|
Po sześciu tygodniach okresu kandydackiego młodzi zapaleńcy, marzący o pływaniu pod polską banderą
na okrętach wojennych, po raz pierwszy wychodzą w morze.
Piotr Kieraciński
Początek kwalifikacji wygląda banalnie - komisja lekarska. Już w marcu minister obrony narodowej wydaje rozkaz, w którym określa, ilu kadetów w danym roku można przyjąć do AMW. Wymagania zdrowotne są dość wysokie, podobnie jak w lotnictwie. Kandydat na oficera powinien być zdolny do pływania na wszelkiego rodzaju okrętach, także podwodnych, oraz nurkowania. Z mnóstwa chłopców, którzy marzą o morskiej przygodzie, w wyniku wstępnej selekcji zostaje około trzystu. I tak po czterech na jedno miejsce. Egzaminy z matematyki, fizyki, języka obcego i sprawnościowe eliminują trzy czwarte z nich. Tylko osiemdziesięciu szczęśliwych trafia do Centrum Szkolenia Specjalistów Marynarki Wojennej. Tam przez sześć tygodni uczą się musztry, regulaminów - normalnego, żołnierskiego życia. Niejednemu odechciałoby się po tym studiów. Ale to dopiero początek. - Po szkoleniu w Ustce ładujemy ich na okręt szkolny i wypuszczamy w morze. Nasze szczęście, jeżeli morze będzie w tym czasie burzliwe. Wtedy okazuje się, kto źle się czuje na morzu, nie potrafi wykonywać obowiązków, nie nadaje się na marynarza - mówi jeden ze szkoleniowców.
Niestety, czasami trafia się ładna pogoda. - Jeśli morze im nie dogodzi, to my im damy w kość. Będą pracowali, pełnili wachty, nie będą spali. Nie chodzi o wyżywanie się na nich, lecz o sprawdzenie wydolności ich organizmów. Nasi chłopcy - tak zawsze mówią o swoich studentach wykładowcy AMW - muszą być twardzi, bo to jest twarda służba. Akademię kończy tylko połowa z tych, którzy rozpoczęli tu studia. Odchodzą, bo źle się czują na morzu. Pojawiają się problemy zdrowotne, wcześniej niewidoczne. Orientują się, że to nie dla nich praca. Odejście na własną prośbę po pierwszym roku nie pociąga za sobą żadnych konsekwencji.
Chorobę morską ma każdy
Po pierwszym rejsie normalna nauka: wykłady, ćwiczenia, egzaminy. Do tego żołnierska służba. Kadeci mieszkają w akademikach. Mają dwuosobowe pokoje. Otrzymują mundury: codzienny i paradny, jedzenie w wojskowej stołówce trzy razy dziennie oraz niewielki żołd. - Na papierosy wystarczy - mówią. Większości i tak pomagają rodzice. Przepustki mają w kieszeni. Po skończeniu zajęć i obiedzie, czyli praktycznie po godzinie 15., mogą wyjść poza mury Akademii (nazywają to "zejściem na ląd"). Dotyczy to jednak tylko najlepszych, którzy nie mają problemów z nauką i akurat nie mają służby. Kadeci, którym zdobywanie wiedzy przychodzi nieco trudniej, mają wówczas "czas na naukę własną". Przepustka dotyczy tylko obszaru garnizonu, czyli praktycznie - Gdyni. Bez zgody przełożonego żołnierz nie ma prawa opuścić garnizonu. Szczęśliwcami są więc ci, którzy pochodzą z Gdyni, a tych jest niewielu. Reszta czeka na weekend.
Komandor Andrzej Chydzik, szef szkolenia w AMW, po wielu latach obserwacji doszedł do wniosku, że najlepszymi marynarzami są górale i Ślązacy. - Może dlatego, że to twardzi ludzie i bardzo zależy im na pływaniu, bo wychowali się daleko od morza? - zastanawia się. Życie na morzu jest zupełnie inne niż na lądzie. Właściwie nie da się o nim rozmawiać sensownie z kimś, kto tego nie przeżył. Kołysanie - wyjątkowo paskudne na Bałtyku, który ma paskudną falę przez większość dni w roku - daje się każdemu we znaki. Chorobę morską ma każdy. Jeśli ktoś nie choruje, to znaczy, że ma problemy z błędnikiem. Problem w tym, jak się one objawiają i jak konkretna osoba to toleruje. Ci z marynarki muszą ją znosić stosunkowo dobrze i być zdolnymi wykonywać każde zadanie mimo choroby morskiej.
Kadeci uczą się nieba
W czasie studiów kadeci muszą każdego roku zaliczyć osiem tygodni praktyk na morzu. Na pierwszym roku jest to praktyka żeglarska. Każdy zdobywa patent żeglarza jachtowego. Pływają na barkentynie "Iskra" - która w 1982 r. zastąpiła starą, wysłużoną imienniczkę - i na innych, mniejszych jachtach. Nie tak małych, jak te, znane nam z jezior. Na jachcie szkoleniowym, oprócz załogi, musi zmieścić się przynajmniej 10 kadetów.
Po drugim roku najciekawsza praktyka: rejs na Morze Śródziemne. Nad Bałtykiem niebo przez 80 proc. dni w roku jest zachmurzonych. Tymczasem chłopcy muszą nauczyć się nawigacji. Po co niebo, skoro są GPS-y? Jasne, że te wszystkie elektroniczne cacka też znają bardzo dobrze. Jednak marynarz wojenny musi umieć więcej. Wystarczy strącić satelitę - a to jedno z podstawowych założeń współczesnego konfliktu zbrojnego - i cała nawigacja satelitarna leży w gruzach. Kadeci Akademii Marynarki Wojennej uczą się nieba. Wywołani w nocy na stanowisko dowodzenia, muszą określić pozycję okrętu na podstawie położenia gwiazd i planet przy pomocy najprostszych urządzeń. Tym razem płyną na okrętach "Wodnik" i "Gryf" - dwóch szkoleniowych jednostkach MW. Tak naprawdę po Morzu Śródziemnym nie pływają długo: najpierw cieśniny duńskie i wizyta w porcie zaprzyjaźnionej z naszą AMW duńskiej marynarki wojennej, podobnie w Holandii, Anglii. Potem jeszcze jakiś port w Hiszpanii. - Morze Śródziemne skończyło się na Tuluzie - z nutką żalu w głosie mówi student trzeciego roku, który praktykę nawigacyjną ma już za sobą.
Droga do kariery
Po trzecim roku podchorążowie uczą się obsługi broni okrętowej. - Trafiają tylko na te jednostki - mówi komandor Chydzik - które mają interesujące zadania. Nie możemy sobie pozwolić na marnowanie czasu praktyk. Po ostatnim roku odbywa się praktyka oficerska.
Po czterech latach kształcenia w AMW, w tym co najmniej 33 tygodniach na morzu, podchorąży jest zdolny do samodzielnego prowadzenia okrętu. Wykształcenie, które otrzymał, jest zgodne z wymogami Międzynarodowej Organizacji Morskiej, a dyplom honorowany na całym świecie. Choć już po studiach uważani są za "morszczaków" - ludzi opływanych - to dopiero po roku praktyki na okręcie Marynarki Wojennej absolwent AMW dostaje dyplom oficera pokładowego III klasy. To mu otwiera drogę do kariery morskiej. Każdy marynarz zna język angielski. Tego wymagają przepisy IMO. W AMW rozwój szkolenia językowego wymogła też perspektywa udziału w NATO. Już teraz kadeci słuchają wykładów specjalistów z zaprzyjaźnionych akademii duńskiej i holenderskiej marynarki wojennej. Mają też szansę odbyć praktyki na tamtejszych okrętach szkolnych. Z kolei Duńczycy i Holendrzy pływają u nas.
Uroczysta promocja: komendant AMW (nie rektor!) wręcza każdemu oficerski kordzik. Na podporuczników Marynarki Wojennej czekają już stanowiska pracy na okręcie. Trzech najlepszych wybiera sobie miejsca pracy. Pozostali dostają przydziały z dowództwa MW. Zarabiają około 1,5 tys. zł brutto. Oczywiście o mieszkaniu nie ma mowy. Tylko w tzw. "zielonych garnizonach" są zawsze wolne kwatery. Ale taka służba traktowana jest jak wygnanie. Czy trzyma ich w służbie tylko to, że w razie jej porzucenia przed upływem 15 lat straciliby przywileje emerytalne i musieli pokryć koszty kształcenia?
O AMW czyaj też tutaj. |