniosku, że ich życiem rządzi naga przemoc. Taki też był – na wielkich obszarach globu – wiek XX. Konformizm był często kwestią fizycznego przeżycia. Jednocześnie w miarę rozluźniania się więzi rodzinnych, a przede wszystkim zmierzchu autorytetu ojca w drugiej połowie stulecia, młody człowiek coraz częściej szukał swojej tożsamości i oparcia w małej grupie, zwykle rówieśniczej. Najczęstszym dzisiaj powodem załamania i odwiedzin u psychoterapeuty jest wśród młodzieży odrzucenie przez grupę. Jednak każdy może zyskać swoje w niej miejsce, jeśli zgodzi się pełnić funkcję odrzucaną przez innych. W wypadku dziewczyny jest to zwykle funkcja seksualna, w wypadku chłopaka oznacza zwykle klowna. Prostytutkom (bo seks za akceptację jest formą prostytucji) i klownom rzadko jednak układa się życie rodzinne. Wśród tych pierwszych najwięcej też można spotkać psychopatek; „syn kurwy” to odruchowe przekleństwo we wszystkich językach, wyrosłe z wieków doświadczeń. Klownowi natomiast trudno liczyć na osiągnięcie autorytetu ojcowskiego. Nie chodzi tu o rzadki zawód artysty cyrkowego, ale o postawę życiową. mężczyzna, który chroniąc się przed bólem i odpowiedzialnością, nauczył się żartować z siebie i swoich niepowodzeń, szybko straci szacunek żony i nigdy go nie zyska w oczach dzieci. To człowiek „niepoważny”. Może być ceniony towarzysko, ale dla domowników jest żałosny. RECHOT ODWIECZNEGO WROGANie należy oczywiście postawy klowna mylić z poczuciem humoru. Ale opierać na nim własne życie, to tak, jakby chcieć wygrać bitwę za pomocą tarczy. Humor służy do rozładowania napięcia, ale wszystkie najważniejsze sprawy w życiu są właśnie napełnione napięciem i oznaką dojrzałości jest to, iż umiemy je znieść. Ktoś, kto żartuje ze swojego zawodu czy związku erotycznego, jest błaznem w potocznym znaczeniu tego słowa. Kiedy szyderca prześwietla historię lub kulturę, czyni to zawsze z freudowskiego punktu widzenia. Nieprześcignionym przykładem jest tu historia Kościoła naszkicowana przez Emmanuela Roidisa w jego fantastycznej biografii legendarnej papieżycy Joanny. Wszystkie ostre jak brzytwa drwiny sprowadzają się po prostu do wykazania zwierzęcości człowieka, zaś jako motto mógłby umieścić cytowany przez siebie bon mot Chamforta: miłość to zetknięcie się dwóch naskórków. Ale człowiek jako zwierzę z pretensjami może być konceptem zabawnym tylko dla hipotetycznych kosmitów, niezdolnych do empatii z naszym gatunkiem... albo dla diabła. Kiedy więc bohater książki pyta w miłosnej rozpaczy, po co właściwie się rodził, to jest to w istocie pytanie, jakie Roidis kieruje pod adresem wszystkich ludzi, a więc i siebie. I skoro brak odpowiedzi próbuje pokryć śmiechem, to słyszymy w nim rechot odwiecznego Wroga Człowieka. Pisał o tym Henri Bergson w swoim studium o śmiechu: Zdaje się, że komizm uderza nas jedynie wtedy, gdy trafia na spokojną, nieporuszoną powierzchnię duszy. Obojętność jest przyrodzonym mu środowiskiem. Zaś największym wrogiem śmiechu jest wzruszenie. (...) W społeczności czystych intelektów najprawdopodobniej już by nie płakano, lecz może jeszcze dałoby się usłyszeć śmiech – natomiast dusze zatopione w zmysłowości, dostrojone do wielogłosu życia, gdzie każde zdarzenie jest zwielokrotnione współbrzmieniem uczucia, po prostu nie znałyby ani nie rozumiały śmiechu. Spróbujmy na chwilę przejąć się żywo tym wszystkim, co się wkoło nas mówi i dzieje, współdziałajmy w wyobraźni z tymi, co działają, współczujmy z tymi, co czują, pozwólmy naszej sympatii zatoczyć krąg jak najszerszy. A wówczas, jak pod dotknięciem czarodziejskiej różdżki, najbłahsze rzeczy nabiorą wagi i wszystko powlecze się surowym kolorytem. Spróbujmy wyłączyć się teraz i spojrzeć na życie jak na widowisko – ileż dramatów przemieni się wtedy w komedię! (...) Cała powaga życia wypływa z naszej wolności. Uczucia, których dojrzewaniem pokierowaliśmy, namiętności, których wylęganiu dopomagaliśmy walnie, czyny, nad którymi zastanawialiśmy się długo i od których zdołaliśmy się powstrzymać albo któreśmy spełnili, to wszystko wreszcie, co od nas pochodzi i co do nas przynależy – tylko to nadaje życiu ton poważny, niekiedy zaś nawet tragiczny. Czego trzeba, żeby to wszystko przekształcić w komedię? Trzeba sobie wyobrazić, że pozorna wolność skrywa pod sobą grę sznurków i że na tym padole wszyscy jesteśmy, jak mówi Sully Proudhomme... uniżonymi marionetkami, których nić jest w rękach Konieczności. Jest to, jak widać, dobre wytłumaczenie jałowości dzisiejszej „ambitnej” literatury. Materializm zakłada determinizm, który implikuje pozorność wolnej woli. Wszystkie czyny człowieka są tylko odgrywaniem scenariusza napisanego przez innych. Jesteśmy kukiełkami, które mogą jedynie śmiać się ze złudzeń własnych i cudzych. Najlepiej tę postawę prezentuje twórczość Milana Kundery i jego zaciekły atak na samo pojęcie tragedii. Nie ma bowiem na nią miejsca w świecie postmodernistycznym – bo nie ma w nim miejsca na uczucia. Kundera doprowadza materializm do ostatecznych konsekwencji, w jego świecie nie ma miejsca na nic poza hedonizmem. Dlatego też trudno się oprzeć – przy całej jego intelektualnej wirtuozerii – przytłaczającemu uczuciu powierzchowności i bezsensowności jego obrazu życia. Dlatego też trudno oprzeć się przy lekturze jego książek refleksji Baudelaire’a: Śmiech jest sataniczny. ENERGIA PRZEMIANYWłaśnie do tego prostego, a w rzeczywistości prostackiego światopoglądu odniósł się Chesterton: Zdrowy człowiek zdaje sobie sprawę, że jest w nim coś ze zwierzęcia, coś z diabła, coś ze świętego i coś z przykładnego obywatela. A nawet więcej: zdrowy człowiek zdaje sobie sprawę, że jest w nim coś z szaleńca. Materialista natomiast uznaje świat za skończony i prosty... Właśnie dlatego, jak sądzę, Oscar Wilde wyznał kiedyś: Humor to tylko grzeczna forma rozpaczy. Louise Hay podkreśla, że autoafirmacja musi być poważna. Inaczej nie ma szans, iż wyzwolimy w sobie energię – napięcie – zdolną do przemiany naszej osobowości: Nasz podświadomy umysł nie rozróżnia prawdy od fałszu i dobra od zła. Nie należy więc w żaden sposób występować przeciwko samemu sobie. Nie powinniśmy mówić niczego w rodzaju: „Och, jaki ze mnie stary głupiec”, gdyż podświadomie umysł podchwyci nasz wewnętrzny dialog i po chwili zaczniemy czuć się stosownie do wypowiedzianych słów. Jeżeli tego typu stwierdzenie będziesz powtarzał często, stanie się ono w twojej podświadomości przekonaniem. Podświadomy umysł nie ma poczucia humoru i bardzo ważne jest uświadomienie sobie tego faktu. Nie można żartować sobie na własny temat i uważać, że nie ma to żadnego znaczenia. Gdy chcemy być mili i zabawni, i mówimy coś, co nas ośmiesza, podświadomy umysł bierze to za prawdę. Na prowadzonych przeze mnie ćwiczeniach nie pozwalam opowiadać ośmieszających kogokolwiek dowcipów. Filozof szwajcarski F. Amiel sformułował to ostrzej: Zbytnio gardząc sobą, stajemy się godni naszej pogardy.
|
|
|