Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 6/1999

Kto był ministrem edukacji w czasach
Poprzedni Następny

 

Henryk Duda


Fot. Stefan Ciechan

Nie cieszy mnie już, że "Forum Akademickie" robi się grubsze. Cóż bowiem znajdujemy na coraz liczniejszych stronach? Starsi być może jeszcze pamiętają, że w przeszłości rozrastającą się i tłumiącą wszelkie spontaniczne działania biurokrację nazywaliśmy czapą. Można by nawet - odwołując się do tamtego zwyczaju językowego - sformułować twierdzenie, że im kapelusz większy i okazalszy, tym mniej wygodny. Jeśli poddać badaniom inne rodzaje nakryć głowy (berety, kaski, pilotki etc.) i uwzględnić porę roku, średnią opadów w naszej szerokości geograficznej oraz wpływ czynników subiektywnych, to mamy niezły temat na pracą doktorską. Polecam to uwadze wielce szanownych Panów Promotorów. Nie cieszy mnie już - jak napisałem - coraz grubsze "FA", bo zbyt wiele miejsca zajmują w nim teraz opisy różnych czap, czapek i czapeczek, czytaj: MEN, KBN, Komisji Akredytacyjnej etc. Nie ganię za to Wielce Szanownej Redakcji. Jeśli już trzeba to towarzystwo ganić, to chyba dlatego, że nie nadąża - jeśli mogę tak rzec - za kolejnymi czapkowymi trendami (pardon! tryndami) w modzie. Jakby tego wszystkiego było mało, od jakiegoś czasu ukazuje się w "FA" stały dodatek "Monitor Forum". Znajdujemy tu liczne zarządzenia, uchwały, regulaminy, stanowiska. Nie lubię wypowiadać się w imieniu. Nikt mnie zresztą do tego nie upoważnił. Chciałbym jednak podziękować niniejszym Redakcji "FA" za udostępnienie nam tych wiekopomnych osiągnięć Nauki Polskiej (!) nie tylko w swoim imieniu, ale także w imieniu moich kolegów asystentów i adiunktów, przyszłych profesorów.

Kiedy tak przeglądam osiągnięcia CZAPY, przypominam sobie anegdotę z bardzo długą brodą. Jak to z anegdotami, za każdym razem bohaterem naszej historii jest inny znany pisarz i inny minister. Pozwolą Państwo, że powtórzę ją za zbiorem anegdot literackich Tadeusza Kwiatkowskiego. Znany polski rzeźbiarz Xawery Dunikowski nie mógł dojść do porozumienia z Włodzimierzem Sokorskim, w latach pięćdziesiątych ministrem kultury (zmarł 2 maja br.). Zdenerwowany artysta znienacka zagadnął PRL-owskiego prominenta: " A wie Pan, kto był ministrem kultury za czasów Balzaka?" Sokorski bezradnie rozłożył ręce, a na to Dunikowski rzekł ze złośliwym uśmieszkiem: "Widzi Pan, a Balzaka wszyscy znają." Mowa tu co prawda o życiu literackim, ale równie dobrze można tę anegdotę odnieść i do życia naukowego w Polsce. Nic do ministra Handkego nie mam. Nie zamierzam się kłócić ani z nim, ani z żadnym z jego podwładnych. To samo dotyczy innych agend, które powyżej nazwałem czapą. Odnoszę jednak wrażenie, że za dwa stulecia jedyne sensowne pytanie będzie brzmieć: Kto w czasach ministra Handkego (przewodniczącego Wiszniewskiego) opublikował więcej prac w wydawnictwach z listy filadelfijskiej, którą na tych łamach propaguje niestrudzenie prof. Andrzej Kajetan Wróblewski?

Ani mi się śni dołączać do grona krytyków samego pomysłu. Przypomnę tu jedynie sylwetkę wielkiego polskiego językoznawcy Jana Niecisława Baudouina de Courtenay, który najważniejszą w swojej karierze naukowej część życia spędził w Uniwersytecie Kazańskim. W drugiej połowie XIX w. był to najdalej wysunięty na wschód uniwersytet w Rosji. Badacz publikował w zeszytach naukowych tejże uczelni ("Izwiestija i Uczenyje Zapiski Imperatorskogo Kazanskogo Uniwersyteta") oraz w wielu innych - zapoznanych dziś a i za jego życia nie notowanych w międzynarodowych rankingach - pismach (mostly scattered in obscure periodicals - napisał jeden z badaczy o jego publikacjach). Dorobek ten świat odkrył i docenił stosunkowo późno. Ale to właśnie Baudouin de Courtenay jest jednym z najszerzej znanych w świecie polskich językoznawców! Bo - kawa na ławę - nie jest ważne, gdzie się drukuje, ale co się drukuje. By już zamknąć sprawę dodam od razu, że nie jest także ważne, kto publikuje. Powiadają, że gdy Albert Einstein był już w Ameryce, otrzymał list, podpisany przez wielu niemieckich uczonych, potępiający jego fizykę. "Głupcy" - miał odpowiedzieć twórca teorii względności - "gdyby mieli rację, wystarczyłoby, by jeden z nich napisał niewielki artykuł".

To ostatnie odnosi się także do sporu między rektorem Uniwersytetu Warszawskiego a ministrem edukacji, dotyczącego możliwości i sposobu odbierania przez uczelnię tytułu magistra, uzyskanego na podstawie pracy magisterskiej będącej plagiatem (dokumenty związane ze sprawą publikuje kwietniowe "FA"). Nie wiem, czy minister edukacji ma rację. Sprawę musi rozstrzygnąć sąd. Adwersarze ministra - w tym również grupa posłów AWS - nie zadali sobie jednak trudu zrozumienia jego argumentacji. Pan Handke nie podejmuje bowiem próby rozstrzygnięcia, czy praca posła Anusza jest plagiatem, czy nie. Uznał jedynie, że władze Uniwersytetu Warszawskiego, próbując wybrnąć z niespodziewanej dla nich sytuacji, naruszyły prawo. Zadaniem ministra edukacji jest czuwanie nad - jak pisze pan Handke - "przestrzeganiem prawa stanowionego przez autonomiczne władze uczelni". Nie sposób panu Handkemu odmówić racji. Nic nie usprawiedliwi łamania prawa, nawet jeśli to prawo wydaje nam się niesprawiedliwe. Durne prawo, lecz prawo!

Jak napisałem, spór musi rozstrzygnąć sąd. Niech mi wolno będzie zauważyć, że w tej sprawie może nie być wygranych. Szczególnie w przypadku, gdy sąd przyzna rację Senatowi UW. Jeśli bowiem nadanie tytułu magistra jest decyzją administracyjną, to taką samą decyzją jest każde zaliczenie i każdy egzamin. Wielce Szanownym Panom Rektorom Uczelni Naszych (i kandydatom na to stanowisko) radziłbym się dobrze zastanowić, czym to grozi w przyszłości. Sapienti sat.

henryk.duda@mail.usa.com

Uwagi.