|
Wojciech Chudy
Wolność od kryzysu nie oznacza wcale zmniejszania punktów procentowych inflacji, energiczności rządu i malejącego bezrobocia. Kryzys w świecie ludzkim bowiem to coś o wiele więcej i głębiej. To obojętność, nonszalancja i zaprzepaszczenie podstawowych wartości ważnych dla człowieka i świata. Ten kryzys od wielu dziesiątek lat jest domownikiem kultury, a zwłaszcza wysoko cywilizowanego świata Europy. My jeszcze nie jesteśmy tu na bieżąco, ale wszystko wskazuje na to, że wkrótce doszlusujemy do peletonu.
Podstawy kryzysu tkwią głęboko. Ogólnie można określić te przyczyny jako odejście od naturalnego pojmowania człowieka, zerwanie z tą jego wizją, którą Kościół oraz niektórzy filozofowie na długo przed Kościołem głosili ludzkości. Jej sednem było przekonanie, że jako ludzie mamy swoje prawa, lecz mamy też obowiązki (wobec siebie, drugich, Boga i świata). Jedne i drugie nie są arbitralne, lecz obiektywne - wynikają z istoty otaczającego nas świata zewnętrznego, z natury naszego wnętrza oraz relacji do innych, podobnych nam jednostek.
Szczegółowo można zobaczyć ową przyczynę kryzysu rozbitą na trzy konsekwencje. Po pierwsze, na dominację negatywnej (liberalistycznej) koncepcji wolności - "jestem wolny, bo mogę odrzucić jakąkolwiek wartość". Po drugie, na porzuceniu pojęcia i wartości natury ludzkiej - "nie ma we mnie nic stałego i zdeterminowanego moralnie". Trzecia konsekwencja jest wynikiem poprzedniej: upowszechnieniu ulega postawa autokreatora - "sam stwarzam siebie i swoje normy postępowania".
Optymistyczni sceptycy mogliby powiedzieć: "Tak było zawsze". Rzeczywiście, odkąd można odczytać ludzkie poglądy, spotyka się wyraz stanowiska libertynizmu, antynaturalizmu czy autokreacjonizmu. Jednak jest coś, co wyróżnia dobę obecną od poprzednich. Jest to - upowszechnienie.
Odnośnie do tego fenomenu Heglowska reguła przechodzenia zmian ilościowych w jakościowe znajduje swoje zastosowanie, a nawet święci dość ponury triumf. To już nie jednostkowe czy elitarne postawy mające posmak ekstrawagancji intelektualnej, lecz poglądy powszechne, uderzające na ulicach miast, w codzienności domowej, w sztuce, literaturze i polityce. Mamy dzisiaj postmodernistów filozofów, artystów i posłów (tylko czekać, aż założą Postmodernistyczny Klub Parlamentarny - wiem nawet, w ramach jakiej partii).
Taki jest ton dzisiejszej epoki. Najpierw ja, potem ty i my! Najpierw użycie, potem obowiązek! Najpierw wolność, potem pytanie: "jaka?", czyli najpierw wolność, potem dopiero ewentualnie prawda. Poglądy te przyjmują się łatwo i rozszerzają gwałtownie. Muszą jednak mieć do tego celu swoiste medium. W tym miejscu dotykamy tytułu niniejszego felietonu.
Masowe środki przekazu. Ich nowożytna i współczesna kariera jest szybka i ciągle ekspansywna. Pisze Marshall McLuhan, największy w XX w. filozof mass mediów: "Wszelkie techniki stanowią przedłużenia funkcji życiowych organizmu ludzkiego, przeto tworzą wokół nas nowe środowisko, które także można nazwać otoczeniem". ("Wybór pism", tłum. K. Jakubowicza). Swoiste otoczenie (Umwelt) człowieka oddziaływuje na niego. Zgodnie z tezą negującą stałą naturę ludzką, ma powstać "nowy człowiek".
Założenia te wydają się triumfować w naszym dobiegającym końca wieku. Najpierw radio. Przedsiębiorczy i zacny pan Marconi nawet nie przypuszczał, jak rewolucyjny wynalazek wypuścił w świat. Popularne "kołchoźniki" (głośniki nadające program z radiowęzła) kształtowały "człowieka sowieckiego" od Berlina do Seulu; dr Goebbels zaś oparł na radiu całą teorię swego ministerstwa informacji. Dziś mamy aktywne wszystkie media: gazetę, radio, kino, no i telewizję oraz jej krewnych (wideo itp.). Wcale nie trzeba dziś czytać Sartre’a, by stać się relatywistą, nie potrzeba studiować Freuda, aby hołdować zasadzie hedonizmu. Wystarczy chodzić po ulicy, rozmawiać z ludźmi, oglądać program telewizyjny. Ostatni rozdział rozprawy wizjonera z Kanady McLuhana, "Galaktyka Gutenberga", nosi znamienny tytuł: "Galaktyka w nowej konfiguracji, czyli nieszczęsny żywot człowieka masowego w społeczeństwie indywidualistycznym".
Z pewnością rozwój środków przekazu społecznego, a właściwie ich eksplozja w naszym wieku stanowi jedną z istotnych przyczyn upowszechnienia treści i poglądów skłaniających człowieka do przyjmowania postawy niezgodnej a często zasadniczo sprzecznej ze swoją prawdziwą istotą.
Na tym polega najgłębszy kryzys: człowiek z własnej woli staje się inny niż powinien być naprawdę.
Tragedią większości środków przekazu dzisiaj jest fakt, że środowiskom, w których mocy jest upowszechniać informacje i kształtować opinie, nie chodzi wcale o prawdę. Raczej o pieniądze i władzę polityczną lub ideologiczną. Tak jest w większości przypadków. Ludzie, którzy dysponują stacją telewizyjną, rozgłośnią radiową lub gazetą, nie rozumieją albo raczej nie chcą rozumieć, że ich misją winna być prawda.
Przy czym nie mówimy tu o jakiejś konkretnej prawdzie w postaci idei lub systemu poglądów. Postulat, aby wszystkie media przyjęły jeden punkt widzenia (np. personalizmu lub pozytywizmu), byłby tożsamy z dość przebrzmiałym już żądaniem uprawiania "jedynie słusznej" ideologii. Misję środków przekazu powinien określać aspekt prawdy, tak rozumiany, że pytanie o to, "czy tak jest naprawdę", winno towarzyszyć działaniom i decyzjom ludzi mediów, zarówno dziennikarzy, jak i redaktorów naczelnych czy szefów anten.
Technika środków przekazu osiągnęła dziś bardzo wysoki poziom; jednak samoświadomość moralna ludzkości co do ich przeznaczenia jest ciągle bardzo niedojrzała.
Marshall McLuhan (1911-1980) - mało się o tym mówi - był żarliwym katolikiem. W swej wizji globu ziemskiego oplecionego elektroniczną siecią przekaźników informacji widział szansę przekazania ludzkości prawdy. Jego koncepcja ma wiele wspólnego z koncepcją nowej ewangelizacji głoszonej dzisiaj przez Kościół. Misyjna funkcja środków przekazu społecznego, w jaką wierzył McLuhan, odżywa dziś w świecie, który - zmęczony nachalnością mass mediów i rozgoryczony ich manipulacją - łaknie Słowa. |