Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 12/1999

Światło nie tylko ze Śląska
Poprzedni Następny

Prof. Chełkowski był nauczycielem, który nie pouczał, uczonym, który nie mędrkował, 
miarkował krytykę, ale nie pobłażał i nie raczył nikogo fałszywymi komplementami. 
Czasem za komentarz musiał wystarczyć zaprawiony ironią uśmiech, który niekiedy 
przechodził niezauważalnie w sygnał zwykłej ludzkiej dobroci.

Zofia Ratajczak

image049.jpg (12992 bytes)
Fot. Arch

31 października 1999 roku zmarł w Warszawie w wieku 72 lat prof. dr hab. August Chełkowski. Odszedł od nas ktoś z grona nie tylko akademickiego, nie tylko kolega, przyjaciel, nauczyciel, wychowawca młodzieży, uczony, organizator życia naukowego, lecz również polityk, osoba publiczna, mąż stanu. Odszedł, ale, rzecz osobliwa, jakoś się jednocześnie uwyraźnił i uobecnił wśród nas, w każdej z tych ról.

Pragnę podzielić się refleksjami nad sylwetką człowieka wybitnego ufając, że może wyjątkowo prof. Chełkowski, unikający zazwyczaj rozgłosu, dałby na to swoje przyzwolenie. Zapewne zrozumiałby, że nie chodzi o okolicznościowy patos i żałobny ton wspomnień, lecz o odczytanie sensu Jego ponad miarę aktywnego życia, które przebiegało w czasach trudnych, obfitujących w dramatyczne zdarzenia. 

OSOBOWOŚĆ PEŁNA KONTRASTÓW

Trudno uwierzyć, ale to fakt. Chciałabym uniknąć patosu i żałobnej emfazy, nieuchronnie towarzyszącej pożegnaniom o charakterze ostatecznym. Ale czy naprawdę to tylko pożegnanie? Może właśnie także okazja do refleksji nad tajemnicą wyjątkowej integralności Osoby i jej funkcjonowania na różnych polach i w rozmaitych dziedzinach działalności.

Kim był nasz Kolega, a dla wielu Przyjaciel? Powiem od razu, Osobą zbudowaną z kontrastów. Kontrasty te jednak dawały poczucie harmonii, a nie dysonansu. Na przykład, cechowała Go wyjątkowa powściągliwość w okazywaniu uczuć, sprawiająca czasem wrażenie oschłości. Ale może ta pozornie beznamiętna rzeczowość wobec spraw i ludzi była jedynie parawanem, pozwalającym ukryć uczucia, których miał w nadmiarze? Inteligencja emocjonalna polega bowiem nie na ostentacyjnym demonstrowaniu uczuć, lecz na ich ujawnianiu stosownie do okoliczności. Może tych okoliczności ciągle nie było?

Wszyscy mówią: Prof. Chełkowski to człowiek prostolinijny, jednoznaczny w wyborach, nieugięty, bezkompromisowy. To prawda, ale chciałoby się dodać: jednocześnie rozumiejący złożoność sytuacji społecznych, ich wieloznaczność, historyczne powikłania w życiorysach ludzi. Nie pobłażał cwaniactwu, awanturników i hochsztaplerów skreślał „na zawsze”, gdziekolwiek by się pojawiali, czy to w sferze nauki, czy na forum publicznym. Tępił hipokryzję, ale rozumiał potrzebę zgody i cenił wartość umowy społecznej, która, gdy oparta na poszanowaniu wzajemnym, sprzyjać może budowaniu, a nie burzeniu wspólnych przedsięwzięć. Rozumiał, że zgoda nie musi być tożsama ze zgniłym kompromisem.

Gdy w Senacie III RP sprawował urząd marszałka, pytano, jak to możliwe, aby trzecia osoba w państwie obrała model dostojeństwa opartego na miarkowaniu słów, dbałości, by cisza dominowała nad hałaśliwą retoryką. Wierzył, że ściszony głos jest bardziej słyszalny, jego moc jest większa niż siła najbardziej nawet hałaśliwej oracji. Cisza, którą przedkładał, była ofensywna, to nie była milcząca obojętność, nie oznaczała braku wyrazistej artykulacji poglądów. Przemówienia Senatora dalekie były od kwiecistych zwrotów i oratorskich chwytów stylistycznych. Mówił krótko, zwięźle, rzeczowo, jak dowódca na polu walki. Twarda była ta mowa. Artykułował swoje poglądy nie owijając ich przesłania w bawełnę pięknych słówek. Nie dbał o błyskotliwość wypowiedzi i nie starał się o zdobycie poklasku słuchaczy ani o zrobienie tzw. wrażenia. Nie zauważyłam, by kiedykolwiek triumfalnie toczył wzrokiem po sali czy to senatu, czy uniwersyteckiego audytorium w poszukiwaniu podziwu, potakiwania, łatwej, ale jakże nietrwałej aprobaty. Myślę, że zdawał sobie sprawę z tego, że jego poglądy, postawy i przekonania były mało popularne i trudne do naśladowania, zarówno w czasach panowania „jedynie słusznej doktryny”, jak i obecnie. Nie narzucał ich nigdy nikomu, nawet własnej rodzinie.

Wspólnota ludzi, przede wszystkim wspólnota rodzinna, była mocno, niejako genetycznie, zakodowanym wzorcem działania publicznego. Rodzina, z której pochodził i rodzina, którą założył, współgrały z rodziną naukową, jaką stworzył działając w roli uczonego w uniwersytetach Poznania i Katowic. Trwałość Jego przywiązania do „Solidarności”, jako związku ludzi gotowych do wspólnego działania, także nie była przypadkowa. Wszystkie te wspólnoty wzajemnie na siebie oddziaływały i współtworzyły styl pracy Profesora. Tak, ale skąd to poszanowanie indywidualizmu, kult oryginalności i samodzielnych poszukiwań, uznanie wobec młodych wybitnych i utalentowanych, których potrafił rozpoznawać i wspierać? Kolegialność indywidualisty? Rozumienie roli wspólnoty w życiu jednostki czy odwrotnie? I jedno, i drugie. To kolejny dowód na istnienie kontrastów w sylwetce prof. Chełkowskiego.

Kontrastom zdaje się nie być końca. Mówiono: taki otwarty na ludzi, a taki w sobie zamknięty, nieskory do uczestnictwa w burzliwych dyskusjach i namiętnych sporach. – Dobrze było z nim pomilczeć – wspomina prof. Jerzy Zioło z Instytutu Fizyki Uniwersytetu Śląskiego, jeden z uczniów, kolegów i współpracowników prof. Chełkowskiego. Skąd wobec tego tak dużo wiemy o Nim, bez potrzeby stawiania hipotetycznych znaków zapytania? Szorstka serdeczność czy powściągana wylewność? Coś jeszcze innego: powaga w traktowaniu człowieka, partnera w jakiejkolwiek dyskusji czy współpracy. Nieustępliwy pryncypializm z jednej strony, gotowość do poparcia i pomocy w słusznych sprawach – z drugiej.

Obca Mu była mentalność martyrologiczna, nigdy nie eksploatował swojej legendy rektora internowanego w czasach stanu wojennego. Nie sądzę, by polityzacja tego faktu i instrumentalne posługiwanie się nim w rozgrywkach politycznych przez innych były bliskie jego sercu. Na afiszach pojawiał się rzadko, tylko w decydujących chwilach, gdy nie można było uniknąć rygorów kampanii wyborczej do władz państwowych. O swoją kampanię rektorską najwyraźniej nie zadbał, a może nawet zaniedbał. Nie kokietował mediów i nie ustawiał się do kamer, chociaż miał atrakcyjną powierzchowność, jakby skrzyżowanie „żołnierskiej” sylwetki z „profesorskim” obliczem intelektualisty. Jupitery wyłączano na Jego własne życzenie.

SCHEDA CZY TESTAMENT?

I jedno, i drugie. Ponieważ nasze dyscypliny naukowe (fizyka i psychologia) nie są ulokowane zbyt blisko (choć nie są na antypodach), trudno byłoby mi wypowiadać się na temat dorobku Profesora w dziedzinie badań naukowych. Zapewne wkrótce zrobią to inni, kompetentni i predestynowani, by dokonać charakterystyki prof. Chełkowskiego w roli człowieka nauki, wybitnego fizyka. Historycy polskiego parlamentaryzmu opowiedzą o Jego roli w Senacie III RP, wymieniając liczne Jego funkcje w komisjach, ze szczególnym uwzględnieniem roli marszałka Senatu. 

A jeśli testament, to jaki, czego miałby on dotyczyć, do kogo miałby być adresowany i jaką spełnić misję? Z pewnością byłby to testament czynów, napisany językiem niełatwym do odczytania. Czyn byłby rozumiany literalnie, jako zadanie do wykonania i jednocześnie jako znak czegoś większego, jakiejś wartości przenikniętej wszakże etyką. Co więc mielibyśmy robić, aby zastosować się do owego nienapisanego testamentu? Patrzeć sobie na ręce we wszystkich fazach, od decyzji aż do wyników działania. Zarówno tych pożądanych, jak i niepożądanych, ubocznych, nie zawsze możliwych do uniknięcia, ale możliwych do oceny i nadających się do wykorzystania w budowaniu przestrogi lub zachęty do działań przyszłych. Umiejętność ważenia racji, bilansowania skutków, odpowiadania z całą uczciwością. Czy było warto budować uniwersytecki ośrodek fizyki? Budować uniwersytecką „Solidarność”, tworzyć zespół ekspertów wspomagających nazbyt „gorące” nieraz głowy entuzjastów młodego związku? Warto było tworzyć koncepcje ruchu społecznego AWS?

Z pewnością w owym testamencie znajdzie się miejsce na wzorzec spolegliwego opiekuna w pracy dydaktycznej i naukowej. Warto o to zapytać licznych uczniów Profesora, zarówno z pokolenia „synów”, jak i „wnuków” naukowych. Prof. Chełkowski był bowiem nauczycielem, który nie pouczał, uczonym, który nie mędrkował, miarkował krytykę, ale nie pobłażał i nie raczył nikogo fałszywymi komplementami. Czasem za komentarz musiało wystarczyć ironiczne spojrzenie, cięte słówko, zaprawiony ironią uśmiech, który, rzecz osobliwa, niekiedy niezauważalnie przechodził w sygnał zwykłej ludzkiej dobroci.

Jeśli mowa o swoistym testamencie, dodam, że ostatnim zamierzeniem (o którym mi wiadomo) było zorganizowanie konferencji naukowej na temat zagrożenia młodzieży patologią społeczną. Miała się odbyć pod auspicjami Senackiej Komisji ds. Nauki i Edukacji. Cechuje mnie umiarkowany optymizm co do mocy sprawczych konferencji naukowych. Dla nauki mają niewątpliwe znaczenie, dla praktyki – trudno powiedzieć. Ale wierzyłam, że skoro prof. Chełkowski widzi w tym przedsięwzięciu sens, należy przyjąć zaproszenie i się zaangażować. To właśnie przyrzekłam Mu w naszej ostatniej rozmowie.

NIE TYLKO „ŻÓŁTA ŁÓDŹ”

Czy godzi się dowcipkować z tak poważnej Osoby? Pewnie tak, skoro pod podobnym tytułem ukazał się artykuł w gazecie, a Osoba nie próbowała nawet protestować. Wypominano prof. Chełkowskiemu nadmierne przywiązanie do poczciwej syrenki, a gdy minął jej czas i dokonała żywota, z niemniej poczciwej dacii. Ta „żółta łódź”, legendarny wehikuł, niewątpliwa ozdoba uniwersyteckiego parkingu, była jednocześnie znakiem, że Profesor urzęduje w swoim laboratorium, w swego rodzaju urzędzie „miar i wag”, że jest dostępny, może nawet osiągalny. To jeszcze jeden przyczynek do tezy o kontrastach cechujących osobowość Profesora. Niechęć do dygnitarskiej ostentacji, blichtru i zewnętrznych, jakże wątpliwych atrybutów władzy, idąca w parze z całkiem realnym brakiem czasu na załatwianie „przyziemnych” spraw, np. zakupienia nowego pojazdu. Myślę, że sentyment do owej „łodzi żółtej” nie ulotnił się całkiem, chociaż w końcu wysłużoną dacię zastąpił nowy pojazd.

SKĄD CZERPAŁ SIŁY?

Dla wielu pozostaje zagadką motywacja przejścia wybitnego uczonego ze sfery nauki do sfery polityki. Czasem takie przejście jest interpretowane jako rodzaj eleganckiej ucieczki, wycofania się z życia naukowego. W tym wypadku nie było przejścia, o ucieczce także nie może być mowy. Byliśmy natomiast świadkami idealnego łączenia ról i to na wysokim poziomie efektywności działania. Taka symbioza to rzadkość. Udaje się ona nielicznym, jest bardzo kosztowna w sensie fizycznym i psychicznym, wyczerpująca, a nawet mordercza. Szkoda, że w tym wypadku strata okazała się tak wielka. Niepowetowana.

Posłannictwo uczonego i misja polityka. Ich połączenie wymagało sił. Czerpał je, jak można się domyślać, z rodzinnego etosu służby publicznej, który był źródłem siły dla wielu członków rozgałęzionego rodu Chełkowskich, tak ofiarnie działających na rzecz Polski w różnych czasach i na różnych polach, głównie w czasach trudnych. Siły czerpał także z przekonania o wielkiej roli modlitwy, przynależności do wspólnoty ludzi nie tylko wiedzących, ale i wierzących w istnienie Absolutu.

Światło, które płynie z postawy i czynów niedawnego laureata (1998) prestiżowej na Śląsku nagrody „Lux ex Silesia”, płynie jednak nie tylko ze Śląska, ale i z Warmii, Wielkopolski i Mazowsza, z miejsc, gdzie wyrastał i tworzył, gdzie wypadło Mu żyć i pracować. A więc Światło nie tylko ze Śląska, ale i dla Śląska. To także rodzaj niezwykłej symbiozy: historia splotła się w osobliwy sposób z geografią w życiu Augusta Chełkowskiego.

Prof. dr hab. Zofia Ratajczak, psycholog, jest prorektorem Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Uwagi.