Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 11/1999

Granice absurdu
Poprzedni Następny

Jest rzeczą niesłychaną, że sprawy o oszustwa naukowe 
przedawniają się po czterech miesiącach.

Piotr Kieraciński


Fot. Stefan Ciechan

W wystąpieniu inaugurującym rok akademicki we wrocławskiej Akademii Medycznej dr hab. Leszek Paradowski, prof. AM, nowy rektor uczelni, stwierdził: – Z ubolewaniem zmuszony jestem oświadczyć, że członkowie niektórych zespołów klinicznych (...) prowadząc wyniszczające konflikty źle służą uczelni. (...) Tym problemom planuję poświęcić więcej uwagi na ogólnouczelnianej naradzie. Wszyscy uczestnicy uroczystości dobrze wiedzieli, że chodzi o I Katedrę i Klinikę Ginekologii i Położnictwa.

NIEZNACZNE UCHYBIENIA

Konflikt rozpoczął się niemal dwa lata temu. W końcu 1997 r. dr Andrzej Wilczyński, pełniący wówczas funkcję adiunkta dydaktycznego w I Katedrze i Klinice Położnictwa, przedstawił na Wydziale Lekarskim AM swoją pracę habilitacyjną Prognozowanie masy urodzeniowej noworodka w ciąży powikłanej cukrzycą. Siedmiu pracowników z tej samej katedry stwierdziło, że praca zawiera wiele niejasności i błędów, które dyskwalifikują ją jako pracę naukową. Autor np. stwierdza, że korzysta z metodyki opisanej w artykule z 1993 r., a sam badania wykonywał w 1989 r., na użytek poprzedniej wersji habilitacji. Notabene, w artykule podano powody, dla których ta metoda nie powinna być stosowana w przypadku kobiet w ciąży. Zdumiewająca jest też żonglerka liczbami, np. te same noworodki w pracy z 1997 r. miały inną masę urodzeniową niż w pracy z 1991 r. Sposób przeprowadzenia badań opisany w pracy w żaden sposób nie mógł być zrealizowany w warunkach kliniki. Lista zarzutów wobec działalności naukowej dr. Wilczyńskiego obejmuje kilkadziesiąt stron.

W styczniu 1998 r. „siódemka” – pięcioro adiunktów z katedr ginekologii i położnictwa: dr Małgorzata Pawelec, dr Bogusław Pałczyński, dr Tomasz Michalik, dr Jan Kasiak, dr Łukasz Terpiłowski, oraz dwóch lekarzy ze Szpitala Klinicznego: Zdzisław Jezioro i Tytus Nowak – poinformowała prof. Jerzego Czernika, rektora AM, o zarzutach wobec habilitacji Wilczyńskiego. Wtedy jeszcze nie chcieli nazywać tego fałszerstwem. Uważali, że zapobiegają kompromitacji uczelni, która mogłaby mieć miejsce w przypadku dopuszczenia pracy dr. Wilczyńskiego do dalszego postępowania habilitacyjnego. Rektor skierował wniosek o zbadanie słuszności zarzutów do tej samej komisji, która pracę zatwierdziła do habilitacji. Ta zauważyła tylko nieznaczne uchybienia, które jednak, zdaniem członków komisji, nie podważały wartości całej rozprawy. Trudno się było spodziewać innego wniosku, gdyż grono profesorskie zasiadające w komisji było w tym wypadku sędzią we własnej sprawie. Przyznając rację siedmiu adiunktom i lekarzom, profesorowie musieliby przyznać się do błędu.

NIEOSTROŻNOŚĆ LUB NAIWNOŚĆ

Sprawa była o tyle delikatna, że prof. Jerzy Robaczyński, ówczesny kierownik I Katedry i Kliniki Położnictwa AM, traktował dr. Wilczyńskiego jako swego potencjalnego następcę na stanowisku kierownika katedry i kliniki. Warunkiem objęcia funkcji była jednak habilitacja. W 1992 r. dr Wilczyński został adiunktem dydaktycznym, a więc faktycznym zastępcą kierownika katedry, mimo podejrzenia o plagiat w pierwszej wersji swej pracy habilitacyjnej, zgłoszonej w 1990 r. Zespół ds. Etyki Badań Naukowych przy KBN, który zajmował się w 1998 r. sprawą dr. Wilczyńskiego, nie potrafił zrozumieć, jak uczelnia mogła awansować na to stanowisko człowieka, którego podejrzewano o plagiat, a jego sprawa nie została do końca wyjaśniona. Uczelniana komisja dyscyplinarna zajmująca się plagiatem z 1990 r. stwierdziła, że kilka stron pracy doktorskiej Michaela Herbicha znalazło się we wstępie do habilitacji dr. Wilczyńskiego przez przypadek. Ten zaś tłumaczono różnie: bądź to korzystaniem przez obu panów z jednego komputera, bądź próbowano właśnie Herbichowi, który swój doktorat obronił rok wcześniej, przypisać wykorzystanie notatek Wilczyńskiego do wstępu rozprawy habilitacyjnej. Prof. Mieczysław Cisło tłumaczył mi, że dr Wilczyński pomagał niemieckiemu lekarzowi, znającemu wówczas dość słabo język polski, przygotowywać polską wersję doktoratu. Potem sam wykorzystał kilka stron tekstu dotyczącego powszechnie uznanej klasyfikacji cukrzyc. Profesor nie widzi w tym nic złego, uważa to tylko za nieostrożność lub naiwność dr. Wilczyńskiego. Komisja dyscyplinarna powołana w 1991 r. w tej sprawie stwierdziła naganność czynu, jednak nie określiła go jako plagiat. Sprawa „przyschła” i nikogo nie ukarano.

WYMYŚLONE WYNIKI

Jednak prawdziwa „zabawa” rozpoczęła się w styczniu 1998 r. Władze AM, zamiast rzeczowo ocenić zarzuty postawione pracy dr. Wilczyńskiego, wytoczyły ciężkie działa przeciw tym, którzy błędy w tej habilitacji wykryli. Otrzymali oni m.in. nagany za wyjście na konferencję naukową, są bezprawnie i bez żadnych merytorycznych podstaw poddawani ocenie okresowej, uniemożliwia im się wykonywanie w pełnym zakresie pracy leczniczej i dydaktycznej. W końcu dr Maciej Kowalski, dyrektor Szpitala Klinicznego, w którym pracują „oskarżyciele”, zabronił kilku z nich wykonywania zawodu lekarza, co zupełnie nie leży w jego kompetencjach. Nagle ludzie, którzy wystąpili w obronie dobrego imienia uczelni, „z siedmiu wspaniałych stali się siedmioma kamikadze”, komentuje prof. Witold Karczewski, przewodniczący Zespołu ds. Etyki Badań Naukowych przy KBN.

Po stwierdzeniu poprawności naukowej pracy dr. Wilczyńskiego przez komisję wydziałową owych siedmiu lekarzy postanowiło sprawdzić, czy autor habilitacji przeprowadził eksperyment, którego wyniki przytaczał. W tym celu opracowali ankietę, skierowaną do uczestniczek eksperymentu dr. Wilczyńskiego. Odwiedzili w domach 12 spośród 42 kobiet z tzw. grupy kontrolnej, które miały być poddane badaniom. Wszystkie stwierdziły, że opisanych w pracy badań u nich nie przeprowadzono oraz że nie wyrażały zgody na uczestniczenie w eksperymencie medycznym. Ankiety trafiły do władz uczelni, tym razem z oskarżeniem dr. Wilczyńskiego o fałszerstwo naukowe, polegające nie tylko na błędnym przeprowadzeniu eksperymentu, ale być może nawet na wymyśleniu jego wyników. Rektor Czernik powołał komisję pod kierownictwem prof. Józefa Małolepszego. Komisji – w której składzie była m.in. dr hab. Borodulin-Nadzieja, prof. AM, dziekan Wydziału Lekarskiego – udało się odwiedzić 3 spośród wskazanych kobiet. Potwierdziły one prawdziwość wyników uzyskanych przez skarżących dr. Wilczyńskiego. W sprawie powołano rzecznika dyscyplinarnego, prof. Krystynę Sawicz-Birkowską, która wkrótce umorzyła sprawę z powodu przedawnienia. Z tego niezadowoleni są wszyscy: i rektor, i autorzy oskarżenia. Także dr Wilczyński w rozmowie ze mną dał wyraz niezadowoleniu ze sposobu postępowania rektora Czernika. Uważa, że jego sprawę przeciągano celowo, aby uniemożliwić mu szybkie uzyskanie habilitacji i wystąpienie w konkursie na stanowisko kierownika katedry i kliniki, które zwolniło się we wrześniu tego roku po przejściu prof. Robaczyńskiego na emeryturę.

KOBIETY POD PRESJĄ

Dr Wilczyński stanowczo odpiera zarzuty o fałszerstwo. Uważa, że sprawa rzekomego plagiatu z 1990 r. została w uczelni ostatecznie wyjaśniona. Badania do habilitacji miał prowadzić w czterech różnych palcówkach w ciągu wielu lat. Cukrzycą u kobiet w ciąży zajmuje się od 1987 r. Opublikował na ten temat 70 prac naukowych. A oświadczenia, które „oskarżyciele” uzyskali od kobiet biorących udział w jego eksperymencie? Sposób przeprowadzenia ankiet, zdaniem Wilczyńskiego, zupełnie dyskwalifikuje ich wartość, ponieważ kobiety odpowiadały na ankietę pod presją, były zastraszane. Należało wezwać je na uczelnię i przepytać je w obecności odpowiedniej komisji oraz prawnika. Dr Wilczyński dyskwalifikuje także wartość pracy komisji kierowanej przez prof. Małolepszego. O niepoprawności prowadzenia dochodzenia przez tę komisję jest przekonany także rektor Paradowski. Niestety, nie chce się odnieść do wyników ankiet, tłumacząc, że nie jest specjalistą w tej właśnie dziedzinie. Rektor jest przekonany, że konflikt wśród położników ma charakter personalny, choć strony posługują się w nim argumentami merytorycznymi.

ZMOWA MILCZENIA

Jesienią 1998 r., gdy w uczelni szala zwycięstwa zdawała się przechylać na stronę dr. Wilczyńskiego, sprawa jego habilitacji trafiła za pośrednictwem Ministerstwa Sprawiedliwości do dyrektora Departamentu Nauki i Kształcenia Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej (taka była wówczas nazwa resortu). Prof. Andrzej Lewiński, dyrektor departamentu, powołał komisję profesorską, która zapoznała się z pracą Wilczyńskiego oraz zarzutami przeciw niej wysuniętymi. Na podstawie opinii tego zespołu, prof. Lewiński uznał „za bezsporne popełnienie przez dr. Wilczyńskiego oszustwa naukowego”. Ujął się także za zwolnionymi wówczas bezprawnie z pracy – po raz pierwszy, bo sytuacja miała się wkrótce powtórzyć – lekarzami skarżącymi Wilczyńskiego. Niestety, ta interwencja przeszła w Akademii Medycznej bez echa. Nadzór Ministerstwa Zdrowia nad podległą mu jednostką w tym wypadku okazał się iluzoryczny.

W tym samym mniej więcej czasie sprawa trafiła do Zespołu ds. Etyki przy KBN. Podczas jednego z posiedzeń w listopadzie 1998 r. uznano, że obraz stosunków międzyludzkich, a także postaw zawodowych oraz sprawności zarządzania jednostkami Akademii (...) jest po prostu przygnębiający. 

Gdy próbuję się dowiedzieć czegoś o wznowieniu procesu habilitacyjnego dr. Wilczyńskiego, natrafiam na prawdziwą zmowę milczenia. Dr hab. Borodulin-Nadzieja, dziekan Wydziału Lekarskiego, nie chce ze mną na temat sprawy w ogóle rozmawiać. Stwierdza, że postępowanie habilitacyjne jest w całości tajne. Na tajność postępowania habilitacyjnego powołują się także inni członkowie władz AM, m.in. rektor Paradowski. Tymczasem ustawa o tytule naukowym i stopniach naukowych stwierdza, że niektóre etapy postępowania habilitacyjnego są niejawne. W żadnym paragrafie nie ma mowy o obejmowaniu tajemnicą całego postępowania. Niejawne są np. recenzje, ale to, czy praca została skierowana do recenzji oraz czy recenzja jest pozytywna, czy negatywna, jest jak najbardziej jawne. Czy nie zbyt wiele tych „tajemnic? Moje wrażenie potwierdza prof. Karczewski: – Za dużo jest w procedurze habilitacyjnej momentów niejawnych lub uważanych za niejawne.

Z POWODU PRZEDAWNIENIA

Wiosną 1999 r. w AM przeprowadzano reorganizację, polegającą na połączeniu I Katedry i Kliniki Ginekologii z I Katedrą i Kliniką Położnictwa. Władze uczelni postanowiły wykorzystać tę zmianę w celu osłabienia pozycji trójki adiunktów, którzy wciąż bronili swojego przekonania o nieuczciwości dr. Wilczyńskiego. Wbrew obowiązującym przepisom próbowano poddać wszystkich pracowników obu restrukturyzowanych placówek ocenie, następnie zwolnić wszystkich oraz rozpisać nowy konkurs. Był on nieważny już w momencie jego ogłaszania, jednak władze uczelni się tym nie przejęły. Ci, którzy próbują działać zgodnie z prawem, zostają wykluczeni z grona pracowników. Rozpoczyna się batalia przed sądem pracy i wkrótce zostaje wygrana przez dr. Bogusława Pałczyńskiego, a następnie dr Małgorzatę Pawelec.

W grudniu 1998 r. Komisja Dyscyplinarna dla Nauczycieli Akademickich AM, kierowana przez prof. Mariana Klingera, obecnie prorektora AM, uniewinnia dr. Wilczyńskiego z postawionych mu zarzutów. Niestety, ponieważ jest to komisja dyscyplinarna, jej argumenty pozostają niejawne. Wiosną 1999 r. rzecznik dyscyplinarny – rektor Czernik powołał tymczasem nowego rzecznika – dr hab. Juliusz Jakubaszko, który nie zgadza się z opinią komisji uczelnianej, kieruje tzw. sprawę Wilczyńskiego do Komisji Dyscyplinarnej przy Radzie Głównej Szkolnictwa Wyższego. Ta, po wnikliwym zapoznaniu się ze sprawą stwierdza, że AM naruszyła wszelkie możliwe zasady postępowania w takich przypadkach. Przede wszystkim zaniedbała obowiązujące terminy, przez co „wyroki” wydawane przez zbyt późno powołane komisje uczelniane są z mocy prawa nieważne. Podobnie decyzja o uniewinnieniu Wilczyńskiego. Komisja zmuszona jest umorzyć sprawę z powodu... przedawnienia. Z pytaniem o tę kwestię zwróciłem się do przewodniczącego Komisji Dyscyplinarnej przy RG, prof. Marka Bojarskiego. – Ustawa nie pozwala mi ujawnić treści orzeczenia na forum publicznym – mówi. – Jestem, jednak zbulwersowany tym, że komisja dyscyplinarna nie może wydać orzeczenia co do meritum sprawy, a więc co do winy. Władze niektórych uczelni nie dbają o terminowe składanie wniosków. Stąd sprawy często kończą się umorzeniem z powodu przedawnienia. Nie należy jednak utożsamiać umorzenia z przedawnieniem czynu.

Chodzi o to, że sprawa zostaje przedawniona, jeżeli w ciągu czterech miesięcy od daty otrzymania przez władze uczelni informacji o naruszeniu przez pracownika naukowego zasad etycznych czy prawa nie zostanie wszczęte postępowanie dyscyplinarne. Natomiast sam czyn ulega przedawnieniu po trzech latach.

SKAZANY NA INFAMIĘ

– Jest niezwykle groźne, jeżeli może powstać wrażenie, że w tym wypadku osoba obwiniona nie ponosi praktycznie żadnych konsekwencji z powodów, które trudno zaakceptować, jako że wynikają z formalnej bezradności Komisji Dyscyplinarnej przy Radzie Głównej, do której zbyt późno wpłynęły odwołania od decyzji uniewinniających – mówi prof. Andrzej Pelczar. – Przyszłe uregulowania prawne powinny sformalizować odpowiedzialność za przekraczanie terminów lub inne zaniedbania w postępowaniach dyscyplinarnych. Niestety, po przedawnieniu sprawy, stwierdzonym przez Komisję Dyscyplinarną przy RG, nie ma już dalszej możliwości jej prowadzenia. Orzeczenie tej komisji jest bowiem ostateczne.

– Jest rzeczą niesłychaną – mówi prof. Karczewski – że sprawy o oszustwa naukowe przedawniają się po czterech miesiącach. Wypowiedź prof. Bojarskiego wskazuje, że przypadki podobnego jak we wrocławskiej AM przeciągania spraw dyscyplinarnych mają miejsce częściej. Potwierdza to prof. Karczewski: – Ta sprawa nie jest odosobniona i jest ilustracją upadku etosu uczonego. Zdaniem przewodniczącego Zespołu ds. Etyki Badań Naukowych przy KBN, uczony, który dopuścił się oszustwa naukowego powinien być skazany na infamię. Prof. Pelczar dodaje: Gremia zajmujące się przewinieniami w zakresie etyki naukowej powinny być usytuowane bardzo wysoko. Powstanie w Polsce takiego gremium, wyposażonego w odpowiednie prerogatywy, uważam za niezbędne.

Od samego początku uczelnia zdawała się uciekać przed merytoryczną dyskusją nad zarzutami wobec wartości pracy habilitacyjnej dr. Wilczyńskiego, a raczej walczyła z jego oponentami. Rozpętała się lawina wzajemnych oskarżeń, pomówień. Towarzyszyła im intensywna kampania informacyjna w prasie wrocławskiej. Wiosną 1999 r. wszyscy byli już nieco zmęczeni. Władze AM zawarły z wrocławską prasą porozumienie: dziennikarze nie będą do końca roku pisali o sprawie, a Akademia uporządkuje problemy ginekologii i położnictwa. Na tę umowę powołał się w pierwszej rozmowie telefonicznej ze mną dr Krzysztof Kmieciak, rzecznik prasowy AM. Jednak w oficjalnej odpowiedzi na moje pytanie – skierowane do rektora AM – dotyczące umowy z prasą, Akademia nie przyznaje się do jej zawarcia. Jej istnienie potwierdzają jednak dziennikarze wrocławskich gazet, m.in. „Wieczoru Wrocławia”.

KPINY Z PRAWA

We wrześniu br. uczelnia zmuszona była przyjąć do pracy wszystkich niesłusznie zwolnionych pracowników. Wygrali oni sprawy w sądzie, a wyroki mają klauzulę natychmiastowej wykonalności. Niestety, władze AM ignorują te wyroki. Dr Pawelec nie dopuszczono do pracy przez cały październik i nie ma żadnego konkretnego przydziału. W końcu dr hab. Borodulin-Nadzieja, prof. AM, dziekan Wydziału Lekarskiego, skierowała ją do pracy w Zakładzie Anatomii Patologicznej (!), jednak bez prawa prowadzenia lecznictwa i badań naukowych. Wkrótce i ten przydział został anulowany. Dr Pawelec jeszcze cały listopad przesiedzi w domu. Dr Tomasz Michalik przeniesiony został do II Katedry Ginekologii i Położnictwa. Na dawnym stanowisku ostał się tylko dr Bogusław Pałczyński.

W połowie września rektor Paradowski otrzymał pismo, w którym pojawia się kolejny zarzut przeciw pracy dr. Wilczyńskiego – sfałszowanie badań w tzw. grupie badanej kobiet. Podpisane jest znów przez cztery osoby: do trójki konsekwentnych dołączył niepracujący już w AM Zdzisław Jezioro. Z mocy prawa rektor skierował sprawę do rzecznika dyscyplinarnego w celu wyjaśnienia. Równocześnie wszczął trzy sprawy przeciw adiunktom: dr Pawelec, dr. Michalikowi i dr. Pałczyńskiemu o to, że zataili dokumenty w poprzednim postępowaniu. To już zupełna kpina z prawa i przyzwoitości. Sytuacja sięga granic absurdu.

Podczas spotkania ze mną w ostatnich dniach października rektor Paradowski powiedział: – Moją wolą jest przeprowadzenie postępowania wyjaśniającego i ewentualnie dyscyplinarnego zgodnie z ustawą o szkolnictwie wyższym i statutem uczelni. Sprawa powinna być załatwiona dokładnie i możliwie szybko, gdyż jej przedłużanie źle służy Akademii Medycznej. W celu załagodzenia konfliktu pełnienie obowiązków kierownika I Katedry i Kliniki Ginekologii i Położnictwa powierzono człowiekowi z zewnątrz – dr. hab. Włodzimierzowi Baranowskiemu, prof. AM w Lublinie. Już na początku swego urzędowania powierzył on dr. Wilczyńskiemu, przeciw któremu toczy się postępowanie wyjaśniające w sprawie fałszerstwa naukowego, kierowanie częścią położniczą katedry, a dr Pawelec z wyrokiem sądu o przywróceniu do pracy nie wpuścił na oddział szpitala. Sposób porządkowania spraw we Wrocławiu wygląda raczej na pacyfikację. Baranowski pełni – być może nieświadomie – rolę wynajętego rewolwerowca. Wygląda niestety na to, że nikt poważnie nie zajmie się sprawą i nie rozpatrzy zarzutów wobec pracy dr. Wilczyńskiego. Kozłem ofiarnym tej sprawy będzie dr Małgorzata Pawelec, którą najbardziej dotknęły szykany ze strony władz AM, także nowego rektora. A sytuację po uporządkowaniu najtrafniej będzie można określić parafrazując słynne historyczne „porządek zapanował w Warszawie”.

Uwagi.