|
|
Zmarli są wśród nas
Przy okazji owej wędrówki w czasie dane jest nam też poznać trwający dokładnie 70 dni proces mumifikacji w Egipcie. W tej kulturze wiara w życie pozagrobowe przeplatała się z cyklicznością natury. Wbrew pozorom życie nie trwa wcale tak krótko, a mumie zacierają płynną granicę między bytem doczesnym a śmiercią. W Ameryce Południowej ciała przodków pośredniczyły np. między światem realnym a nadprzyrodzonym, wspomagając żywych w razie nieszczęść, takich jak klęski żywiołowe czy śmierć przywódcy. Reid docieka, jak to możliwe, że kultury oddalone od siebie o setki, tysiące kilometrów mogły być jednocześnie tak sobie pokrewne. I właśnie dzięki temu książka jest pasjonującą podróżą w zakamarki przeszłości. Podróżą, w czasie której poznajemy świat odległy, a zarazem tak bliski. Reid uświadamia nam, jak pogłębiając wiedzę o przodkach możemy wiele dowiedzieć się o nas samych, podróżując wraz z nim po piaskach Sahary, śnieżnej Syberii, pustyni Takla Makan w Chinach, przez bagna Manchesteru aż po peruwiańskie Andy. Dla Reida zmumifikowane ciało jest źródłem nieskończonej wiedzy. Same ciała mówią o tym, kim byli ci ludzie, jak się ubierali, co jedli, a nawet jak zginęli. Lecz aby stwierdzić dlaczego zginęli, musimy powrócić do świata żywych, do społeczeństw, które ich wychowały i wykarmiły, a potem zabiły. Nie ma w tej deklaracji ani krzty przesady. Na zasadzie analogii do współczesności autor przybliża nam życie starożytnych. A że czyni to nader skrupulatnie, krok po kroku prowadząc nas do konkretnych wniosków, a przy tym dokładając niezwykłej staranności w opisie swych podróży i rysowania w wyobraźni czytelnika miejsca, w którym się znajduje, można poczuć się jak na nietypowej lekcji historii, połączonej trochę z archeologią, socjologią i religioznawstwem. Reid to prawdziwy pasjonat i stale to udowadnia. Nie pozwala, wręcz zabrania, by szczątki ludzkich istot traktowano inaczej niż z wielkim pietyzmem i czcią. Mumie, choć nieme i zabandażowane, stanowią część dziedzictwa ludzkości. To dary przeszłości dla nas i przyszłych pokoleń. Dopiero zaczynamy uświadamiać sobie nadzwyczajne bogactwo informacji w nich zawarte – pisze. A swoje wywody kończy skłaniającym do refleksji hasłem: W życiu jest śmierć, a w śmierci życie. Wielu z naszych przodków dawno temu zdało sobie sprawę, że te dwie siły głęboko wiążą się ze sobą. Czy my już mamy tego świadomość? (mak) Howard Reid, W poszukiwaniu nieśmiertelnych. Mumie, śmierć i wiara w życie pozagrobowe, przeł. Joanna Aksamit, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2002.
Życie w smogu (informacyjnym)
Ponad 50 niedługich rozdziałów można – jak podkreśla autor we wprowadzeniu – czytać w dowolnej kolejności, co sugerowałoby „encyklopedyczny”, choć z założenia popularny charakter książki. Lektura tradycyjna, czyli po kolei, pokazuje jednak, że nie tylko można, lecz należy ją czytać w sposób losowy. Ma bowiem wiele cech internetowego hipertekstu. Liczne są w niej odniesienia do innych rozdziałów, ale wielokrotnie te pisane w czasie przyszłym odnoszą się do fragmentów wcześniejszych (w układzie książki) i odwrotnie, co nasuwa przypuszczenie, że układ treści jest dość przypadkowy. Autor stara się pisać językiem w miarę zrozumiałym, żywym, z wyraźnym zacięciem publicystycznym. Jednak trafiają się i takie passusy: transformacja aktualnego społeczeństwa postindustrialnego w kierunku pełnego społeczeństwa informacyjnego przyszłości będzie miała charakter bifurkacyjny, zrywający (mimo zachowania warunków ciągłości w sensie Cauchy’ego) z pojęciem łagodnego i płynnego przejścia. Także w innych fragmentach pobrzmiewa styl naukowo-techniczno-urzędowy, używany we wnioskach i raportach badawczych, wszelako mało strawny dla przeciętnego czytelnika. W książce sporo miejsca poświęcono niebezpieczeństwom, jakie niesie Sieć. W rozdziale Smog informacyjny autor ubolewa nad nadmiarem liczby źródeł informacji, połączonym z wysoce problematyczną wartością wiadomości, przewidując zgubne skutki tego zjawiska. Dalej pisze: jeśli użytkownik ma zbyt mało własnej wiedzy i wynikającego z jej posiadania zdrowego krytycyzmu – może łatwo wziąć pozór prawdy za prawdę jako taką. To samo wszelako odnosi się do każdego źródła informacji, również do książki – także właśnie omawianej. Tymczasem nawet w niej znajdujemy rozmaite „kwiatki”, od potknięć w pisowni (m.in. nazwisk i nazw), przez błędy i niezręczności językowe, po nieścisłości merytoryczne (np. niedokładna forma określenia usługi mailto, czy mieszanie pojęć listy i grupy dyskusyjnej). Wrażenie pewnego chaosu informacyjnego wzmagają jeszcze liczne niedoróbki redakcyjno-edytorskie, o braku korekty nie wspominając. Całość wywodów przesycona jest technicystycznym, informatyczno-cybernetycznym widzeniem rzeczywistości, którego przejawem jest m.in. przejęzyczenie – „społeczeństwo informatyczne” zamiast „informacyjne”. Częste (choć zrozumiałe) opisy, wzmianki i aluzje dotyczące AGH, miejscami pobrzmiewają wręcz propagandowo, jakby książka była pisana przede wszystkim z myślą o obecnych i przyszłych studentach tej uczelni. Jednak nawet oni powinni z niej korzystać po internetowemu – czytać i sprawdzać. Choćby po to, by nie wygłupić się na przyjęciu, mówiąc np. za książką, o ośrodku CERN koło Zurychu. Paweł Misiak Ryszard Tadeusiewicz, Społeczność Internetu, Akademicka Oficyna Wydawnicza EXIT, Warszawa 2002, seria: Problemy Współczesnej Nauki. Teoria i Zastosowania – Informatyka.
Raj przerobiony?
Książka Silvera oszałamia bogactwem szczegółów dotyczących różnych aspektów genetycznie wspomaganego rozrodu. Autor przedstawia biologiczne podstawy wiedzy o początkach życia ludzkiego, zapłodnieniu in vitro, klonowaniu i możliwościach ingerencji w budowę i funkcjonowanie organizmów żywych (a szczególnie człowieka). Prezentuje też olbrzymią liczbę casusów społecznych, medycznych i prawnych związanych ze sztuczną ingerencją „w akt stworzenia”. To jej olbrzymia zaleta. Biblijne skojarzenia tytułu autor podsuwa czytelnikowi nieustannie. Książka jest bowiem rodzajem dyskusji z tradycyjną w społeczeństwach zachodnich wizją świata opartą na Biblii, którą Silver przedstawia jako zachowawczą i właściwie pozbawioną jakichkolwiek racji merytorycznych, ufundowaną na lęku przed zmianą. Autor jest zdecydowanym zwolennikiem wszelkich technik rozrodu wspomaganego metodami inżynierii genetycznej, a owa tradycyjna wizja świata – warunkując zachowania prawników, polityków i wielu bioetyków – utrudnia postęp w badaniach i ich praktycznych zastosowaniach. Niestety, Silver argumenty filozofów i teologów traktuje powierzchownie. Zdaje się bowiem nie zauważać różnic w punkcie wyjścia analiz teologiczno-filozoficznych i badań naukowych. Argumenty filozofów, potraktowane jak wywody biologiczne, rzeczywiście brzmią niedorzecznie. To podstawowa wada tej książki. Razi ona jednostronnością spojrzenia. A przecież autorowi zależało na całościowym, wielostronnym przedstawieniu problematyki, która wzbudza tyle kontrowersji we współczesnych społeczeństwach, przyzwyczajonych wszak do trudnego do ogarnięcia umysłem postępu. Silver zaczyna „od Adama”, czyli od próby określenia różnych pojęć życia. Życie szeroko pojęte można zadowalająco zdefiniować na poziomie indywidualnego organizmu jako produkt rozmnażania i ewolucji, który potrzebuje energii, aby utrzymywać samookreślającą się informację i organizację. Nieżywe staje się żywym tylko wtedy, gdy uzyska zdolność ewolucji. Natomiast wąskie znaczenie terminu „życie” wiąże się z czynnościami układu nerwowego, które prowadzą do powstania świadomości. U człowieka życie w tym węższym sensie jest umiejscowione w mózgu, choć nie można go zlokalizować w jakiejś określonej komórce nerwowej. Te rozróżnienia są ważne dla pytania o dopuszczalność genetycznych ingerencji w funkcjonowanie ludzkich zarodków, ich przechowywanie, niszczenie itp. Silver przedstawia wiele problemów z tym związanych i skłania się do odpowiedzi, że zarodki, będąc żywymi w pierwszym sensie, czyli na poziomie wegetatywnym, nie są żywymi na poziomie wyższym, a to powoduje, że zapłodniona komórka jajowa nie różni się właściwie od komórek naskórka. To rozstrzygnięcie pojęciowe decyduje o uznaniu przez autora większości technik wspomaganego genetycznie rozrodu i owej jednostronności spojrzenia. Marek Lechniak Lee Silver, Raj poprawiony. Nowy wspaniały świat?, tłum. Stanisław Dubiski, Wyd. prÓszyński i s-ka, warszawa 2002, seria: Na Ścieżkach Nauki.
Jednorożce i wieloryby
Orwell jest dziś jednym z niewielu socjalistów, których teksty nadają się do czytania, mimo upływu czasu. Więcej, trzeba je czytać, by zrozumieć epokę międzywojenną oraz lata 40. i 50. Myli się wprawdzie niejednokrotnie, bywa mało przenikliwy, naiwny (Kiedy wszystkie środki produkcji zostaną uznane za własność państwową, przeciętni ludzie poczują, że państwo to oni.), niesprawiedliwy czy jednostronny, nie jest jednak nigdy dogmatyczny. Ostro krytykuje poczynania socjalistów i często polemizuje z lewicowymi dogmatami. Dziwny to socjalista. Z jednej strony dowodzi, czy raczej wierzy, bo przecież argumentów tu znaleźć niepodobna, że w znacjonalizowanej gospodarce nacisk z przywilejów przeniesiony zostanie na zarządzanie i kompetencje albo powiada, że dopiero dzięki rewolucji staniemy się naprawdę sobą, z drugiej... znamy go przecież jako autora powieści 1984 i Folwark zwierzęcy, w których pokazuje zakłamanie i zbrodniczość systemu sprawiedliwości społecznej. Był zwolennikiem takiego socjalizmu, który nie wyklucza intelektualnej uczciwości. Był przekonany, że taki istnieje. Otwierający książkę esej W brzuchu wieloryba poświęcony jest Zwrotnikowi Raka Henry’ego Millera, powieści, której Orwell bynajmniej nie przecenia. Pisząc o Millerze wspomina Joyce’a, potem Whitmana i niepostrzeżenie wchodzimy w opowieść o literaturze angielskiej lat 20. i 30. XX w. Na początku lat 30. pojawia się w Anglii grupa młodych lewicowych pisarzy, takich jak Auden, Spender czy Isherwood. Orwell interpretował ich zaczadzenie komunizmem w kategoriach wiary, co i dziś zdarza się analitykom, choć musi budzić zastrzeżenia. Atmosfera intelektualna lat 30. – pisał – wywracała na nice patriotyzm, religię, rodzinę, małżeństwo, szkołę, wychowanie, honor, dyscyplinę. Pozostawała jednak potrzeba istnienia czegoś, w co można wierzyć. Młodzi właśnie w komunizmie znaleźli Boga, ojczyznę, kościół, wojsko, ortodoksję, dyscyplinę i f?hrera. Zdziwiłby się Orwell, gdyby się dowiedział, że później cała grupa przejdzie na pozycje konserwatywne lub co najmniej liberalne, a w amerykańskiej poezji Audena ważną rolę odegrają wątki religijne. Tego już jednak nie doczekał. Na tle tych zaangażowanych poetów Miller jest „Jonaszem z wyboru”. Nie walczy ze światem, nie próbuje go zmienić, jak pisarze lewicowi, ale go też nie ignoruje, jak pisarze lat 20. Przewiduje nieodległą katastrofę cywilizacji zachodniej, ale się nią nie przeraża. Taka literatura, z braku innej, podobała się Orwellowi w roku 1940. Ciekawe, co by napisał o książkach Herlinga-Grudzińskiego czy Józefa Mackiewicza, gdyby dożył czasów ich publikacji. (fig) George Orwell, Jak mi się podoba. Eseje, felietony, listy, wybór i wstęp Paweł Śpiewak, tłum. Anna Husarska i inni, Wydawnictwo Fundacja Aletheia, Warszawa 2002.
Prowokator z klasą
Opasły tom to zbiór tekstów powstałych w czasach, gdy Bereś pojawiał się na szklanym ekranie w „Telewizyjnych Wiadomościach Literackich”. Jak pisze sam autor, program emitowany w latach 1996-2001 chętnie zaglądał pisarzom do domów, zapraszał ich w plener i wyciągał na zwierzenia. Ten sposób ukazywania sylwetek polskich twórców miał swe stałe miejsce w „Wiadomościach” jako rozmowy „nie tylko o książkach”. Efektem pracy nad audycją był ogrom materiału, z którego do potrzeb telewizji wykorzystywano jedynie niewielką część. Reszta pozostała na taśmach. Lista osób, które zgodziły się porozmawiać z Beresiem, jest bardzo długa. Obok „nazwisk – instytucji” (Miłosz, Różewicz, Lem), pojawiają się na niej także mniej znani pisarze (Baczak, Tuszyńska czy Wilk). Nazwiska pokolenia urodzonego przed wojną przeplatają się tu z młodymi, niepokornymi twórcami młodszych roczników. Dobór materiału jest więc bardzo różnorodny. Twórcy pokazani zostali w kluczu chronologicznym. Bereś wziął pod uwagę moment ich debiutu. Po zdjęciu z anteny programu Beresia w 2001 r. okazało się, że część nagrań została po prostu skasowana. Krytyk, nie godząc się na zaprzepaszczenie całego wysiłku, zdecydował się przelać na papier pozostałe wywiady. Jak tłumaczy we wstępie: Jeśli nie ma sposobu i środków na zachowanie słów z obrazem, należy uratować choćby tylko słowa. Inaczej zniszczone zostanie wszystko. Bereś, który odkrywa przed nami tajemnice dziennikarskiego warsztatu, zwraca uwagę na walor autentyczności charakteryzujący opublikowane dialogi. Jego zdaniem, pisarz, zazwyczaj panujący nad swoim światem, przyzwyczajony do kontrolowania myśli i emocji, przed kamerą traci ten komfort. Jego reakcje muszą być spontaniczne, a odpowiedzi szybkie. To nie jest najlepsze miejsce na wystudiowany styl i wyszukaną formę. Wywiad przed kamerą obnaża, ale i ubogaca. Dzięki temu poznajemy nie tylko twórców, ale i zwykłych ludzi uwikłanych w normalne życie. Widzimy więc ludzi oddanych bez reszty swojej pracy, a jednocześnie bliższych, wpisanych w normalne układy międzyludzkie i zależności dyktowane przez czasy, w których przyszło im żyć. Słowo „historia” zawarte w tytule tomu nabiera w tym świetle głębszego znaczenia. Bo historia, którą poznajemy dzięki Beresiowi, naznaczona jest indywidualnymi losami. Autor prowokuje swych rozmówców, nie traci jednak dobrego smaku. To, co szczególnie cenne w jego stylu, to pobudzanie do wspólnego myślenia i konfrontowania wielu płaszczyzn rzeczywistości. Beata Machnik Stanisław Bereś, Historia literatury polskiej w rozmowach. XX-XXI wiek, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2002.
Książki nadesłane
|
|
|