|
Ilekroć dzisiaj słyszę prezydentów, ministrów i premierów powołujących się
w swych decyzjach na niepodważalne ekspertyzy nauki, wspominam Victorinusa.
VICTORINUS, EINSTEIN I SZLACHCIC GŁÓWCZYŃSKI
Witold Kowalski
Nie z prawdziwą nauką ma sprawa. Chodzi o prikazy. A także o zakazy. O kary i pały. Pomysł, że przemoc władzy naukowe ma źródło, bardzo niedawnego jest chowu. Miewał ów koncept i dawniej swoich zwolenników - cyniczny Wolter zbił na nim wcale pokaźny kapitał - ale na dobre zawitał do nas dopiero na lufach krasnoarmiejskich tanków. Na Zachód się doczołgał jeszcze nawet później - w ślad za atomówką. Najtrwalszym być może śladem, jaki sowietyzm po sobie zostawi, może się okazać owo sprzężenie między władzą a nauką - na próżno wmawiane ludziom w objęciach Leninostalina, o wiele sprytniej i podstępniej wciskane dziś pod mniej podejrzliwą czaszkę zachodniego chowu. Gdziekolwiek ludzie zbierają się w kupie, zaraz się za nimi pragnie wcisnąć władza. Information Superhighway - to największe w dziejach kłębowisko ludzi, jest zarazem dla nich największą pułapką. Nigdzie bowiem władza tak łatwo nie kontroluje człowieka, co na publicznej drodze. Że droga ta od początku do końca ma naukowe oblicze, nie trzeba dodawać.
WSPOMINAM VICTORINUSA
Zresztą, to współczesne sprzężenie między nauką a władzą nie jest niczym nowym, sprzężenie bowiem faluje - wraca i odchodzi. Dokładnie przed tysiącem i sześciuset laty opisał je św. Augustyn wspominając postać profesora Victorinusa - człowieka tak uczonego, że aż wdzięczna współczesność pomnik mu okazały na Forum Romanum wystawiła. I tu zaraz pojawił się problem. Wśród licznych bowiem zagadnień, jakim profesor Victorinus poświęcał swą uczoną głowę, rozważania o znaczeniu murów w bycie społecznym człowieka zajmowały miejsce bynajmniej nie ostatnie. Pomnik zaś i okalający go cokół postawili pretorianie - dawni uczniowie profesora, co to w międzyczasie dochrapali się władzy. Uczynny Victorinus wystawiał im w zamian przeróżne naukowe ekspertyzy, aby się im tylko naukowo rządziło. No to wdzięczni byli...
Czy jednak mieli za co? Ilekroć dzisiaj słyszę prezydentów, ministrów i premierów powołujących się w swych decyzjach na niepodważalne ekspertyzy nauki, wspominam Victorinusa. I mam wątpliwości. Łatwo więc przyznaję - sprowokowany, przekroczyłem tę rzeczkę, co to nie opodal rzymiańskiego Forum rozwinęła wody. Nie taka straszna była. Na swoją obronę powiedzieć mogę tylko tyle, że siermiężnym Polaków zwyczajem przy ruczaju spędziłem swoje lata młode. Bydło pasłem i nierogaciznę, a wciąż mnie korciło. Łódki z kory strugałem, samolociki zwinne w powietrze puszczałem, czasem któryś przez rzeczkę przeleciał. Bydło samo się pasło, mnie zaś wciąż korciło, bardziej jeszcze niż wprzódy, co tam naprawdę jest, po tej drugiej stronie, na rzymskim jarmarku? I na koniec: ta siła fatalna... A więc jestem, a ze mną rogate me sotnie, kwiczące legiony - karzcie, chwytajcie za pały!
Myśl, której zwyciężyć przyjdzie (bądź polec na polu chwały) jest taka: wbrew pozorom, przeżarte po kupiecku pojmowaną praworządnością społeczeństwa Zachodu nie zdążają do wyzwolenia, lecz do stłamszenia Człowieka. Przed dwoma wiekami dlatego w biały dzień napadnięto i pobito Polskę, że stała na drodze wynaturzenia ludzkości.
W DRODZE DO JAROSŁAWIA
XVII-wieczny poeta Wacław Potocki napotkał kiedyś przy drodze Żyda zmierzającego do Jarosławia, może na jarmark, a może na jakąś terenową naradę. - Z czym tam idziesz? - chce wiedzieć Potocki, niegdysiejszy wprawdzie arianin, ale już przekonany do polskiego zegara dziejów. - Z głową! - odpowiada Żyd. A widząc, że poeta nie bardzo kojarzy, dodaje: - Chciej mnie waszmość zrozumieć, mości panie, proszę: kto inszy ją dla kształtu, ja z potrzeby noszę!
Począwszy tak mniej więcej od XVI wieku aż po czasy rozbiorów Rzeczpospolita, jako największe w świecie siedlisko owej abstrakcyjnej głowy, była w pozycji monopolisty nad światem myśli starozakonnej. Była to dominacja prawdziwa, nie mniejsza najpewniej, niż ta chociażby, z jaką jeszcze przed 10 laty korporacja IBM panowała nad światem komputerów. Albo Sowieci nad nami. Albo Microsoft dzisiaj nad nami i nad byłymi Sowietami.
Rozbiory zniosły szlachecki monopol, ale nie umiały go niczym zastąpić. Rewolucja pojęciowa, jaką wywołał w nauce, a potem i w technologii, Albert Einstein, nie miała odniesień w zastanym obrazie myśli europejskiej, miała natomiast, i to bardzo, uwikłanie swoiste wynikające z faktu nieistnienia Rzeczypospolitej Polskiej. Dziwne, co? Niemniej całkiem prawdziwe: wbrew temu, co sobie pochlebnie przypisują dzisiaj europejscy nobliści, sama postać Einsteina nie przystawała do zachodniej metody osiągania nowej wiedzy o świecie. Przystawała, jak najbardziej, do piaszczystej drogi wiodącej do Jarosławia, ale do Zachodu - nie. Wręcz odwrotnie: można by przytoczyć tysięczne przykłady, jak to cywilizacja Zachodu za nic nie była w stanie pojąć, co to znaczy "człowiek z głową". Jak to próbowała Einsteina od dziecka flekować, zabić w nim naturalne talenta, nade wszystko zaś chęci do szukania rozumu właśnie w swojej własnej głowie. Można by wspomnieć o utrudnianiu mu zdobycia wykształcenia - z wyrzucaniem go ze szkoły włącznie, o swarach wywołanych przez jakieś rubryczki w jego paszporcie, o słowiańskiej żonie, bez przerwy oblewanej na egzaminach, lecz której wkład w powstanie teorii wciąż jest pod dyskusją i o bezrobotnym, trudnym życiu obojga. Można by wspomnieć o uporczywym trzymaniu go poza społecznością akademicką i o jego pracy doktorskiej, która jakiejś profesorskiej mędrowinie wydała się zbyt głupia. Można by wspomnieć, że gdy wreszcie udało się Einsteinowi dostać zatrudnienie w jakimś podrzędnym urzędzie, z miejsca też mu obniżono stanowisko - choć jego poprzednika klasyfikowano w II kategorii, Einsteina zaliczono do III. Można by też wspomnieć o panu Minkowskim, który mądrość Einsteina przełożył na język geometrycznego komiksu i dopiero wtedy Europa poczęła coś powoli chwytać.
PŁASZCZ RZECZYPOSPOLITEJ
Nie ulega wątpliwości, iż późniejsza oszałamiająca kariera Einsteina nie wynikła z jakiejś europejskiej skłonności do nagradzania ludzi "z głową", lecz została wymuszona argumentem prawdy. Einstein odkrył bowiem przed myślą europejską prawdy odwieczne, oderwane od znanej jej rzeczywistości, a nawet z nią wręcz żyjące w bardzo jawnej sprzeczności. Równie dobrze te teorie można byłoby odkryć o dwieście lat wcześniej w Wilnie czy właśnie w drodze do Jarosławia. Ale nie w Europie! Myśl europejska kieruje się jedną żelazną zasadą: prawdy się nie odkrywa, prawdę się użytkuje. Że taka postawa zwalczać będzie każdego człowieka "z głową" - w drodze do Jarosławia czy do Włocławka, o nazwisku Einstein, czy o nazwisku Główczyński -- to jest całkiem jasne. Że taka postawa naiwny i siermiężny płaszcz Rzeczypospolitej zerwie jednym ruchem i bez żadnego obciachu, nie trzeba dodawać.
Płaszcz Rzeczypospolitej to był po prostu oddech dla ludzkości. Ba, dla całego świata! Dla polskiej świni - to wiemy, dla ludzi z głową - też wiemy, ale przecież także i dla pająka kosmatego pod ścianą. Czy trywializuję sprawę? Zaraz się okaże.
Przed chwilą wspomniana "oszałamiająca kariera" Einsteina nie była, jak się dobrze przyjrzeć, w końcu tak oszałamiająca. Owszem, obsypano go nagrodami i zaszczytami od góry do dołu. Owszem, pozwolono się pławić w sławie "najmądrzejszego człowieka naszych czasów". Owszem, wszystko mu dano, oprócz tego jednego: przestano tych jego mądrości słuchać. Ot, powiedziano, myśl Mistrza zboczyła z właściwej drogi. Mądry jest on nad podziw, ale po manowcach się błąka. Uzdolniony straszliwie, tyle że...
MISTRZ I NOBLIŚCI
Tu kolej na krótką anegdotę. Otóż w roku 1863 Żydzi bardzo przemyślnym sposobem uratowali życie pewnemu ukrywającemu się przed pościgiem Moskali powstańcowi. Mianowicie doprawili mu pejsy i brodę, czapę z najlepszych soboli wsadzili na głowę, przebrali w szale i jedwabny chałat, posadzili na odświętnie udekorowanym wozie i powieźli w drogę. Napotykanym sołdackim patrolom i straży granicznej tłumaczyli, że wiozą swego najświetniejszego rabina, który to rabin, choć młody, jest tak bardzo mądry, że on z nikim już nawet rozmawiać nie może i na żadne pytania nie odpowie, bo mądrość jego wiedzy przerasta pytania. Goje tę legendę kupili, jak złoto i nasz powstaniec, bez żadnych przepytywań ze strony Moskali, przedostał się za granicę. Otóż, to, co w kilkadziesiąt lat później nauka europejska uczyniła z Einsteinem, było powtórzeniem hucpy z 1863 roku - oświadczono światu, że Mistrz jest już tak bardzo mądry, że nikt nie jest w stanie zrozumieć, co mówi, więc i pytać nie warto. A jeśli już tak strasznie chcesz wiedzieć, co mówi, to my - pretorianie/nobliści z otoczenia Mistrza - rzecz ci wytłumaczymy. Hucpa niesłychana, bo to, co Mistrz mówił, zupełnie nie przystawało do tłumaczeń noblistów. Mówił: nobliści w złą stronę skierowali naukę. Mówił: Bóg w kości nie gra. Mówił: Nie pozwólcie tym barbarzyńskim Niemcom znowu zdominować sprawy Europy - to właśnie przed samą śmiercią mówił. Ale - nikt go już nie słuchał, świat od dawna przestroił swe radio (telewizji nie było) na egzegezę noblisty. Tego, czy innego.
No dobrze, ale jak się to wszystko ma do kosmatego pająka z gatunku, nazwijmy go, paiacus cosmatus? Ano tak, że choć Zachód był już na Księżycu, atomówkę niejedną rzucił tu i ówdzie i bez żenady odtwarza obraz świata w ułamek sekundy po akcie Stworzenia, wszelako konstrukcja pajęczyny zbierającej w kącie kurze wciąż pozostaje dla niego niewyjaśnioną zagadką! Równania geometryczne, jakie trzeba wprowadzić, by dokonać symulacji sieci pajęczej jeszcze, od biedy, co mocniejszy komputer wytrzyma, ale gdy trzeba na nie nałożyć nieco fizyki, chemii - sprawę lepliwości tych a nie innych nitek (żeby się pająk sam do nich nie przykleił), kąty napięć, testy lateralne, mechanikę i ekonomikę przędzalni - korki wysiadają w każdym instytucie! To, że nić pajęcza jest najmocniejszym materiałem świata, o niebo przerastającym wytrzymałość najtwardszej z utwardzonych stali, jest faktem tyleż znanym, co skrzętnie ukrywanym, bo zamiast Stalina musielibyśmy mieć Śliniacza. Bądźmy szczerzy: tak naprawdę, tej złożoności, jaką stanowi pająk z gatunku cosmatus, sowiecko-europejska wiedza nie jest w stanie objąć. Nie jest w stanie dzisiaj, a co dopiero przed stu czy pięćdziesięciu laty? Przed dwustu, trzystu? Przecież to już wtedy, gdy ową szlachecką Polskę wykańczała, chwaliła się Europa, że wszystko jest w stanie zrozumieć. Ale nie jest, wtedy nie była i do dziś nie jest, choć bardzo była i jest w stanie zniszczyć - niejeden gatunek pokrewny wobec naszej polskiej świni czy kosmatego pająka w ciągu tych kilkuset lat posłała w bezpowrotną podróż w objęcia czarnej dziury niebytu.
POKONAĆ WSZYSTKICH NA PAPIERZE
Tu znowu przypomina się nam profesor Victorinus - ów niewątpliwy noblista sprzed ponad półtora tysiąca lat. Otóż św. Augustyn nie dlatego naukową karierę Victorinusa opisał, że Victorinus tak wspaniałe mądrości głosił, ale dlatego, że się Victorinus na starość tych mądrości wyparł. Po prostu: Victorinus zrozumiał, że dobrze ułożoną ekspertyzą na papirusie pokonać może wszystkich. Ba, kiedy po swojej stronie i walec postawi, i prikaz, i pałę, całe plemię brudnych, barbarzyńskich Daków wytnie nie zrosiwszy czoła. Tyle że, co z tego? Czyż prorządowy walec nie jest, wbrew pozorom, przedłużeniem muru? Niby walec równa, niby mur obala, ale czy nie po to tylko, aby nowy mur w tym miejscu postawić? Mury, jak pamiętamy, w myśli Victorinusa brały miejsce poczesne. A że głowę miał on nadzwyczaj logiczną, pod koniec nie widział innego wyjścia, jak mury przekroczyć, naukę porzucić i wyniosły żywot noblisty zamienić na zwykłe, siermiężne, człowiecze bytowanie.
Sam zaś Augustyn Hippacki zanim został świętym też uprawiał naukę. Zadziwiające, jak jego rozważania o naturze jasności, przypominają Einsteinowskie myśli o naturze światła.
Witold Kowalski jest pisarzem i publicystą. Mieszka w Anglii. Esej jest fragmentem książki Świnia a sprawa polska, która ukaże się wiosną w Krakowie.
|