|
"... musimy (pozo)stać (się) bardziej rozgarnięci od komputerów.
Paweł Misiak
Tekst jest wciąż najbardziej nośnym sposobem przekazu treści wszelkiego rodzaju. Zmienia się jednak jego postać. Po Gutenbergu nastąpiły zmiany w kulturze, związane z powstaniem "cywilizacji książkowej". Tekst książkowy przekazuje zawarte w słowach, także bardzo skomplikowane, długie ciągi rozumowania. Jest wyrazem organizacji informacji, która tym samym przekształca się w wiedzę. Wiedza bowiem to taka organizacja informacji, która tej ostatniej nadaje znaczenie. Zatem zmiana sposobu organizacji oznacza zmianę rodzaju wiedzy na danej informacji opartej. I dalej - brak organizacji, czyli informacyjny chaos, to brak wiedzy. Internet jak telewizjaRozwój elektronicznych środków przekazu, w tym Internetu i ściśle związanego z nim hipertekstu, wydaje się wiele zmieniać w dziedzinie tworzenia i rozpowszechniania wiedzy. Hipertekst, zwłaszcza internetowy, rządzi się innymi zasadami niż linearny tekst książkowy. Poradniki tworzenia dobrych (czyli łatwych w czytaniu) stron internetowych podkreślają, że jednorazowe dawki tekstu udostępnianego w witrynach WWW nie powinny być zbyt obszerne. Najlepiej, gdy mieszczą się na jednym-dwóch ekranach. Wynika to ze znacznie gorszej czytelności tekstu wyświetlanego na monitorze. Długi tekst zniechęca. Treści przekazywane w Internecie są więc poszatkowane na niewielkie kawałki. Nawet gdy kawałki te są fragmentami większej całości, twórca internetowej witryny nie ma gwarancji, że czytelnik przeczyta wszystkie i we właściwej kolejności. Większość treści internetowych jest więc pokazywana w postaci leksykonowej - krótkich całostek. Przekaz internetowy jest zatem bliski telewizyjnemu. Specjaliści sztuki dziennikarskiej uczą, że treści przekazywane przez telewizję (a także radio) muszą być prostsze w odbiorze niż podawane za pomocą tekstu drukowanego (nawet w gazetach). Czytelnik bowiem, gdy coś umknie jego uwagi, może zawsze wrócić do wcześniejszych partii tekstu. Widz czy słuchacz takiej możliwości nie ma. Odbiór jest w tym przypadku jednorazowy i znacznie bardziej bierny. Niektórzy dziennikarze radiowi i telewizyjni mówią otwarcie, że ich przekaz z zamierzenia reprezentuje zaniżony poziom intelektualny, tylko wtedy ma bowiem szansę dotrzeć do szerszej publiczności. Podobne działania sugerują fachowcy twórcom witryn internetowych, jeśli chcą przyciągnąć uwagę jak największej liczby internautów. Hipertekst przekazuje wiedzę inną niż tradycyjne teksty drukowane. Wydaje się odpowiadać sposobowi poznawania charakterystycznemu dla dzieci w wieku szkolnym. Rozbudowane konstrukcje logiczne i bardziej spójny, syntetyczny obraz rzeczywistości dostępny jest dopiero (z powodów psychologicznych) dla umysłowości bardziej dojrzałych. Dojrzewanie nie jest jednak kwestią wieku, lecz odpowiedniego ćwiczenia sztuki używania umysłu. W tym kontekście John Fowles (ten od Kochanicy Francuza) stwierdza: Dorosłość nie jest kwestią wieku, lecz stanem znajomości samego siebie, a znajomość ta - dodajmy - wpływa też istotnie na rozumienie otaczającego świata. Znikoma część metrykalnie dorosłej populacji czytuje Prousta, Kanta czy Einsteina. Większość zadowala się telewizją, radiem czy gazetami. Do tego rozumna dojrzałość potrzebna nie jest. Podobnie mają się rzeczy w społeczności internautów. Czytać każdy może...Felietonista magazynu "Gutenberg" przypomina, że wedle niedawnych badań dwie trzecie Polaków ma trudności z czytaniem napisów na ekranach kinowych. Napisy pojawiają się i znikają... za szybko. Dodajmy do tego opublikowane tuż przed ostatnimi (obym nie był złym prorokiem!) Targami Książki dane, z których wynika, że w ubiegłym roku 52 proc. dorosłych Polaków nie przeczytało ani jednej książki. Od początku dekady utrzymuje się w tej dziedzinie tendencja spadkowa. Ponadto wśród owej czytającej części społeczeństwa następuje przesuwanie się zainteresowań. Od 1992 roku maleje czytelnictwo romansów i kryminałów, rośnie natomiast zainteresowanie literaturą fachową, głównie poradnikową. I ten fakt odczytać można w kontekście postępującej "fragmentaryzacji" przekazu treści. Powieści czyta się bowiem linearnie, od początku do końca. Literaturę fachową zaś - na wyrywki. I znów skojarzenie z hipertekstem. Z natury stanowi on idealną formę przekazu treści typu encyklopedycznego. W wersji elektronicznej ma dodatkowe zalety: szybkość wyszukiwania i natychmiastowy niemal dostęp do odnośników. Łatwość posługiwania się hipertekstem komputerowym, pochodzącym czy to z dysków CD, czy z Internetu, może istotnie wpłynąć na szerokie upowszechnienie tej postaci przekazu. Warto więc sobie zdawać sprawę z niebezpieczeństw, jakie ze sobą niesie. Hipertekstowe demonyAnalitycy zwracają uwagę na parę elementów. Twierdzą na przykład, że hipertekst jest krokiem w kierunku ubezwłasnowolnienia człowieka. Dlaczego? Bo zaprogramowane przez autora łącza (linki) wyznaczają czytelnikowi konkretną ścieżkę skojarzeń, ograniczając tym samym swobodę wyobraźni czytelnika. Argument to niezbyt ważki, jako że to samo można zarzucać drukowanym na papierze dziełom literackim czy naukowym, prowadzącym czytelnika utartym, wytyczonym przez autora szlakiem myśli i obrazów. Inne, bardziej istotne niebezpieczeństwo wynikające z przejścia na elektroniczny przekaz hipertekstowy jest natury psychologicznej. Możliwość przebiegnięcia, za pomocą "klikania" myszą, przez rozmaite treści z szybkością pozwalającą zaledwie na przeczytanie tytułów, rodzi wrażenie wejścia w posiadanie zawartej tam wiedzy, podczas gdy w rzeczywistości oznacza jedynie poznanie kilku haseł. Warto wspomnieć podobnej natury uwagi Umberto Eco na temat "kserokultury", zawarte w niewielkiej książeczce O bibliotece. Łatwość kopiowania druków powoduje - pisze Eco - że samo robienie i gromadzenie coraz większej liczby odbitek rodzi poczucie zawładnięcia treścią ksiąg. Wygląda więc na to, że różne ułatwiające życie wynalazki oddalają nas od drogi upowszechniania rozumności, dając w zamian tylko złudzenia. Trzeci zarzut wobec globalnego, internetowego hipertekstu, najczęściej chyba powtarzany, to chaotyczny i rozproszony charakter zawartych w nim treści, czyli cecha wcześniej nazwana "encyklopedycznością". Poznawanie rzeczywistości tylko w taki sposób nie bardzo może doprowadzić do wykształcenia dojrzałego, tradycyjnie kojarzonego z akademickim (w dobrym znaczeniu tego słowa), czyli rozumianym jako dochodzenie do wiedzy. Cyberkosmos jest bogatą biblioteką referencyjną, lecz nie źródłem poważnej wiedzy. A jeśli uznajemy tę ostatnią za istotną wartość, to punkt dla słowa drukowanego. Horyzonty wiedzyKiedy więc entuzjaści nowych mediów w edukacji mówią, że większość kształcenia mogłaby być realizowana w postaci elektronicznego telenauczania (czyli głównie za pośrednictwem hipertekstu), można mieć niejakie wątpliwości. Gdyby doszło do tego na skalę masową, za kilkadziesiąt lat tylko nieliczni czytelnicy drukowanych książek będą w stanie zrozumieć skomplikowane i subtelne obrazy świata przedstawiane przez niegdysiejszych intelektualistów. Większość niby wysoko wykształconej populacji nie będzie sobie zdawała sprawy z istnienia pewnych zagadnień i nie będzie miała okazji nauczyć się logicznego i krytycznego myślenia. To zaś rodzi kolejne niebezpieczeństwa. W tekście na temat kognitywistyki (nauki o umyśle) Włodzisław Duch pisze: Uczniowie szkół średnich i podstawowych nie mają pojęcia o krytycznym myśleniu i wpadają w przeróżne psychologiczne pułapki, uzależniając się od ideologii politycznych, sekt religijnych czy narkotyków, i dodaje sceptycznie: Twierdzenie, że człowiek jest istotą rozumną wydaje się często przesadne (http://www.phys.uni.torun.pl/~duch/cog-book/kognitywistyka.htm). Wymaganie od uczniów podstawówek myślenia krytycznego jest trochę na wyrost, ze względu na rozwój psychiczny, ale warto takowe jak najwcześniej zaszczepiać w młodych umysłach. Tymczasem wspomniane cechy hipertekstu sprawiają, że jeśli zdominuje on przekaz edukacyjny, to trudno będzie o wykształcenie krytycznego, samodzielnego, pogłębionego myślenia nawet u ludzi uzyskujących stopnie naukowe. Już dziś młodzież szkolna szeroko korzysta z rozmaitych bryków i "gotowców", czyli umysłowych makdonaldów. Możemy się doczekać na przykład rzeszy humanistów, którym dzieła Szekspira kojarzyć się będą jedynie z czterowierszowymi "streszczeniami" St. Barańczaka, jak na przykład ten Hamlet: Duch: brat jad wlał do ucha. Sztuczny poskramiacz upiorów?Może więc źródła nadziei na dalszy rozwój gmachu ludzkiej wiedzy należy szukać w tej samej technice i technologii, która przynosi zagrożenia? Przecież od dawna naukowcy pracują nad sieciami neuronowymi, sztuczną inteligencją i modelami działania ludzkiego umysłu. Powstała nawet wspomniana przed chwilą nowa, interdyscyplinarna gałąź nauki - kognitywistyka. Czy więc komputery nie mogłyby zastąpić ludzi, choćby częściowo, w przetwarzaniu masy rozmaitych informacji do postaci wiedzy? Sprawa nie wydaje się, niestety, prosta. W wydanym niedawno zbiorze felietonów Bomba megabitowa Stanisław Lem często porusza problem stworzenia inteligencji i rozumu w komputerze. Rozróżnienie między inteligencją a rozumnością ma tu istotne znaczenie. Pierwszą rozumie bowiem Lem raczej jako sprawność przetwarzania informacji, drugiej zaś przypisuje świadomość działań. Jakoż nieprzypadkowo moc ludzi biedzi się nad wykrzesaniem z urządzeń pozaludzkich "inteligencji", natomiast "rozum" jak gdyby przez nikogo planowany czy też projektowany nie jest - pisze nasz wieszcz science fiction. O ile w zasadzie można sobie wyobrazić modelowanie działania inteligentnego w maszynie (vide wygrane przez komputer partie szachów z Kasparowem), o tyle rozumnego - twierdzi Lem - nigdy nie będzie można. Szansa więc na to, że automaty przetworzą hałdy chaotycznej informacji w wiedzę, że będą je na sposób rozumny organizowały, jest bardzo mała. A człowiek wciąż ją ma. |
|
|