Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 11/1999

Nierówność
Poprzedni Następny

Nieprzekraczalną granicę ustaliła w tej materii owa królewna francuska, 
która zdziwiła się, że jej pokojówka ma tyle samo palców u rąk, co ona.

Piotr Skórzyński


Fot. Stefan Ciechan 

Doświadczenie nierówności jest pierwotnym doświadczeniem człowieka: wobec woli rodziców dziecko jest bezradne. W tym czasie nierówność przyjmowana jest jednak jako coś nieuchronnego i naturalnego – chociaż w wypadku nadużycia rodzicielskiej mocy mały człowiek może zacząć reagować jedyną dostępną mu bronią – kłamstwem. Przejawiając się jako autorytet nierówność jest czymś niezbędnym w prawidłowym rozwoju psychiki. Ostatnio szeroko propagowane wzorce „partnerskiego” traktowania dziecka przez rodziców okazały się przyczyną powstawania nerwic u dzieci pozbawionych tego czynnika, który wiąże się z autorytetem, a który dziecku potrzebny jest prawie jak pożywienie – poczucia bezpieczeństwa.

Właściwy przedmiot naszych zainteresowań, nierówność społeczna, zaczyna się wśród towarzyszy zabaw dziecięcych, a potem lat szkolnych. Różnica, początkowo odbierana przez dziecko wyłącznie jako inność, będąca powodem jedynie do ciekawości, zmienia się, poprzez dyrektywy i „objaśnienia” rodziców oraz w toku niezliczonych okazji do rywalizacji, w konstatację wyższości lub niższości.

Zainteresowanie psychologów i filozofów dzieckiem jest stosunkowo niedawne i datuje się właściwie dopiero od J. J. Rousseau. Wiąże się to, naturalnie, z przemianami cywilizacyjnymi. W feudalnych Włoszech 14-letni Romeo i 12-letnia Julia traktowani byli jako ludzie w pełni dojrzali, a w XIII-wiecznej Polsce, jeśli wierzyć kronikom, 12-letni Bolesław Krzywousty rządził państwem. Jeszcze później natomiast, bo dopiero w czasach Goethego, zaczęto zwracać baczniejszą uwagę na okres dojrzewania. Przy czym nie było to spowodowane jedynie łagodniejącymi warunkami życia, które pozwalały na przedłużenie wieku niefrasobliwości, lecz także procesem odwrotnym: zaostrzającymi się kryteriami dorosłości. W średniowieczu, i w dużym stopniu także w późniejszych wiekach, ludzie zachowywali się bez porównania spontaniczniej niż moglibyśmy sobie wyobrazić wedle dzisiejszych kryteriów. G. G. Coulton przytacza w Panoramie średniowiecznej Anglii opisy rycerzy płaczących jak bobry, a Norbert Elias poświęcił temu zagadnieniu swą znaną książkę Przemiany obyczajów w cywilizacji Zachodu.

DECHRYSTIANIZACJA

Bogacenie się Zachodu przynosi zagrożenie chrześcijaństwa. Cywilizacja najszybciej postępowała we Włoszech i tam najwcześniej napotykamy zamianę wiary w obyczaj i formę. Po śmierci Dantego ludność Rawenny zabierała świece z ołtarzy, by przenieść je na jego grób. W 1504 roku we Florencji Michał Anioł wystawia swojego Dawida i zafrapowani jego pięknem mieszkańcy przez kilkanaście lat od tej daty liczą czas, uznając ją za początek nowej ery. Postać obrazująca grzech w moralitetach średniowiecznych z poważnej staje się komiczną, aby we włoskiej komedii dell’arte zamienić się w Arlekina. W kulminacyjnym osiągnięciu literackim renesansu, w sztukach Szekspira, chrześcijaństwo jest nieobecne.

Jeżeli więc odrodzenie uważamy za początek epoki nowożytnej, musimy sobie zdawać sprawę, co to oznacza w planie duchowym, którym się tu zajmujemy. Oznacza to mianowicie, że upodobanie do luksusu i komfortu przenika z dworów królewskich i magnackich do warstw średnich; że przemoc w polityce przestaje być maskowana Ewangelią, lecz jest wykładana niemal z akademicką obojętnością przez filozofów; że dzieła sztuki stają się wśród szlachty i mieszczaństwa większym powodem do dumy niż zdobywane dawniej z takim poświęceniem relikwie. Ten wzór płynący z góry musi dechrystianizować niższe sfery. Przełomowy wynalazek druku powoduje, że dzieła starożytne, dostępne dawniej tylko erudytom, zyskują masowy odbiór wśród warstw, które używając dzisiejszego języka nazwalibyśmy inteligencją: studentów (studiować wówczas można było kilkanaście lat), kleryków, wszystkich urzędników zatrudnionych przy administrowaniu wspólnot miejskich czy dóbr magnackich. Otóż dla nich wszystkich szokiem, który można porównać tylko z wtargnięciem freudyzmu do kultury wiktoriańskiej, było odkrycie Owidiusza, Marcjalisa czy Apulejusza. Wobec tej inwazji erotyzmu – promieniującego jeszcze z ówczesnego malarstwa i rzeźby – odbiorcy ci są bezbronni. Nie posiadają już przecież wiary, która świętym pozwalała walczyć, a niekiedy i wygrywać z pokusą. Traktowani przez czytelników jako największe autorytety, autorzy starożytni (zazwyczaj, zgodnie z duchem swojej epoki, pogardzający słabszą płcią) ukazują kobietę, jako istotę podobną niemal do modliszki, zawsze gotową zdradzić wszelkie wartości dla rozkoszy ciała. Olbrzymim, traumatycznym przeżyciem tych chowanych w chrześcijaństwie i, co ważne, ubogich, a więc zwykle odciętych od zmysłowych przyjemności młodych ludzi było uświadomienie sobie, że dziewica, którą św. Jerzy na czele wielu średniowiecznych bohaterów ratował od potwora, w rzeczywistości wolała smoka, to znaczy zmysły.

Będę się upierał przy twierdzeniu, że tylko przy uwzględnieniu tego zjawiska można wytłumaczyć to, co się zdarzyło w stuleciu 1560-1660, kiedy pod hasłami religijnymi prowadzono straszliwe wewnątrzchrześcijańskie wojny, próbowano na wszystkich polach zahamować rozwój kultury, a przede wszystkim w makabrycznym, nie znającym odpowiednika w całej historii ludzkości obłędzie spalono około miliona osób, głównie kobiet, pod zarzutem uprawiania czarów.

WYŻSZOŚĆ I NIŻSZOŚĆ

Emil Durkheim w jednej ze swych znakomitych prac zauważył, że o osobowości we współczesnym rozumieniu tego słowa – w odniesieniu do ludzi zwyczajnych, a nie tylko wybitnych jednostek – można mówić dopiero od momentu upowszechnienia się podziału pracy, różnicującego społeczeństwo. Oczywiście termin „nadczłowiek”, jako późno wprowadzony, nie figuruje w interesujących nas świadectwach etnologiczno-historycznych, zamiast niego jednak mamy do czynienia z szeregiem określeń równoznacznych. Dla członków plemienia pierwotnego „ludźmi” będą tylko ich współplemieńcy, wszyscy inni zaś istotami niższego rzędu. Dla Greków i Chińczyków hominis sapientis, w pełnym rozumieniu tego słowa, byli tylko oni sami, reszta świata składała się z barbarzyńców, których wyższa rasa miała pełne prawo (jak dowodził Arystoteles) zamieniać w niewolników, czyli „mówiące narzędzia”. Podobnie nikim innym, jak pewnym rodzajem zwierzęcia był dla normandzkiego zdobywcy mieszkaniec podbitej Anglii czy dla amerykańskiego plantatora kupiony na targu Murzyn. Pewną nowość wprowadził do tej postawy Hitler, który nie tylko pogardzał Żydami, lecz – i to, zdaje się, w większej jeszcze mierze – także ich nienawidził. Za to klasycznym przykładem w tej materii jest jego stosunek do Słowian.

W konfrontacji etnicznej o wyższości i niższości rozstrzygało zazwyczaj zmienne szczęście wojenne, stąd niestałość takich stosunków i ocen, będąca zresztą często pochodną wzajemnej fascynacji (np. stosunki Europy z imperium ottomańskim). Ciekawsze i trudniejsze są dzieje hierarchizacji w obrębie jednej społeczności. Nie chodzi mi przy tym o katalog stosunków rządzących i rządzonych, co byłoby równie żmudne, jak i mało odkrywcze. Interesuje mnie moment, w którym prosta konstatacja wyższości orężnej staje się dla zwycięzcy niewystarczająca, gdy zaczyna on szukać innych, głębszych uzasadnień swojej władzy.

TEORIE WYŻSZOŚCI

Takim najprostszym wytłumaczeniem była, naturalnie, teoria, którą dziś nazywamy „teorią wyższości genetycznej”. O jej zdolności przekonywania najlepiej świadczy fakt, że nawet dziś jeszcze mass media zapewniają sobie poczytność relacjami ze ślubów (i rozwodów, w czym już przejawia się znak czasu) księżniczek i książąt. Pycha dobrze urodzonych, dziś zabawna, onegdaj była jednym z filarów ustroju, przy czym jednak nigdy nie zostało do końca ustalone, od którego momentu człowiek ma prawo uważać się za „człowieka”: czy mając po prostu szlachecki herb, czy dopiero gdy spełni definicję księcia Windischgraetza, według której człowiek zaczyna się dopiero od barona? Wydaje się jednak, że jedyną, nieprzekraczalną granicę ustaliła w tej materii owa królewna francuska, która zdziwiła się, że jej pokojówka ma tyle samo palców u rąk, co ona.

DZIECIĘCA NIEWINNOŚĆ

Dopóki rządził Kościół i doktryna Bossueta mówiąca, iż źródłem prawa jest wola króla, dopóty oczywiście wszelkie różnice między ludźmi były drugorzędne wobec różnicy nadrzędnej, jaka dzieliła ich wyobrażenia od prawdy Objawienia i wynikającej z niej, jak tłumaczyli teolodzy, władzy monarszej. W wieku XVIII jednak rozpoczyna się dyskusja o prawie naturalnym, to zaś ma znajdować potwierdzenie w obyczajach ludzi nieskażonych cywilizacją, a więc dzikich i dzieci. Na widowni pojawia się „szlachetny dzikus”, a za nim, już w epoce romantyzmu, „dziecięca niewinność” i „autentyzm młodości”. Kultura wiktoriańska pielęgnuje te stereotypy, nie bardzo w nie wierząc, podważa je Freud badając erotyczne fantazje pokwitających dziewcząt, a obalają do reszty podane wówczas świadectwa obyczajów panujących w chłopięcych internatach ekskluzywnych szkół Anglii czy Rosji.

Tak więc nowoczesne badania i analizy natury ludzkiej zdają się jednak potwierdzać przeświadczenie chrześcijańskie o jej skażeniu. Nie będziemy w tej chwili roztrząsać tej kwestii, interesuje nas to, co można by nazwać za Adlerem „wolą mocy”, a co definiuje on jako „dążenie do idealnej męskości, niezmiennie rozumianej jako... podbój kobiet lub przyjaciół, prześcignięcie innych lub ich obalenie”.

Greków niepokoiła wyjątkowość niektórych ludzi i usiłowali tłumaczyć ją specjalnymi związkami owych jednostek z bogami. Nadczłowiek, pojęty jako istota wyższa duchowo od zwykłych zjadaczy chleba, pojawia się po raz pierwszy u Platona. Takimi bowiem istotami mają być u niego Strażnicy Państwa, sprawujący totalną władzę nad jego obywatelami. Są oni – jak dowiadujemy się z Republiki – wcieleniem cnót i mądrości i jako tacy mają nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek kierowania życiem pozostałych mieszkańców. Ich portret do złudzenia przypomina wizerunek Inkwizytorów, jaki w Braciach Karamazow nakreślił Dostojewski: tak jak tamci muszą okłamywać i zniewalać swoich poddanych, gdyż tylko w ten sposób mogą zapewnić im szczęście.

PRAWO DO WOLNOŚCI

Człowiek nowożytny przyjmuje do wiadomości twierdzenia teologów o niepoznawalności Boga – to znaczy niezgłębialności Absolutu – i wyciąga z tego wnioski. Podpiera się co prawda w swoim buncie starożytnością – nazywając swoją epokę tylko odrodzeniem epoki antycznej – ale w rzeczywistości zaczyna zupełnie nowy etap w dziejach. Montaigne nie wierzy w prawo urodzenia. Dusze szewców i cesarzy – pisze – sporządzone są na tym samym kopycie. I jeszcze więcej: Każdy człowiek nosi w sobie całkowitą postać ludzkiego stanu. To człowiek jest dla niego centrum wszechświata, nie Bóg. Kłopot w tym, pisze ten pierwszy psycholog, że „nie jesteśmy nigdy u siebie.” Dla Montaigne’a człowiek to zjawisko równie tajemnicze, co nieznane lądy dla współczesnych odkrywców. Niepodobna powiedzieć, jakie możliwości w nim drzemią. Ale jedno jest pewne: jako istocie najdoskonalszej spośród poznanych, przysługują mu pewne niezbywalne prawa, a wśród nich przede wszystkim prawo do wolności. Gdyby mi z pomocą prawa zagrożono choć na koniec palca, odszedłbym stąd bezzwłocznie szukać innych praw, mniejsza o to gdzie. I więcej jeszcze: Gdyby ktoś mi zabronił przystępu do jakiegoś zakątka Indii, żyłbym poniekąd przez to mniej swobodnie. Prawa więc mają służyć jednostce, a dokładniej jej szczęściu, i to szczęściu całkowitemu. Co z przysięgami lennymi, z posłuszeństwem, którego domagają się wyżej stojący? Na to pada odpowiedź godna Rousseau: Kto jest niewierny samemu sobie, snadno będzie nim i swemu panu.

CO TO JEST JA?

Co to jednak znaczy – być wiernym sobie? Pascal, wielki przeciwnik Montaigne’a, zdecydowany wyrwać świat chrześcijański spod jego zgubnego wpływu, nie może jednak się oprzeć, by nie kontynuować jego psychoanalizy: Czas leczy boleści i urazy, ponieważ my się zmieniamy; nie jesteśmy już tą samą istotą, ani obrażający, ani obrażony nie jest już sobą. To tak jak naród, który się obraziło i który by się ujrzało w dwa pokolenia później; i to są Francuzi, ale nie ci sami. Nic nie wiedząc o Buddzie, Pascal zadaje sobie jego pytanie: Co to jest ja? I odpowiada na nie niemal identycznie: Ten, kto kocha kogoś dla jego piękności, czy go kocha? Nie; gdyż ospa, która zabije piękność nie zabijając człowieka, sprawi, iż przestanie go kochać. A jeśli ktoś kocha mnie dla mego rozumu, dla mej pamięci, czy kocha mnie? Nie, ponieważ mogę stracić te przymioty nie tracąc samego siebie. Gdzież jest tedy owo ja, jeśli nie jest ani w ciele, ani w duszy?

Na przekór stosom i szkorbutowi, epidemiom i wojnom, najodważniejsi i najciekawsi zaczynają poznawać anatomię, pokonywać oceany, badać niebo i ziemię. Powstaje wolnomularstwo, głosząc ideę wolności jednostki, a człowieka widząc jako Istotę Poznającą. I tak, jak pisze Lion Feuchtwanger, niewielka garstka światłych i zdolnych parła naprzód, olbrzymia zaś masa pozostałych zatrzymywała ich i odpychała. A jednak wbrew wszystkiemu te nieliczne zdolne jednostki posuwały się krok za krokiem i z ogromnym wysiłkiem pociągały za sobą innych.

ZMIENIĆ HISTORIĘ

W ten trudny, niekiedy dramatyczny, niekiedy męczeński optymizm Bruna i Miltona, Monteskiusza i Leibniza, Vico i Diderota uderza Rousseau. Czym jest człowiek naprawdę? – pyta. Zwierzęciem. A czym jest „człowiek uprawiający refleksję”? „Zwierzęciem zdeprawowanym.” Sto pięćdziesiąt lat przed Freudem atakuje konwencje, sztuczności, konwenanse w imię dobrej, choć zepsutej przez kulturę, natury człowieka. Ale tak namiętnie zwalczając to, co sztuczne i narzucone człowiekowi, nie zauważa, że w istocie pomaga tylko swoim oświeceniowym oponentom. Albowiem, skoro winne jest społeczeństwo i historia, to wystarczy je zmienić, by uwolnić człowieka. Monarchia jest zła, bo jest nienaturalna: ucisk jest sztuczny. Zło jest na zewnątrz człowieka, nie w nim. „Wszelkie zło pochodzi z nierówności”, oto diagnoza. Recepta jest prosta jak miecz. Dzieło Rousseau jest w istocie pierwszym odbiciem kryzysu, przed jakim stanie świadomość pozbawiona wiary w wyższy, nadprzyrodzony porządek świata. Odwróciwszy się od Boga złego lub ułomnego (więc nie wszechmogącego) człowiek zostaje sam. Jest w sytuacji dziecka, które przekonało się, że rodzice oszukują je lub że są, wobec kwestii naprawdę istotnych, równie bezradni jak ono. Od tej pory musi opierać się na własnych doświadczeniach – w wymiarze ludzkości jest to nauka. Cóż, kiedy jest ona dopiero w powijakach.

TYLKO UCZUCIA

Cóż za pocieszna istota, człowiek – nie umie stworzyć robaka, ale bogów stwarza tuzinami. Dla twardego Montaigne’a, żyjącego w czasach okrutnych, jest to zabawne. Dla wrażliwego Pascala jest to tragiczne. Dla Rousseau, pierwszego człowieka nowoczesnego, nonsensowne. Jego pytania są już bowiem pytaniami Camusa. Po co, jak postulują jego przyjaciele ateusze, mozolić się nad zdobywaniem wiedzy, skoro wynik tego wysiłku jest zawsze niepewny, często odległy, rzadko wart trudu? Z jakiej racji mamy redukować się do jednego tylko wycinka – intelektu i siły woli? Człowiek to przede wszystkim uczucia, inteligencja jest rzeczą wtórną.

Człowiek staje się ateistą wtedy, kiedy czuje, że jest lepszy od swego Boga – napisał Proudhon. W połowie XVIII wieku być filozofem znaczyło w opinii publicznej tyle, co być materialistą. A skoro Boga nie ma, jakież jest usprawiedliwienie dla monarchii stanowej? Jeśli Pismo Święte jest bajką, to jedynym bogiem dla rewolucjonisty staje się miltonowski Lucyfer, głoszący autonomię ducha (w sobie ma własne siedlisko, sam może uczynić niebo z piekła). I nieubłagany przeciwnik Miltona, Hobbes, wyciąga logiczny wniosek: jeśli obalimy Boga, to zostanie nam jedynie kryterium siły. W 1789 roku okazało się, że siła nie jest już atrybutem monarchii.

Uwagi.