Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1998

Spis treści numeru 11/1998

Adiunkta P. myśli jesienne
Poprzedni Następny

Większość dotkniętych "syndromem profesorskim" często nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że za prostymi z pozoru stwierdzeniami czy działaniami lekarzy, artystów, specjalistów innych dziedzin stoi spora wiedza.

Paweł Misiak

26-adiunkta.jpg (32186 bytes)Jesienią wiele się dzieje. W przyrodzie, w polityce, w nauce i wielu innych aspektach otaczającej nas rzeczywistości. Po letnim wypoczynku mamy więcej energii życiowej i żywiej odbieramy świat. Przynajmniej tak być powinno... Adiunkt P., naukowiec ścisły, nie odbiega w tym względzie od wzorca. Po wakacjach z nowymi siłami stara się reagować na bodźce i z większym zapałem pracować.

Wybory nie stanowiły dlań problemu. Nie przeżywał dylematów, jako że od dawna ma jasno sprecyzowane zdanie na temat tego, kto najlepiej będzie rządził jego rodzinnym miastem. Oglądając telewizję czy słuchając radia zachowywał do słyszanych treści przedwyborczych odpowiedni dystans, co pozwoliło mu utrzymać poziom adrenaliny we krwi na właściwym poziomie. W tę szczególną niedzielę poszedł dotknąć demokracji z bliska, a że lokal wyborczy jak zwykle mieścił się w jego byłym ogólniaku, z łezką w oku powspominał przy okazji wczesną młodość.

NOBEL DLA BLONDYNEK?

Zainteresowany sytuacją po wyborach adiunkt P. zaczął pilniej niż przedtem słuchać wiadomości. Przy okazji zwrócił też szczególną uwagę na informacje o tegorocznych nagrodach Nobla, zwłaszcza na polu nauk ścisłych. Zawsze go to pasjonowało. Nic zresztą dziwnego. Przecież wybrał taki a nie inny zawód mając przed oczami duszy wizję własnej osoby jako poszukiwacza Prawdy i odkrywcy praw Przyrody. A nagroda Nobla - czyż nie dla takich jest przeznaczona?

Słuchając telewizyjnej "Panoramy" (zasiedział się w uczelni i na "Wiadomości" nie zdążył) zaniepokoił się już w chwili, gdy w "zajawce" kolejnego bloku informacji usłyszał, że o tegorocznym "Noblu" z chemii trudno mówić, bo to takie skomplikowane. Wkrótce domyślił się, że owa sygnalizowana trudność wynikała z niedokształcenia i dziennikarskiego lenistwa redaktorów programu. Nie potrafili oni bowiem poprawnie przełożyć na język ojczysty określenia, użytego w ogłoszeniu o przyznaniu nagrody.

Kiedy z ust spikerki padły słowa o "funkcjonalnej teorii gęstości", P. długo zastanawiał się, o co chodzi. Tak się złożyło, że w swoim naukowym życiu zetknął się blisko z chemią kwantową i używane w tej dziedzinie terminy nie są mu obce. Domyślił się więc, że pomyłka wynikła ze wspomnianych wcześniej powodów. Brak dostatecznej znajomości angielskiego mógł spowodować niezrozumienie istotnej różnicy między "density-functional theory" a "functional density theory". Lenistwem dziennikarskim zaś wytłumaczył sobie P. fakt, iż mając wątpliwości co do nazwy, o czym świadczyła "zajawka", żaden z redaktorów nie zadzwonił do któregoś ze znających się na rzeczy naukowców, których w kraju nie brakuje. A może to nie pomyłka dziennikarzy i redaktorów, lecz błąd czytania spikerki, notabene blondynki?

NIE MATURA...

Sprawa ta skłoniła adiunkta P. do szerszej refleksji. Przypomniał sobie własne i kolegów narzekania na niedokształconych studentów, którzy mając w kieszeni maturę nie potrafią poprawnie mówić i pisać lub też wykazują brak podstawowych umiejętności w sztuce dodawania ułamków, choć rozpoczęli studia wyższe na kierunku ścisłym. Z punktu widzenia kształcenia akademickiego takie braki to rodzaj analfabetyzmu. Co jednak najbardziej denerwuje P., to ich dobre samopoczucie. Nie rozumieli, że powinni się wstydzić. Co z takimi robić? Wymuszać nadrabianie braków czy przyjąć, że są forpocztą społeczeństwa "trzeciej fali"?

Alvin Toffler pisze bowiem w swojej książce: Umiejętność czytania jest oczywiście czymś więcej niż tylko sprawnością zawodową. Otwiera dostęp do fantastycznego świata wyobraźni i do wielu przyjemności. W środowisku inteligentnym wszelako, kiedy maszyny, urządzenia, a nawet ściany będą przemawiać ludzką mową, zdolność czytania jako kwalifikacja zawodowa może okazać się mniej niezbędna niż przez ostatnie trzysta lat. Pracownicy biur rezerwacji linii lotniczych, obsługa magazynów i składnic, operatorzy maszyn i mechanicy w punktach napraw oraz w warsztatach będą mogli doskonale wypełniać swoje obowiązki bez konieczności czytania czegokolwiek, wyłącznie słuchając; maszyny będą bowiem mówić im po kolei, co mają robić lub instruować ich, punkt po punkcie, jak wymienić zepsutą część naprawianego urządzenia. Być może podobnie trzeba myśleć o przyszłych inżynierach, lekarzach czy nauczycielach? Może wyobrażenia o standardach wykształcenia nie przystają do nadchodzącej nowej epoki, pomyślał P.

"Trzecia fala"... P. przypomniał sobie, że czytając tę książkę też miał podobne, niewesołe myśli. Przekład polski, wydany przez szacowną oficynę, okazał się niezbyt starannie zredagowany zarówno językowo, jak technicznie. Koleje życia sprawiły, że zdarzało się dr. P. pracować w charakterze redaktora, korektora i składacza tekstów. Nabyte wtedy nawyki powodują, że niemal podświadomie wyłapuje w czytanym tekście literówki, błędy językowe i niedoskonałości typograficzne. Większość dużych wydawnictw utrzymuje w tym względzie wysokie standardy. Stąd zdziwienie P. kiedy odkrył w książce błędy literowe, zwroty w rodzaju "cofnąć się wstecz" czy też potknięcia merytoryczne. O ile tłumaczka mogła nie znać się na wszystkich poruszanych w tekście zagadnieniach nauk przyrodniczych czy ścisłych, to przynajmniej redaktor książki lub wymieniony z imienia i nazwiska konsultant powinien był skonsultować odnośne fragmenty ze specjalistą. A może ani jednemu, ani drugiemu nie przyszło do głowy, że to potrzebne?

SYNDROM PROFESORSKI

Adiunktowi P. przyszło na myśl określenie "syndrom profesorski". Nazwał tak kiedyś postawę, zaobserwowaną u paru kolegów-uczonych, którzy osiągnąwszy wysoki poziom i uznanie w jakiejś dziedzinie zaczynają uważać, iż znają się na wszystkim. Na każdy temat mają coś do powiedzenia i zwykle mówią to tonem wyrażającym pewność absolutną. Czasem wypowiedzi te są poparte znajomością rzeczy, lecz często wynikają li tylko z intelektualnej pychy: "jeśli rozumiem zawiłości fizyki teoretycznej/chemii kwantowej/neurofizjologii (niepotrzebne skreślić), to zrozumiem zagadnienia z innych dziedzin, bo są przecież znacznie prostsze". Czyż chemia nie jest wyłącznie zastosowaniem fragmentu fizyki do układów atomowych? Czy biologia to nie chemia pewnych szczególnych układów molekularnych? A na medycynie, sztuce i polityce znają się wszyscy. Większość dotkniętych syndromem często nie zdaje sobie nawet sprawy z tego, że za prostymi z pozoru stwierdzeniami czy działaniami lekarzy, artystów, specjalistów innych dziedzin stoi spora wiedza. Wykazujący "syndrom profesorski" nie zdają sobie sprawy z jej istnienia.

Dr P. wie, że istnieją także "ludzie renesansu". Ale najłatwiej dostrzec tych, którym się tylko wydaje, że nimi są. Tych drugich najczęściej widać i słychać w mediach, które ze swej natury łakną "gwiazd" jak kania dżdżu. Przejawy "syndromu profesorskiego" bywają śmieszne. Mogą też jednak mieć poważne skutki. Niebezpieczeństwo powstaje, gdy dotknięty nim osobnik podejmuje ważkie decyzje w sprawach, na których de facto się nie zna, a opisana przypadłość powoduje, że nie słyszy głosów innych. Gdzie jesteś współczesny Sokratesie, ze swoim "wiem, że nic nie wiem"?

Profesorowie profesorami, a co ma z nimi wspólnego niedouczona młodzież? Otóż ma. Z jednej strony przekonanie, że wie wszystko, co potrzebne do funkcjonowania w życiu, z drugiej - brak świadomości własnej niewiedzy. Ponieważ tacy właśnie "pampersi" zajmują coraz częściej różne stanowiska, również w redakcjach, wydawnictwach itp., nie ma się co dziwić, że w książkach, czasopismach, radiu i telewizji widać i słychać podstawowe błędy. Ponieważ oddziałują na szeroką publiczność, błędy, ignorancja i powierzchowność rozprzestrzeniają się szeroko. Nic dziwnego, że latorośl dr. P. ma potem w szkole problemy z poprawnością języka, a do pilności i nauki trudno ją przekonać. A na marginesie - jeśli spełni się wizja Tofflera, jak będą wyglądały wybory w społeczeństwie analfabetów?

"Zaczynam zrzędzić jak zgred", pomyślał adiunkt P. "A powinienem raczej starać się nadążać za zmianami. Przecież jako nauczyciel akademicki zaliczam się, wedle klasycznych kryteriów, do elity społeczeństwa. Powinienem wyznaczać standardy, być autorytetem, przynajmniej do pewnego stopnia".

DUMA I UPRZEDZENIE

Nauczyciel akademicki - dla adiunkta P. zawsze brzmiało to dumnie. Przeczytał jednak ostatnio w jednym z tygodników, że jedna trzecia nauczycieli czyta podręczniki tylko z własnego przedmiotu, trzy czwarte zatrzymało się na poziomie wiedzy z początku lat 80., zaledwie jeden na dwustu nauczycieli chodzi do teatru, a prawie trzecia część nie kupuje ani jednej książki. I zaczął się zastanawiać, czy słowo "nauczyciel" nie stało się określeniem deprecjonującym przymiotnik "akademicki", podobnie jak w minionej epoce słowo "socjalistyczny" było "przymiotnikiem niwelującym", według określenie Jacka Fedorowicza.

Jak wymagać od młodych ludzi wyższego poziomu wykształcenia, myślenia czy kultury, jeśli przez kilka, kilkanaście szkolnych lat widzą oni głównie takie wzorce? A nauczyciele też ludzie i na nich znaczący wpływ mają standardy kulturalne mediów. Czyż można wymagać ciągłego doskonalenia i "ukulturalniania" się od kogoś, kto niemal przymiera głodem? "Siłaczki" w rzeczywistości nie istnieją.

Dr P. wspomniał swój chudy portfel a naturalnym ciągiem skojarzeń doszedł do korepetycji, których udziela od czasów klasy maturalnej. Nauczyciele, również akademiccy, dorabiają sobie "od zawsze". Ale jeśli reprezentują poziom przedstawiony w przytoczonym powyżej cytacie, czy warto rodzicom wydawać pieniądze? Błądząc po Internecie P. znajdował między innymi rozmaite ogłoszenia poszukujących i oferujących korepetycje. Ciąg skojarzeń: Internet - telekomunikacja - prywatyzacja TP S.A., znowu doprowadził P. do myśli o sprawach przyziemnych, czyli pieniądzach i polityce. Poczuł, że poziom adrenaliny podniósł mu się do niebezpiecznego poziomu, więc zacisnąwszy zęby zabrał się do sprawdzania prac kolokwialnych, w których przejawy niedouczenia konkurowały z żenującymi błędami ortograficznymi. Samo życie.

--------
pm@atm.com.pl

Uwagi.