|
Przedstawiciele polskiego biznesu nie dojrzeli jeszcze do tego,
by część swoich dochodów lokować w sensowne przedsięwzięcia kulturalne,
dzięki którym zapiszą się do grona nieśmiertelnych.
Rozmowa z prof. dr. hab. Emilem Orzechowskim,
kierownikiem Szkoły Zarządzania Kulturą UJ,
dziekanem Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ

Fot. Barbara Zaliwska |
| Prof. dr hab. Emil Orzechowski (ur. 1944) zajmuje się historią teatru polskiego i polonijnego, polityką kulturalną i zarządzaniem instytucjami kultury. Ukończył studia w Uniwersytecie Jagiellońskim. W roku 1974 obronił w tej samej uczelni doktorat, a w roku 1988 - habilitację. Jest dziekanem Wydziału Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ. Kieruje Zakładem Zarządzania Kulturą w Instytucie Spraw Publicznych UJ. Jest członkiem Oddziału PAN w Krakowie i Stowarzyszenia Historyków Teatru. |
Mamy mówić o kulturze ze szczególnym uwzględnieniem problemów związanych z zarządzaniem. Prezydent USA FD. Roosevelt twierdził, że zarządzanie jest czymś niezwykle prostym, należy tylko wybrać odpowiednich ludzi i pozwolić im działać. Czy tę definicję można zastosować do kultury?
- Niestety, nie. Kultura jest specyficzną dziedziną i rządzi się innymi prawami. Zanim zacznie się szukać ludzi, trzeba najpierw się zastanowić, po co decydujemy się na jakąś działalność. Innymi słowy - na początek należy zdefiniować, dlaczego w jakimś miejscu chcemy mieć teatr czy orkiestrę symfoniczną, a dopiero potem rozglądać za kandydatami na kierowników. Z historii wiemy, że różne bywały cele organizowania przedsięwzięć kulturalnych, niektóre z nich nie miały nic wspólnego z kulturą we właściwym tego słowa znaczeniu, np. u Nerona. W Polsce, jeszcze nie tak dawno, sprawa zarządzania w kulturze również budziła przykre skojarzenia, gdyż jego wyznacznikiem było hasło "socjalistyczna w treści, narodowa w formie". Takie zarządzanie nie miało żadnego sensu, gdyż został z niego wyłączony czynnik swobodnego działania.
- Dzisiaj nie mamy z tym większych problemów. Żyjemy w państwie demokratycznym, nikt nikomu nie ogranicza ani swobody twórczej, ani organizacyjnej. Rozwojowi tego procesu ma też służyć reforma administracyjno-samorządowa. Czy potrafimy to wszystko wykorzystać?
- Cóż, stoimy przed ogromnym wyzwaniem. Dotyczy to zarówno całej sfery życia publicznego, jak i prywatnych instytucji, nastawionych głównie na robienie pieniędzy. Przedstawiciele polskiego biznesu nie dojrzeli jeszcze do tego, by część swoich dochodów lokować w sensowne przedsięwzięcia kulturalne, dzięki którym zapiszą się do grona nieśmiertelnych. Z tego powodu kultura czy edukacja w dalszym ciągu są pozostawione samym sobie i zależne wyłącznie od skromnych środków budżetowych i samorządowych. Okazjonalne wspomaganie kultury pieniędzmi z innych źródeł - jak np. sponsorzy czy reklamodawcy - to za mało. Dlatego należy się cieszyć, gdy takie działania są podejmowane. A skoro tak, to powstaje pytanie, kto ma się tymi sprawami zajmować. Trudno bowiem tolerować sytuację, w której Andrzej Wajda, robiąc Pana Tadeusza, czy Jerzy Hoffman, jak to było z Ogniem i mieczem, sami aranżują zbiórkę funduszy, w przypadku tego drugiego - dodajmy - trwającą wiele lat. Tym powinni zajmować się fachowcy.
- To oczywiste, tylko skąd ich brać?
- Przede wszystkim fachowców należałoby szukać przez stosowne inicjatywy Ministerstwa Kultury i Sztuki, tyle że ta instytucja ustawicznie przeprowadza dowód, że nie ma w tej kwestii żadnych pomysłów. Brzmi to brutalnie, ale taka jest prawda. Uważam, że ministerstwo jest potrzebne, czy to w układzie kultura i sztuka, czy kultura i edukacja, czy kultura i resort pracy, jak to jest w Danii. Chodzi tylko o to, by w obszarze działań rządu słowo "kultura" nie zanikło. Ministerstwo powinno być aktywne wyłącznie na dwóch płaszczyznach: po pierwsze - wyznaczać kierunki polityki kulturalnej państwa, w tym przeciwdziałać komercjalizacji kultury oraz określać politykę promocyjną na świecie, po drugie - tworzyć definicje różnych obszarów kultury i zapewniać im kwalifikowane siły i stosowne środki. Co prawda, istnieją szczątkowe akty prawne, np. dotyczące kinematografii czy bibliotek, ale brak jest ogólnej wizji, która by wyznaczała linię rozwoju kultury polskiej dzisiaj i w przyszłości. Powołam się znów na Duńczyków: przygotowali oni 20-stronicowy dokument "Polityka kulturalna Danii", który formułuje kierunki kulturalnego rozwoju państwa. Ale na jego powstanie złożyło się parę lat pracy analitycznej profesjonalistów z wszystkich możliwych dziedzin, co zaowocowało siedemnastoma tomami studiów. W Polsce takich działań nie widzę.
- Być może jest w tym jakaś metoda: dzięki naturalnej selekcji, dobre, sprawnie zarządzane placówki kulturalne utrzymają się, a złe upadną.
- Nie jestem przekonany, że na takim etapie rozwoju demokracji, na jakim jest Polska, można oddać kulturę we władanie żywiołowo działającego rynku. O kondycję instytucji kulturalnych w terenie powinny zadbać gminy czy rady dzielnic. One muszą być zainteresowane rozwojem i promocją kultury na swoim terenie. Nie chodzi tu przecież o myślenie kategoriami wielkiej sztuki. Najważniejsze, by młodzież zabrać z ulicy, by dać ludziom ofertę, która pozwoli im skonsumować wolny czas. Dlatego za wszelką cenę powinno się ograniczyć liczbę upadających placówek. Tymczasem u nas upadają nawet największe instytucje artystyczne z listy państwowej. Nikt nie wie, kto i jak ma nimi zarządzać. Na dyrektora wybiera się albo wybitnego artystę, albo klasycznego administratora, przy czym obaj mają małe pojęcie o zarządzaniu. Mówię o konkretnej placówce. Podobnie zdarzyło się z konkursem na dyrektora teatru w, powiedzmy, mieście średniej wielkości. Nawet nie określono kryteriów konkursu, za to zaproszono do jury kandydata na dyrektora, który ostatecznie nim został. Jak w takiej sytuacji stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że ta placówka powinna istnieć dziś i w przyszłości, a inna nie?
- Określenie kierunków rozwoju kultury wymaga czasu, a przecież już dziś niezbędne są nowoczesne kadry menedżerskie.
- To prawda, zapotrzebowanie na wykształconych menedżerów kultury jest ogromne. Dotychczasowy model domu kultury, biblioteki czy teatru już się przeżył. Od pracowników instytucji kulturalnych wymaga się innych umiejętności. Tę sytuację rozumie Kościół. Jest w Krakowie Katolickie Centrum Kultury, gdzie prowadzone są kursy dla animatorów kultury parafialnej. Z podobnymi inicjatywami powinny występować rady dzielnic i gminy w ramach systemowego działania edukacyjnego. Wszelkie tego typu przedsięwzięcia powinny być wspierane i promowane przez MKiS, jako odpowiadające strategii programowej państwa. Tymczasem niektóre ośrodki, jak choćby Szkoła Zarządzania Kulturą UJ, powstają wyłącznie na ryzyko i odpowiedzialność ich organizatorów. Wobec takich działań ministerstwo wykazuje zadziwiającą obojętność.
- Jesteście chyba jedyną uczelnią, która - wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu - podjęła trud wypełnienia tej luki edukacyjnej?
- Szkołę Zarządzania Kulturą utworzyliśmy trzy lata temu, gdyż od pewnego czasu widać było pilną potrzebę kształcenia młodych ludzi, którzy wykazują chęć związania swojej przyszłości zawodowej z instytucjami kultury. Mamy w Polsce wiele osób obdarzonych talentem i pasją tworzenia czegoś dla kultury, ale brak im albo systematyzacji wiedzy, albo znajomości języków, zasad marketingu, reklamy, finansów, systemów grantów, które są coraz łatwiej dostępne, i to w wymiarze międzynarodowym, czy choćby posługiwania się komputerem. Program studiów jest szeroki i obejmuje przedmioty z bardzo wielu dziedzin. Młodzież może podejmować studia licencjackie i magisterskie, podyplomowe. W naszej ofercie znajdują się też studia w układzie międzynarodowym, współpracujemy z wyższą szkołą zawodową w G?rlitz. Z doświadczeń wynika, że stworzyliśmy optymalny model kształcenia kadr dla kultury. Niestety, ze względów finansowych i lokalowych - w ograniczonym wymiarze.
- Organizowanie nowej, wzorcowej specjalności wymaga starannego doboru kadry naukowej. Czym kierujecie się przy tworzeniu zespołu wykładowców?
- Jeśli chodzi o studia podyplomowe, jest to starannie dobrana kadra teoretyków i praktyków, zajmujących się zarządzaniem kulturą. Mamy specjalistów polskich i obcych, co jest niesłychanie ważne. Jesteśmy w stałym kontakcie ze wszystkimi ambasadami państw akredytowanych w Polsce - to jeden z naszych projektów, realizowanych w Szkole Zarządzania Kulturą. Co miesiąc któryś z ambasadorów wygłasza u nas wykład na temat "Polityka kulturalna mojego kraju". Tego typu wykładów odbyło się już około 30. Taka współpraca ułatwia nam późniejsze kontakty z przedstawicielami różnych krajów, także w sensie pozyskiwania wykładowców czy środków na wspólne przedsięwzięcia kulturalne. Natomiast na studiach licencjackich czy magisterskich zajęcia prowadzą nauczyciele akademiccy UJ, którzy uznali, że pora szukać odpowiedzi na wyzwania dzisiejszych czasów. Są wybitnymi humanistami, specjalistami w swoich dziedzinach, którzy uświadomili sobie, że mówiąc o kulturze czy sztuce nie wolno zapominać o dyrektorach i finansach, czyli zarządzaniu. Mamy też zajęcia, które opierają się głównie na szeroko rozbudowanym systemie praktyk studenckich. Podpisaliśmy porozumienia z dziesiątkami instytucji - od małych, prywatnych po największe, państwowe. Studenci wykonują w nich różne, czasem najprostsze czynności, mając za zadanie poznać od podszewki zasady funkcjonowania instytucji kulturalnej, szczególnie pod kątem zarządzania. Zresztą wielu studentów w trakcie praktyk znajduje miejsce swojej przyszłej pracy.
- Wynika stąd, że na rynku edukacji w zakresie zarządzania instytucjami kultury staliście się monopolistami.
- Wydział Zarządzania i Komunikacji Społecznej UJ jest chyba pierwszym w Polsce, który wystąpił z wnioskiem o przyznanie uprawnień do nadawania doktoratów w zakresie nauk humanistycznych - zarządzania. Ta wiadomość rozeszła się dość szybko i teraz mamy już dziesiątki zainteresowanych: właścicieli małych firm wydawniczych albo pracowników instytucji kulturalnych, którym nie do końca podoba się model kultury, w jakim funkcjonują i chcą mu się przyjrzeć. To będzie ich własny wkład w reformę zarządzania kulturą.
- Jaki powinien być menedżer kultury na miarę naszych czasów?
- To człowiek z pasją, który wierzy, że można zrobić coś, co wydaje się niemożliwe i zarobić na tym całkiem niezłe pieniądze.
Rozmawiała
Barbara Zaliwska
|