|
Miast prób integracji z filologią, proponowałbym zbliżenie
Janusz Dunin Ponad 40 lat pracy bibliotekarskiej na różnych stanowiskach, od praktykanta poczynając po dyrektora Biblioteki Uniwersyteckiej, w tym kilkanaście lat wykładów jako nauczyciel akademicki, skłania mnie do zabrania głosu w sprawie przyszłości kierunku studiów zwanych potocznie bibliotekarstwem. Studia takie istnieją w naszych uczelniach już od ponad pół wieku. Przechodziły różne koleje losu, zahamowania i transformacje, utrwaliły się już wśród akademickich specjalności. O ich problemach pisałem ostatnio w moich stałych esejach O czytaniu, które zamieszczam na łamach „Nowych Książek”. Obecnie chciałbym powtórzyć niektóre moje tezy, aby podać je do dyskusji na forum akademickim. Bibliotekarstwo musi stawiać czoło licznym poważnym wyzwaniom. Pierwsze z nich płynie ze strony samego środowiska naukowego, które nie zawsze widzi sens takich studiów. Są np. profesorowie, którzy tradycyjnie w głosowaniach przeciwstawiają się wnioskom stawianym przez bibliotekoznawców. Drugie wyzwanie stanowią braki w kadrze naukowej kierunku, który musi dodatkowo znaleźć ludzi z kwalifikacjami koniecznymi do obejmowania stanowisk kierowniczych w bibliotekach naukowych. Zdobywanie stopni naukowych utrudnia też fakt, że młodsi pracownicy nie mają tu łatwego dostępu do dodatkowych zarobków. Aby się utrzymać, częstokroć podejmują różne próby „dorabiania”, które utrudniają, a nawet uniemożliwiają dotrzymanie akademickich rygorów. W tej sytuacji posiadacze tytułów naukowych podejmują się pracy na paru etatach, co znów powoduje osłabienie rytmu pracy naukowej. Często braki kadrowe rozwiązuje się przez przeniesienie samodzielnych pracowników nauki z innych kierunków, nierzadko osób, które w jakiś sposób nie mieściły się w swoich zespołach. Ostatnim, ale nie najmniej istotnym czynnikiem obciążającym bibliotekoznawstwo jest niewielki prestiż, jakim cieszy się ten kierunek na giełdzie kandydatów na studia wyższe. Zwykle daje się zgromadzić odpowiednią grupę studentów. Z nielicznymi chwalebnymi wyjątkami są to osoby (głównie dziewczęta) o nie najwyższych ambicjach, dawniej – mierni uczniowie. W takim zespole brak zwykle osób z większym napędem życiowym. Trudno w bibliotekoznawstwie zorganizować koło naukowe czy dyskusję, rzadko wyrastają tu działacze w jakiejkolwiek dziedzinie. W efekcie, dyrektorzy niektórych bibliotek nie chcą zatrudniać absolwentów kierunku, a kiedy powstaje problem obsadzenia stanowisk kierowniczych w najpoważniejszych placówkach, od Biblioteki Narodowej poczynając, bardzo rzadko propozycję otrzymuje dyplomowany bibliotekoznawca. KANDYDACI BEZ ENTUZJAZMUSłyszy się, że skromny napływ chętnych do studiowania wynika z przekonania młodzieży o nikłych szansach na zarobki w zawodzie. Odrzucam takie wyjaśnienie. Faktem jest, że większość bibliotekoznawców wegetuje na skromnych posadkach, choć można wskazać nie odosobnione przypadki osób, które są urządzone zupełnie dobrze. Sądzę, że powód braku entuzjazmu młodzieży jest inny: sama nazwa „bibliotekarz” kojarzy się nie najlepiej. Artyści niekiedy obdarzają tym imieniem osoby nietwórcze, zajmujące się porządkowaniem staroci. Prawdą jest, że część młodzieży nabiera modnego dziś światopoglądu rynkowego, szturmuje ekonomię i prawo administracyjne, nie biorąc pod uwagę, że rychło wśród absolwentów tych kierunków może wystąpić ostra konkurencja. Twierdzę, że nadal istnieje u części młodych silne parcie na kierunki uznane za prestiżowe i oferujące ciekawe studia. Filologie, archeologia, etnografia, historia sztuki czy kulturoznawstwo nie obiecują szans na karierę finansową, absolwentów tych kierunków czekają zwykle skromne posadki w szkołach, muzeach i innych instytucjach kultury, można jednak przebierać wśród kandydatów. Jeśli część absolwentów tych wziętych kierunków potrafi zdobyć lepszą pozycję niż młodzi bibliotekoznawcy, to dlatego, że gromadzą one ambitniejszą i lepiej przygotowaną młodzież, maturzystów z lepszych, wielkomiejskich szkół. Kandydaci na biblitekoznawstwo wybierają ten kierunek często jako łatwiejszy. Zapytani o przyczynę wyboru tłumaczą zwykle, że lubią... czytać. Na jednym z egzaminów wstępnych próbowałem sprawdzić, czy zdający zetknęli się z jakąś, choćby popularną pozycją dotyczącą historii książki czy bibliotek. Nie potrafili niczego takiego wymienić. Wiedza szkolna nie poparta własnymi zainteresowaniami, znajomością języków, prasy kulturalnej, powoduje, że nawiązanie intelektualnego kontaktu z częścią młodzieży jest utrudnione. Jestem przekonany, że zawody związane z książką, w tym również bibliotekarstwo, oferują tym, którzy potrafią to dojrzeć, wiele ciekawych przygód intelektualnych. PODNIEŚĆ ATRAKCYJNOŚĆAby zmienić sytuację studiów na naszym kierunku, trzeba między innymi zadbać o jego większą atrakcyjność dla osób wybierających się na studia. Na tak postawione zadanie zgłaszana jest rada – należy czym prędzej dokonać takich zmian programów nauczania, aby wykształcenie naszych absolwentów było porównywalne z tym, jakie uzyskują osoby kończące szkoły bibliotekarskie w krajach zachodnich. Dodatkowym walorem takiego rozwiązania byłoby pełnoprawne uczestnictwo w międzynarodowych gremiach, a w przyszłości – możliwość pracy absolwentów również poza Polską. Nie negując konieczności unowocześniania wiedzy w dziedzinie nowych technik informacyjnych, śmiem być tu sceptykiem. Trzeba pamiętać, że większość szkół bibliotekarskich na świecie ma charakter wyższych uczelni zawodowych, które nie oferują stopni akademickich. Takie szkoły na naszym terenie nie mają tradycji i siły przyciągania. Zresztą we wspomnianych krajach Zachodu do uzyskania istotnych stanowisk w bibliotekach czy np. etatu profesora w szkole bibliotekarskiej potrzebne jest dodatkowo wykształcenie akademickie. Moje doświadczenie, również jako byłego dyrektora biblioteki uniwersytetu, podpowiada, że wiele placówek chętniej zatrudni osobę inteligentną, zorientowaną w kulturze, znającą języki, niż wyszkolonego technika informacji. Wpajane studentom umiejętności, jak sprawne katalogowanie czy bibliografowanie, nie praktykowane – łatwo wyparowują z głów. Natomiast w praktyce w każdej bibliotece szkolenie i utrwalanie musi odbywać się przy warsztacie, gdyż obok ogólnych zasad i norm, zawsze istnieje specyfika lokalnych i aktualnych praktyk. Tym łatwiej tego dokonać, im ogólnie łatwiejszy i lepiej przygotowany jest kandydat, którego trzeba przyuczyć. KSZTAŁCENIE INTELIGENTADlatego proponuję inne rozwiązanie. Nie negując konieczności wprowadzenia studentów w podstawy technik informacyjnych i bibliotecznych, organizacji pracy itd., doradzałbym położenie nacisku na wykształcenie inteligenta humanisty, zorientowanego w środkach masowego przekazu i rozumiejącego skomplikowany system książki, akceptującego myśl, że druk jest i pozostanie ważnym elementem w świecie mediów. Tak jak osoba wybierająca się na filologię nie zawsze przyjmuje do wiadomości, że najpewniej zostanie belfrem, a na historię sztuki – że spędzi resztę życia w muzealnym magazynie, tak i księgoznawstwo nie powinno już na wstępie wskazywać na rodzaj przyszłej pracy. Nie chodzi tylko o to, aby nazwa kierunku kusiła niezorientowanych, ale aby sam program dawał szersze możliwości, przygotowywał przyszłych wydawców, księgarzy, organizatorów informacji o publikacjach, antykwariuszy. Naturalnym biegiem rzeczy sieć biblioteczna pozostaje najbardziej chłonnym miejscem pracy i większość absolwentów musi być do tego przygotowana. Mylące jest natomiast utrzymywanie w nazwie kierunku „informacji naukowej” (na szczęście już nie „naukowo-technicznej”). Sądzę, że dziś istotne dla dobrego przygotowania każdego inteligenta, a zwłaszcza konieczne dla przyszłego wydawcy, księgarza a szczególnie bibliotekarza, jest zaprzyjaźnienie się z komputerem i jego możliwościami. Studia kształcą jednak informatorów, a nie informatyków, jak czasami rozumieją niezorientowani. Jak wspomniałem, na większości obecnie istniejących studiów bibliotekoznawczych odczuwany jest niedosyt odpowiednio kwalifikowanej kadry. Oprócz rozwiniętej wieloetatowości, uczelnie ratują kierunek doprowadzając do jego mniej lub bardziej fikcyjnej fuzji z kierunkami mocniejszymi w tradycję i kadrę. Wybór zwykle pada na filologię polską. Po prostu, książka i literatura kojarzą się ze sztuką czytania. Nie jest to jednak mariaż najszczęśliwszy. Jako osoba, która rozpoczynała od studiów filologicznych wiem, że – oparte o szacowne tradycje – stawiają one w centrum tekst i to tylko uznany za literacki. Wierzą, że papierowy jego nośnik, książka czy czasopismo, jest medium przezroczystym, praktycznie nie posiadającym siły modyfikowania znaczeń tekstu i w małym stopniu określającym jego dalsze losy. Poloniści ustawiają się więc w pozycji mistrzów usługowo szkolących bibliotekoznawców, sami zaś zwykle nie widząc przydatności nauki o środkach przekazu, nie czują, poza wąskim gronem socjologów literatury, potrzeby współpracy ze znawcami systemów książki. BLIŻEJ MEDIÓWJeżeli ośmielam się poddawać pod dyskusję propozycję zmian, to ze świadomością, że niełatwo coś zastanego w uczelniach zmienić, ale przynajmniej należy zacząć o tym myśleć. Postulat zmiany nazwy kierunku nie może ograniczyć się do tego, aby ściągnąć na nie zmienione studia niezorientowaną młodzież. Wraz ze zmianą niefortunnej nazwy powinno nastąpić przemyślenie programów. Miast prób integracji z filologią, proponowałbym zbliżenie ze studiami poświęconymi środkom przekazu, mediom, rozumienie których jest warunkiem pojmowania sytuacji, w jakiej znalazła się książka. Kierunkiem, który szkoli znawców mediów i ich rozpowszechniania jest dziś kulturoznawstwo. Należy do kierunków, które w przeciwieństwie do szkół artystycznych nie zamierzają kształcić artystów, a znawców, organizatorów, krytyków itp. w różnych dziedzinach. Kierunki takie interesują się teatrem, a nie tylko dramatem, filmem a nie scenopisarstwem czy reżyserią itp. Sądzę, że w tym kontekście mieściliby się również ludzie szkoleni do obsługi świata książki. Myślę, że warto by przedyskutować możliwość współdziałania w tym kierunku. W przeciwieństwie do polonistów, którzy wszędzie stanowią zwarte i nie zagrożone zespoły, taka fuzja byłaby korzystna dla obu stron. Pomijam tu problemy prestiżowe kadry, występujące przy każdej reorganizacji. Duża część wiedzy o kulturze, filozofii, socjologii, pedagogice itp. mogłaby być wykładana wspólnie. W większym zespole byłoby nieco taniej, łatwiej byłoby też organizować np. lektoraty na zróżnicowanych poziomach, zajęcia fakultatywne itp. Wzmocniłyby się też laboratoria komputerowe, kserograficzne itp., które muszą się stać dostępne dla wszystkich przyszłych pracowników kultury. Kierunek zwany obecnie kuturoznawstwem zyskałby na takiej fuzji. Zwiększyłaby się obsada profesorska, a więc nie ciążyłyby obawy o uprawnienia formalne. W systemie korespondencji mediów propedeutyczne wykłady o książce, nie sprowadzanej do tekstów beletrystycznych, przydadzą się zapewne wszystkim ludziom kultury. Po uzyskaniu podstawowej orientacji w świecie mediów, następowałaby specjalizacja. Jestem przekonany, że na tym etapie młodzież, obok filmoznawstwa czy teatrologii, wybrałaby specjalizację księgoznawczą, w ramach której czołowe miejsce zajmowałoby bibliotekarstwo. Bowiem w dziedzinie kultury właśnie księgozbiory potrzebują i będą nadal potrzebowały kwalifikowanego, inteligentnego personelu. Daję słowo niemłodego już bibliotekarza, bibliofila, wieloletniego uczestnika wypraw po księgarniach, antykwariatach, różnych księgozbiorach i wydawnictwach, że świat książki może być fascynujący nie tylko dla czytelników sensacyjnych tekstów, których nie odkładają nim nie przeczytają magicznego słowa KONIEC. Prof. dr hab. Janusz Dunin, bibliotekoznawca i księgoznawca, pracuje w Katedrze Bibliotekarstwa i Informacji Naukowej Uniwersytetu Łódzkiego. |
|
|