|
Kierowanie się "listą filadelfijską", którą charakteryzują różne dowolności i tendencje, nie jest niczym uzasadnione.
Tak jak i podobne traktowanie drugiej listy, sporządzonej w KBN.
Zbigniew Żmigrodzki
Chociaż Instytut Informacji Naukowej w Filadelfii istnieje od wielu lat, a kierunki jego działalności i charakterystykę wydawnictw przedstawiałem studentom w wykładach już w latach 70., teraz ktoś w Polsce odkrył nagle tę placówkę oraz doszedł do rewelacyjnego wniosku, że jest ona czymś w rodzaju wyroczni, określającej poziom osiągnięć naukowych pracowników szkół wyższych. Nie dość na tym: zaraz znalazł się sposób, aby na tej podstawie nauczycielom akademickim, którzy pracują w niełatwych warunkach, utrudnić życie i postawić kolejne, nierealne wymagania.
CUDOWNY ŚRODEK
Niestety, to, co wymyślono, dostrzegając w liście czasopism wykorzystywanych przez filadelfijski instytut w jego opracowaniach typu Science Citation Index niepodważalną miarę wartości, powędrowało natychmiast do polskich szkół wyższych, poparte autorytetem Komitetu Badań Naukowych i uzupełnione dodatkowym wykazem polskich wydawnictw ciągłych, mających gwarantować "poziom", a także punktacją poszczególnych rodzajów publikacji - do stosowania w ocenie "dorobku". Zamiast odnieść się do całej sprawy tak, jak ona na to zasługuje, tj. potraktować ją jako jedno z wielu pomocniczych, luźnych kryteriów, uznano to punktowanie za cudowny środek "ważenia" pracowników naukowo-dydaktycznych. Tu i ówdzie zarządzono nawet przyspieszone obliczanie, ile punktów uzyskali oni w ostatnich paru latach. Stało się to akurat w okresie "najgorętszym", gdy przygotowywano się do rozpoczęcia nowego roku akademickiego - tak, jakby nikt nie miał nic innego do roboty.
NIEPODWAŻALNOŚĆ
Ani lista Instytutu Informacji Naukowej nie ma w skali światowej walorów naukowej "niepodważalności" (nikt jej za taką nie uważa), ani też jacyś "eksperci" ISI nie mają prawa do ferowania wyroków, które czasopisma zasługują na najwyższą ocenę. Znane są preferencje tych ekspertów w typowaniu wydawnictw z własnego punktu widzenia - czy zresztą może być inaczej? Kierowanie się więc "listą filadelfijską", którą charakteryzują różne dowolności i tendencje, w przyznawaniu najwyższej, pięciopunktowej oceny za publikacje w bibliografowanych przez Instytut czasopismach, nie jest niczym uzasadnione. Tak jak i podobne traktowanie drugiej listy, sporządzonej w KBN. Można w niej zresztą znaleźć błędy: np. tytuł wydawnictwa ciągłego, który już przed laty przestał istnieć. W skali punktacyjnej są też dziwactwa w rodzaju najniższego punktowania referatów, choć często przynoszą one doniesienia o najnowszych badaniach.
PUNKTY DLA PODRÓŻNIKÓW
Na świecie wszystkie edycje Science Citation Index traktowane były od dawna jako jedne z wielu specjalnych bibliografii bieżących, którym przywileju nieomylności w wyborze źródeł przyznać nie można. SCI ma zresztą zbyt szeroki zakres - w znacznie wyższym stopniu kompetentne są pod tym względem bibliografie dziedzin. Skądinąd każde wydawnictwo bibliograficzno-informacyjne nosi na sobie piętno kraju i języka, z którymi jest związane. Jego redaktorzy ulegają przy tym aktualnym "modom" na pewne dyscypliny i środowiska naukowe. Jest rzeczą oczywistą, że piśmiennictwo polskie zawsze było traktowane w światowych indeksach i abstraktach po macoszemu. Po co więc ferować opinię, że akurat dla nas stanowią one coś w rodzaju wyroczni?
Na to ostatnie pytanie można jednak odpowiedzieć. Zainteresowani w takim trybie ocen i takim kwalifikowaniu są ci spośród naszych pracowników nauki, którzy częściej wyjeżdżają niż nauczają. Rozwijając kontakty zagraniczne mogą dzięki nim z łatwością publikować za granicą dość liczne teksty, nawet nie najwyższego lotu, a sądy o automatycznie wysokim poziomie tego, co publikują zagraniczne czasopisma, można bez obawy "między bajki włożyć". Nie trzeba przy tym dodawać, że ci właśnie pracownicy nie przejmują się zanadto losem własnej dydaktyki akademickiej. Czasem aż przykro patrzeć i słuchać, jak rozpaczliwie biegają za nimi i poszukują ich studenci. Nasi "podróżnicy" postępują wszak roztropnie: za dydaktykę punktów się nie daje, wędrując zaś po świecie można masę punktów zarobić. Za sam tytuł wydawnictwa, do którego kieruje się choćby ogólnikowy, przeglądowy artykuł...
CO MAJĄ ROBIĆ?
Nie ulega wątpliwości, iż punktowanie profesorów i adiunktów reprezentujących różne specjalności naukowe jest na rękę przedstawicielom niektórych dziedzin wiedzy - tych, co mają szerokie "wzięcie" międzynarodowe albo takich, w których nawet czasopisma polskie mają charakter wielojęzyczny. Oni też owo punktowanie zainicjowali i tak usilnie popierają.
Mówi się nam teraz, że powinniśmy publikować głównie w czasopismach "filadelfijskich"; tu chyba warto przypomnieć, tak krytykowane, a nawet wyśmiewane kiedyś hasło "opublikować lub umrzeć". Słyszy się też zalecenia, aby unikać wygłaszania referatów, punktowanych najniżej. A co mają zrobić np. historycy literatury polskiej, polscy językoznawcy i pracownicy nauki z tych zakresów badań, których ISI nie uwzględnia lub nie dostrzega, a które lista KBN, zawierająca zresztą głównie tytuły dotowane przez tę instytucje, traktuje po macoszemu? Doskonalić znajomość angielskiego, pisać po angielsku, błagać redaktorów obcych pism, aby publikowali to, co ani ich samych, ani ich czytelników nie interesuje? Nie obchodzi ich zresztą często w ogóle daleki kraj, z którego teksty pochodzą - zakładają bowiem, że to wszystko, w doskonalszej wersji, u nich już było albo jest.
NEGATYWNIE WYPUNKTOWANY
Czołowy propagator "listy filadelfijskiej", będący także zapewne jej "odkrywcą", skierował do szkół wyższych swój memoriał, w którym dostrzega w metodzie list czasopism i punktacji autorów inicjatywy, mogące spowodować "pojawienie się u nas drugiego Einsteina", gdy te doniosłe poczynania oceniające zostaną wdrożone i dodadzą naszej rzekomo wciąż słabnącej nauce nowego wigoru. Ja jednak, Panie Profesorze, obawiam się - i chyba nie bez uzasadnienia, gdy weźmiemy pod uwagę biografie szeregu sławnych uczonych - że Einstein mógłby ze swoimi wynikami badań nie trafić na "listę filadelfijską" i zostałby negatywnie "wypunktowany", zanim świat by się o nim dowiedział.
Prof. dr hab. Zbigniew Żmigrodzki, bibliotekoznawca, jest kierownikiem Zakładu Bibliografii i Informacji Naukowej Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. |