|
Odpowiedzialność za głoszone słowo jest bardzo duża i musi mieć wsparcie w czynach głoszącego.
Aleksander Wesołowski
Czy wykształcenie równa się wychowaniu? To frapujące pytanie intryguje mnie od lat. Poszukując na nie odpowiedzi w literaturze, szczególnie pedagogicznej, nie miałem szczęścia znaleźć uzgodnionego w tej materii stanowiska. Wincenty Okoń uznaje "wykształcenie" jako rezultat kształcenia i samokształcenia oraz doskonalenia w ciągu całego życia jednostki. Natomiast Bogdan Nawroczyński, oprócz znaczenia wykształcenia jako "wytworu czynności - kształcenia", podkreśla aspekt tego pojęcia rozumianego także jako "ideał pedagogiczny - kierujący czynnościami kształcenia".
Socjologowie wychowania interesują się pojęciem "wykształcenie" w kilku aspektach. Przede wszystkim obserwują mechanizmy powstawania, rozwoju, trwania oraz zanikania ideału pedagogicznego (kulturowego). Interesuje ich nie sam cenzus wykształcenia, lecz także perspektywy miejsca, jakie może zająć lub zajmuje jednostka w strukturze społecznej oraz wartości, jakie przypisuje się dyplomowi. I wreszcie, co jest bardzo ważne dla jednostki i społeczeństwa, "wykształcenie" - rozumiane jako wartość kształcenia - jest cechą osobowości ludzkiej a nie samoistną "rzeczą", której obraz jest zawarty w świadectwie szkolnym. Wykształcenia nie można mieć, lecz należy być człowiekiem wykształconym.
To ostatnie interesuje mnie najbardziej, stąd pytanie zawarte w pierwszym zdaniu. Obserwacja życia społeczności akademickich wskazuje na to, że w licznych przypadkach mamy przed oczyma obraz "wielce uczonego", do którego pasuje wierszyk, jaki pozwalam sobie zacytować:
Rutynę opanował tak, że dostał
dyplom.
Imponuje pewnością, patrz, zmierza
ku cyplom,
Choć oceny wypacza, choć wierzy w androny...
Któż to zacz? Arcyszkodnik: głupiec wykształcony.
Ta celna kpina Tadeusza Kotarbińskiego zmusza do szukania źródeł i przyczyn takiego, nieudanego przecież, niezamierzonego efektu kształcenia akademickiego. Trzeba jednak przyznać, że w licznych przypadkach autor tej "złotej myśli" ma rację. Nie mają zaś jej ci, którzy uczelnię wyższą traktują jako "boże igrzysko", jak kotłujący się, nieuporządkowany światek chaosu, w którym człowiek rzucony "na falę" broni się jak może, aby nie utonąć.
Taka uczelniana rzeczywistość nasuwa wiele hipotez, z których wynikają pytania: skąd to się bierze, dlaczego tak jest, czy tak musi być?
Pedagogika szkoły wyższej
Po pierwsze, wydaje mi się, że trzeba spojrzeć na uczelnię wyższą pod kątem jej funkcji wychowawczej, jako środowiska i systemu wychowawczego, nie tylko od strony dydaktycznej. Czy czasem nie jest tak, jak na Pigoniowej stancji, gdzie młodzież wychowywała się sama metodą ocierania się kamieni w górskim potoku, to znaczy "metodą Lancastra". Nie byłoby to źle - boć uczelnia to nie szkółka, gdzie dorastającą do dojrzałości młodzież trzeba prowadzić "za rączkę" - gdyby nie była to właśnie pozostawiona sobie i działająca spontanicznie właśnie "metoda Lancastra", lecz uporządkowany system, w którym dominuje dążenie, tak kadry profesorskiej, jak i studentów, do samodoskonalenia się i odkrywania prawdy. A przecież "na oko" tak jest.
Sądzę więc, że uczelnia wyższa winna stać się przedmiotem badań społeczno-pedagogicznych, w wyniku których powstanie pedagogika szkoły wyższej. Znam tylko jedną taką próbę poświęconą politechnice i kilka artykułów różnych "pięknoduchów", którzy nie mogli ścierpieć obojętności wobec borykającej się ze swoimi problemami młodzieży. Problemów tych w obecnej sytuacji przybywa, a nieumiejętne ich rozwiązywanie lub całkowite niepodejmowanie szkodzi jedynie człowiekowi i społeczeństwu.
Po drugie, pedagogika szkoły wyższej jest potrzebna do należytego przygotowania do zawodu nauczyciela akademickiego. Dotychczasowe szkolenie pedagogiczne asystentów, odbywające się niemal "tajnie" i na marginesie działalności uczelni, nie daje nikomu satysfakcji i w przekonaniu "obowiązkowo szkolonych" wydaje się niepotrzebne. Władze uczelni na ogół nie wiedzą, co się na tych "studiach" dzieje, czyli nie dbają o pedagogiczne przygotowanie własnej kadry. Ciężki to zarzut, ale prawdziwy.
Rachunek sumienia
Trzecia i, moim zdaniem, najważniejsza sprawa, to opanowanie - tak przez kadrę naukowo-dydaktyczną, jak i przez społeczność studencką - metod samodoskonalenia, nie tylko w zakresie zdobywania wiedzy i stopni naukowych, "pchania się na Parnas" różnymi dozwolonymi i niedozwolonymi metodami, lecz jako ustawiczne dążenie do doskonalenia własnej osobowości.
Na ogół społeczeństwo ceni ludzi, którzy osiągnęli wysoki stopień wiedzy, uhonorowany tytułem zawodowym. Istnieje duża spolegliwość społeczna do przyjmowania głoszonych prawd, również "na wiarę". To okazywane zaufanie nie może być zawiedzione. Tak więc odpowiedzialność za głoszone słowo jest bardzo duża i musi mieć wsparcie w czynach głoszącego. Budzi się społeczna świadomość walki z kłamstwem - byleby prowadziła do "czystej" prawdy, przy wielkiej wyrozumiałości i wielkoduszności, przy kontrolowaniu przyrzeczonej poprawy.
Tymczasem, sądzę, że nauki zajmujące się rozwojem psychospołecznym człowieka ugrzęzły na młodzieżowym etapie i nieśmiało (lub wcale) dostarczają nam wiedzy o człowieku dorosłym czy starszym. A wiem, że zapotrzebowanie na wiedzę o samym sobie jest bardzo duże, nawet wśród ludzi w wieku emerytalnym.
Ubogie są metody doskonalenia samego siebie i, niestety, u większości mało efektywne. Nawet wielokrotne przyrzekanie poprawy łamie się w starciu z brutalnością życia społecznego. Nie znaczy to, że nie trzeba podnosić się z upadku. Wręcz przeciwnie. Przychodzi więc na myśl kształcenie woli a z nią pozytywnej motywacji jej wsparcia.
Uczelnia wyższa, nie tylko swoją działalnością naukowo-dydaktyczną, lecz także kulturalną i społeczną, stwarza dobre warunki do ćwiczenia woli, do motywowania się, do robienia "rachunku sumienia": czy nie zmarnowałem dnia, czy zasłużyłem na spokojny wypoczynek. Ten niepokój duszy odczuwa każdy zastanawiający się nad sobą człowiek, profesor czy student.
Analizując inaugurujące rok akademicki przemówienia rektorów, zauważam pomijanie problematyki wychowania. Jest to najtrudniejsza "działka do uprawy". Nie dziwię się, najprostsza bowiem obserwacja bieżącego życia, a tym bardziej zasięgnięcie o nim języka, mogą "wysadzić z siodła najtęższego rycerza".
Na szczęście, jak pisze z otuchą Zofia Ratajczak, nie wszystko jest stracone. Jakaś kultura jest. Nie musi być taka sama, jak kiedyś, boć przecież tempora mutantur... Myślę jednak, że w otwartym życiu uczelni wyższej nie może permanentnie panować "pedagogika podwórkowa". Musi zaistnieć poczucie odpowiedzialności osobistej za jakość nie tylko przyswojonej wiedzy, ale za ukształtowanie osobowości absolwenta zdolnego do dalszego doskonalenia się.
Cnota bezinteresowności
Wreszcie po czwarte, uczelnia dynamiczna jest terenem aktywności różnych organizacji studenckich, które tworzą i uzupełniają klimat niezbędny do ćwiczeń i prób samodzielnego sprawdzania swoich możliwości, a także budzenia wiary w nie i ich wykorzystywania. Praktyka życia potwierdza przekonanie, że aktywność społeczna jednostek w organizacjach studenckich procentuje karierami przywódczymi w latach odpowiedzialnej dorosłości. I to cieszy, bo świadczy o realizacji funkcji społecznej uczelni wyższej. Trzeba jednak widzieć potrzebę autentycznego ruchu studenckiego, budzić go i wspierać. Tymczasem zauważamy marazm. Upadło wiele dobrze i pożytecznie prosperujących zespołów. Zaprzepaszczono sprzęt. Żeruje w "mętnej wodzie" cwaniactwo. Prawda, że pieniądz stał się wartością nadrzędną, a umiejętność jego zdobywania - cnotą, nie sprzyja to jednak ani etycznemu zachowaniu, ani cnocie bezinteresowności i życzliwości, bez których nie ma ludzkiego współżycia.
Ten ważny odcinek uczelnianej rzeczywistości, zapuszczony chwastami lub leżący odłogiem, winien być rekultywowany i podniesiony do rangi dyskretnie, z taktem pedagogicznym prowadzonej działalności - powiedzmy - kulturalnej (w domyśle - wychowawczej).
Troską każdej kierowniczej ekipy rektorskiej i dziekańskiej winno być usiłowanie stworzenia systemu funkcjonowania wszystkich elementów składających się na szeroko pojętą twórczą działalność wychowawczą. Uczelnia wyższa bowiem - czy ktoś to rozumie, czy nie, chce tego, czy nie - jest i będzie środowiskiem wychowania nauczających i studiujących. Jej przeznaczeniem jest kształtowanie "ludzi dobrze wychowanych".
Dr Aleksander Wesołowski, socjolog wychowania, rodziny i pracy, jest emerytowanym docentem Akademii Ekonomicznej w Poznaniu. |