Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 11/1999

Telechata za wsią
Poprzedni Następny

Technologie teleinformacyjne rozwijają się niewiarygodnie szybko. 
Dzięki nim niegdysiejsze idee, jeszcze niedawno „zalatujące” science fiction, 
urzeczywistniają się na naszych oczach. 
Na przykład: wirtualizacja pracy i miejsca pracy.

Paweł Misiak


Fot. Stefan Ciechan 

Komputery, hipertekst i Internet wydają się spełniać przywoływaną często wizję Vannevara Busha o Memexie – maszynie-bibliotece, która zgromadzi cały dorobek intelektualny ludzkości i pozwoli na jego szybkie przeszukiwanie w dowolnym profilu tematycznym. Jak w przypadku większości wizji tego rodzaju, spełnienie staje się możliwe, kiedy powstają urządzenia i technologie potrafiące sprostać wymaganiom. Tak stało się w przypadku telepracy.

Mentalność pracy

Pojęcie telepracy, czyli pracy wykonywanej zdalnie, bez fizycznej obecności pracownika w zatrudniającym go przedsiębiorstwie czy instytucji, pochodzi z lat 60. W pewnej brytyjskiej firmie próbowano w ten sposób rozwiązać problem dużej absencji i fluktuacji kadr, wynikający z zatrudnienia dużej liczby kobiet mających małe dzieci. W latach 70., kiedy kryzys naftowy przeraził Amerykanów, komputery zaczynały swój tryumfalny pochód w kierunku biurek i rodziły się sieci telematyczne, idea wykonywania pracy zdalnie, a więc bez częstych dojazdów do odległych miejsc, stała się znowu ważna, teraz także z politycznego punktu widzenia.

Dzisiaj, kiedy zjednoczona Europa chce budować społeczeństwo informacyjne, temat ów pojawia się w polu zainteresowania unijnych decydentów. Unia Europejska przeznacza na zagadnienia związane z telepracą spore fundusze, co świadczy o sile działającego na rzecz tej idei lobby. Telepraca to coś więcej niż znane od dawna chałupnictwo. To praca w miejscu oddalonym od siedziby pracodawcy, przy możliwości zachowania stałego, intensywnego kontaktu z firmą czy zespołem współpracowników.

Telepraca dotyczy oczywiście najemników, czyli pracowników na etacie. Wykonywać ją można zarówno w domu, jak i w specjalnie przeznaczonych do tego miejscach – telecentrach, telechatach (telechałupach – żeby się kojarzyło z chałupnictwem?) czy telewioskach. Ogólnie rzecz ujmując, podstawą całego przedsięwzięcia jest z jednej strony odpowiednia organizacja pracy, z drugiej – możliwości techniczne.

O wystarczającej dostępności do sieci globalnej, także w naszym kraju, nie ma co się specjalnie rozwodzić – piszą o tym wszystkie gazety komputerowo-internetowe. Natomiast o kwestii organizacji pracy, a raczej zmian w myśleniu na jej temat wśród kadry zarządzającej, wciąż jeszcze mówi się zbyt mało. Tymczasem światowy rynek pracy zmienia się, co znajduje odbicie także w Polsce.

Wirtualizacja

Wiele elementów funkcjonowania dzisiejszego, ponowoczesnego społeczeństwa daje się zwirtualizować. Informacje są wartością samą w sobie. Wartością, a nie dobrem, które można fizycznie posiadać. Przykłady takiego zdematerializowania wartości widzimy codziennie na rynkach finansowych – ludzie kupują tam lub sprzedają dobra fizyczne, (złoto, sok pomarańczowy, waluty...), których nie widzieli na oczy! (...) Symboliczne są także plastikowe karty płatnicze i konta dostępne przez sieć komputerową – w obu przypadkach zastępują banknoty, których fizycznie nie ma ani bank, ani posiadacz konta. W rzeczywistości istnieje tylko informacja o nich, a operowanie pieniędzmi odbywa się przez zmianę tej informacji – pisze Dominique Monet, w wydanej u nas niedawno książeczce Multimedia.

Wirtualizacja dotyczy również wielu innych dziedzin – także pracy. Przez wirtualizację należy tu rozumieć przeniesienie działań ze sfery fizycznej do informacyjnej, ze świata atomów do świata bitów. Podobnie jak obrót banknotami wypierany jest przez wymianę informacji o „stanie kasy”, tak na hali produkcyjnej tokarz czy frezer nie obsługuje już maszyny własnymi rękoma, lecz tylko programuje komputer sterujący obrabiarką. I jak zakupy czy operacje finansowe mogą być (i są) dokonywane za pośrednictwem łączy telekomunikacyjnych, tak programowanie obrabiarki może się w zasadzie odbywać na przykład z domowego komputera operatora, powiedzmy przez Internet.

Przyzwyczajamy się już do symbolicznego pieniądza, do sprawdzania wyciągu z rachunku bankowego, zastępującego stanie w kolejce do kasy po pensję. Wciąż jednak trudno sobie wyobrazić mistrza czy kierownika w zakładzie przemysłowym, który „rozpuści” swoich podwładnych do domów, sprawdzając tylko, czy praca i plany produkcyjne są właściwie wykonywane. Rzecz nie w całkowitej nierealności takiej wizji, lecz raczej w mentalności większej części społeczeństwa, korzeniami tkwiącej jeszcze – jak zwykli pisać filozofowie współczesności – w cywilizacji przemysłowej, nowoczesnej.

Oczywiście, nie każdy rodzaj pracy poddaje się wirtualizacji. Jednak liczba zawodów i pracowników, dla których klawiatura i monitor komputera stają się podstawowym narzędziem pracy, rośnie z dnia na dzień. Najbardziej rozwinięta część świata, do której i my chcemy się przecież zaliczać, rozwija się w tym właśnie kierunku.

Ludzie i rzeczy

Główną barierą dla rozwoju telepracy – również w Polsce – są trzy czynniki: zarządzanie, zarządzanie i wreszcie... zarządzanie.

Przyczyna tego jest prosta. Kierownictwo firmy i managerowie boją się stracić pracownika z zasięgu wzroku. Mniema się, że niewidoczny pracownik robi wszystko, tylko nie wywiązuje się z powierzonych mu obowiązków. Jest niewydajny, niezdyscyplinowany, po prostu kłopotliwy. Obowiązującym w większości organizacji stylem zarządzania jest, nieco upraszczając, rozliczanie pracownika z czasu spędzonego w siedzibie firmy i realizowanych zajęć, najlepiej łatwo „policzalnych”. Mimo iż efekty pracy są równie istotne, to sposoby dochodzenia do nich wydają się znacznie ważniejsze.

Przytoczony fragment pochodzi z internetowego serwera poświęconego telepracy (http://www.telepraca.clan.pl). Dość precyzyjnie diagnozuje istniejący stan rzeczy. Zwraca też uwagę na drugi – oprócz mentalności kadry kierowniczej – istotny czynnik: właściwe dyspozycje psychiczne i osobowościowe telepracownika. Ktoś taki musi bowiem wykazać wysoki stopień odpowiedzialności i samodyscypliny, by praca została wykonana, a kierowanie nią mogło się ograniczyć do organizacji i pomocy, nie zaś oznaczało stały nadzór.

Jak robić?

Telepraca – o czym się często zapomina – nie musi oznaczać zdalnego wykonywania pracy w pełnym wymiarze czasu. Rozwiązania połowiczne są często znacznie bardziej efektywne. Można sobie znakomicie wyobrazić układ z podziałem: trzy dni w domu – dwa-trzy dni w firmie albo tydzień w telechałupie za rogiem – tydzień w uczelni w dalekim mieście. W ten sposób mamy i (tele)pracę blisko lub w domu, i bezpośredni kontakt z – uogólnionym – „zakładem pracy”.

Podstawowe zalety telepracy z punktu widzenia pracodawców to obniżenie tzw. kosztów stałych (utrzymywanie pomieszczeń, biurek, parkingów), możliwość zatrudnienia osób o najwyższych kwalifikacjach, które z jakichś względów nie mogą „odsiadywać” etatu w firmie, instytucji czy w uczelni, ograniczenie absencji pracowników, wreszcie – możliwość zatrudniania osób niepełnosprawnych bez konieczności inwestowania w specjalną organizację warsztatu pracy. Dla „zdalnie zatrudnionego” korzyści są oczywiste: wykonywanie pracy w domu lub w niewielkiej od niego odległości, a co za tym idzie – ograniczenie kosztów i czasu przejazdu, elastyczność czasu pracy, możliwość pogodzenia pracy z obowiązkami domowymi (np. opieka nad dziećmi) itp. Są również korzyści ogólnospołeczne: wspomniana szansa pracy dla niepełnosprawnych, zmniejszenie zanieczyszczenia środowiska (mniej przejazdów ludzi) czy możliwość aktywizacji zawodowej bezrobotnych na obszarach oddalonych od ośrodków, w których są miejsca pracy.

Oczywiście, należy też zwrócić uwagę na negatywne skutki wykonywania pracy w warunkach oddalenia. W literaturze przedmiotu wspomina się w tym kontekście o możliwości wystąpienia u pracownika poczucia izolacji i osamotnienia, o braku dostatecznej synergii z pracodawcą czy firmą, braku dostępu do niektórych zasobów (informacji, sprzętu), braku bezpośredniego nadzoru nad wykonywaną pracą, wreszcie o możliwości popadnięcia pracownika w pracoholizm i mieszaniu czasu pracy z czasem prywatnym, zwłaszcza gdy praca wykonywana jest w kapaciach i szlafroku. Wspomina się też o problemach prawnych.

Ciekawostką są sprzeczne opinie dotyczące wydajności telepracowników w porównaniu z pracownikami „stacjonarnymi”. Różne źródła podają różne wyniki badań. Wedle jednych, po przejściu na system telepracy wydajność zatrudnionego rośnie (podaje się nawet liczbę 40 proc.), wedle innych – maleje. Wydaje się więc, że należy poczekać na dalsze studia w tej materii, by stwierdzić, czy współczynnik zmiany wydajności należy umieścić po stronie zalet, czy wad telepracy.

Telechałupnictwo

Powyżej pojawiło się pojęcie telechaty (telechałupy; ang. telecottage). Oznacza ono miejsce specjalnie przystosowane do wykonywania zdalnej pracy, wyposażone w sprzęt komputerowy, nowoczesną łączność i inne potrzebne urządzenia. Nie jest to jednak tylko kolejne biuro, tyle że oddalone od siedziby firmy (instytucji). W telechacie pracować mogą osoby nie mające możliwości lub ochoty na pracę w domu. Z jednej telechaty mogą korzystać pracownicy różnych firm czy urzędów – członkowie lokalnej społeczności.

Telechata funkcjonuje więc w podobny sposób, jak na przykład biblioteka publiczna. Jest nowoczesnym ośrodkiem informacyjno-telekomunikacyjnym, dostosowanym do potrzeb społeczności lokalnej (gminy, wsi, osady), wyposażonym w dostęp do sieci komputerowych i służącym ogółowi mieszkańców danego obszaru do szerokiego zaspokajania potrzeb. (D.T. Dziuba, „Infoman” 7-8/99). Może zatem stać się bramą do szerokiego świata, zwłaszcza w regionach, skąd do miasta i do świata daleko.

W pewnym sensie za pracę uznać też można studiowanie (choć ostatnio jest ono związane z odwrotnym kierunkiem przepływu pieniędzy). Niemniej, wiele z tego, co powiedziano o telepracy, można zastosować do teleedukacji, zwłaszcza gdy myśleć o studiach wyższych czy podyplomowych. Zbliżone korzyści, podobne niebezpieczeństwa. Czy postawienie telechaty w każdej wsi i miasteczku nie byłoby jednym z tańszych społecznie rozwiązań problemów bezrobocia i równego dostępu do wykształcenia?

Technika i technologia jest gotowa, na wyciągnięcie ręki. Pieniądze też pewnie by się znalazły, jeśli dokonać bilansu zysków i strat w odpowiedniej perspektywie. Pozostaje więc sprecyzować wizje przyszłości i podjąć odpowiednie decyzje. To naturalny dalszy ciąg akcji „pracownia komputerowa w każdej gminie”. Sprawa zyskuje na aktualności. Unijne pieniądze czekają.

pawel_misiak@wroclaw.home.pl

Uwagi.