Od dziesięciu lat nauka i szkolnictwo wyższe w Polsce rządzą się innymi prawami niż w okresie komunistycznym. Chcąc podsumować minioną dekadę publikujemy kilka artykułów, których autorów poprosiliśmy o odpowiedź na pytania:
Jak wykorzystaliśmy ten czas? Co osiągnęliśmy a co straciliśmy?
Andrzej Kajetan Wróblewski
Dziesięć lat to znacząco długi okres w życiu człowieka. Tegoroczni maturzyści, dobijający się o miejsce na wyższych studiach, w 1989 roku dopiero uczyli się czytać i pisać. Ich rodzice mogli mieć wówczas nadzieję, że ze zmianą ustroju nadejdzie także polepszenie warunków zdobywania wiedzy. Nauczyciele akademiccy oraz pracownicy instytutów naukowo-badawczych także wtedy oczekiwali, że dla nauki i edukacji nastaną lepsze czasy. Tak się złożyło, że w lipcu 1989 r. zostałem wybrany na rektora Uniwersytetu Warszawskiego i miałem okazję uczestniczyć w wielu próbach reform. Dobrze pamiętam ówczesny ogromny entuzjazm studentów i kolegów profesorów. Snuliśmy ambitne plany i wydawało się nam, że zmiany nastąpią szybko.
Nadzieje te, niestety, okazały się płonne. Myślę, że wówczas nawet sceptycy w „czarnych scenariuszach” nie podejrzewali, że rozwój wydarzeń w nadchodzącym dziesięcioleciu będzie tak niepomyślny dla nauki i edukacji.
Bilans otwarcia
Lata osiemdziesiąte to w Polsce okres ograniczania wyższych studiów. Ówczesne władze corocznie zmniejszały limity przyjęć na wyższe uczelnie, w wyniku czego liczba studentów, która w 1978 roku przekraczała 490 tys., spadła w ciągu dziesięciu lat do około 330 tys. W tym czasie w innych krajach liczba studentów rosła, zostawaliśmy więc coraz bardziej w tyle. Na przykład w niemal równej nam pod względem ludności Hiszpanii było wówczas ponad półtora miliona studentów (szybko przynosiło to owoce w postaci intensywnego rozwoju tego państwa).
Przez ponad 40 lat system szkolnictwa wyższego w Polsce był dostosowywany do wzorów narzuconych nam przez wschodniego sąsiada. W połowie lat pięćdziesiątych okaleczono siłą nasze uniwersytety, przekształcając wydziały lekarskie w samodzielne Akademie Medyczne, szatkując inne wydziały i tworząc monotematyczne uczelnie rolnicze czy ekonomiczne. Zwłaszcza utrzymywanie akademii medycznych w oderwaniu od zaplecza przyrodniczego i humanistycznego dało znać o sobie w postaci znaczącego osłabienia badań naukowych w naukach medycznych (dziś Polska zajmuje dalekie miejsce w rankingu państw w tych dziedzinach). Bardzo szkodliwe było też podporządkowanie szkół wyższych kilku resortom, zamiast jednemu – edukacji narodowej. W panującym systemie nakazowo-rozdzielczym władze ściśle kontrolowały liczbę studentów i utrzymywały nieelastyczne programy studiów.
W dziedzinie nauki obowiązywał podział na trzy „piony”: instytuty uczelniane, instytuty Polskiej Akademii Nauk oraz tzw. JBR-y (jednostki badawczo-rozwojowe). Zwłaszcza ta ostatnia grupa około 250 instytucji, niezwykle heterogeniczna, obejmowała nie tylko nieliczne instytuty czysto naukowe (np. Instytut Fizyki Jądrowej w Krakowie), ale także instytucje o charakterze służb państwowych (jak Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej) i wiele tzw. ośrodków badawczo-rozwojowych (OBR) o słabiutkiej kadrze i wątpliwych wynikach działania.
Na szczęście w Polsce nie doszło nigdy do całkowitego przekształcenia sfery nauki i edukacji na wzór radziecki, w którym szkoły wyższe miały kształcić studentów, a do badań naukowych były powołane instytuty akademii i resortowe (na Węgrzech np. uczelniom odebrano nawet prawo nadawania doktoratów!). W Polsce około 2/3 wszystkich badań naukowych było nadal wykonywanych w wyższych uczelniach i tam też nadawana była większość stopni naukowych.
PoczĄtek wydawaŁ się obiecujĄcy
Na jesieni 1989 r. z inicjatywy ministrów rządu Tadeusza Mazowieckiego zostały przygotowane Założenia do aktów prawnych dotyczących obszaru nauki, szkolnictwa wyższego i działalności badawczo-rozwojowej, ogłoszone w „Nauce Polskiej” na początku 1993 r. Miał to być punkt wyjścia dla zamierzonych prac legislacyjnych. Niestety, na tym się skończyło.
Na początku 1991 r. utworzono Komitet Badań Naukowych, instytucję o bardzo oryginalnej koncepcji, będącą połączeniem wybieralnego grona uczonych oraz części administracyjno-wykonawczej. Przewodniczący KBN, tej namiastki ministerstwa nauki, otrzymał rangę ministra. Jednym z pierwszych posunięć KBN było przeprowadzenie rankingu jednostek naukowych, a następnie związanie poziomu finansowania z kategorią jednostki, co pozwoliło odejść od zasady „wszystkim po równo”.
W lipcu 1992 r. prezydent Lech Wałęsa powołał Radę do spraw Nauki. Miałem zaszczyt przewodniczyć temu gronu kilkudziesięciu uczonych, którzy z wielkim entuzjazmem i zapałem zabrali się do dyskusji najważniejszych problemów nauki i szkolnictwa wyższego. Usytuowanie Rady przy najwyższym urzędzie w państwie traktowaliśmy jako dowód uznania nauki za ważny czynnik rozwoju kraju. Niestety, prezydent Wałęsa, pochłonięty innymi sprawami, szybko przestał interesować się pracami Rady. Kiedy po półtorarocznej pracy, w grudniu 1994 r., został przygotowany dokument Ustrój i instytucje nauki i szkolnictwa wyższego – analiza problemów i stanowisko Rady do spraw Nauki, przeszedł on niemal zupełnie niezauważony przez decydentów.
Nie wszystkie posunięcia reformatorskie z początku dziesięciolecia były udane. Ustawa o szkolnictwie wyższym z września 1990 roku wprowadziła możliwość powoływania doktorów habilitowanych na stanowisko profesorów przez senaty uczelni. Prestiżowe uczelnie, jak UJ czy UW, z umiarem i rozwagą zaczęły korzystać z tej możliwości, ale część uczelni uchwałą senatów automatycznie przemianowała wszystkich swoich docentów na profesorów. Ten pomysł przyniósł opłakane skutki, bo z jednej strony pozostawiono stanowisko docenta (człowieka, który uczy) w PAN i JBR, a więc tam gdzie nie było nauczania, a z drugiej – otworzyło to pole dla nadużyć etycznych. Zamiast profesorów „przednich” (tych z tytułem naukowym, podpisujących się „prof. dr hab.”) i „tylnych” (mających się podpisywać: dr hab. X, prof. uczelni takiej i takiej), bardzo szybko większość profesorów „uczelnianych” zaczęło się podpisywać tak jak profesorowie „belwederscy”, posiadający tytuł naukowy.
Przez oddanie niemal całej władzy w ręce ciał kolegialnych ustawa z 1990 roku wprowadziła zmiany utrudniające sprawniejsze kierowanie uczelnią. Była to oczywiście naturalna reakcja na panujący przedtem system centralistyczny. Nie podjęto jednak starań o sprowadzenie tej „rozpasanej” demokracji do rozsądnych wymiarów.
NastajĄ cięŻkie czasy
W tym czasie kolejne rządy coraz bardziej lekceważąco odnosiły się do sektora nauki i edukacji. Nakłady budżetowe systematycznie spadały. Najokrutniej obszedł się z nauką rząd premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, który w lecie 1991 r. obniżył skromne nakłady na naukę o ponad jedną trzecią. Premier Bielecki miał własne wyobrażenie o stanie nauki i edukacji w Polsce i nie chciał słuchać argumentów. Pamiętam krótką z nim rozmowę podczas uroczystości inauguracji roku akademickiego 1991/1992 w Politechnice Warszawskiej. Na moje stwierdzenie, że należy koniecznie zwiększyć nakłady na szkolnictwo wyższe, ponieważ stopień skolaryzacji w Polsce jest parokrotnie mniejszy niż w krajach zaawansowanych cywilizacyjnie, premier Bielecki odpowiedział: – Pan się myli, bo ma złe dane statystyczne. Byłem przerażony i głęboko rozczarowany tym podejściem szefa rządu i jego brakiem rozeznania w sprawach, o których dość powszechnie wówczas dyskutowano.
Wobec obojętności władz rektorzy uczelni wyższych postanowili działać samorzutnie. Skoro znikły wreszcie znienawidzone limity przyjęć na I rok studiów, postanowiliśmy szerzej otworzyć uczelnie. Z ówczesnych dyskusji z dziekanami w Uniwersytecie Warszawskim i z kolegami rektorami innych uniwersytetów pamiętam nasze oczekiwania – jak się okazało, naiwne – że postawimy władze przed faktem dokonanym i przez wzrost liczby studentów wymusimy zwiększenie nakładów na edukację.
Sprawy potoczyły się innym torem. Wobec stale spadających nakładów budżetowych rektorzy zobaczyli możliwość ratunku w rozwijaniu płatnych studiów wieczorowych i zaocznych, które często takimi pozostały tylko z nazwy, skoro zajęcia miały się odbywać w normalnych godzinach. Jak wiemy, dziś liczba studentów „wieczorowych” i „zaocznych” przewyższa już liczbę studentów „dziennych”, zdobywających wiedzę na koszt państwa. Do dziś pozostał też nierozwiązany oczywisty konflikt tego rozwiązania z konstytucją.
Fenomen szkóŁ prywatnych?

Niektórzy zachwycają się fenomenem gwałtownego wzrostu liczby szkół prywatnych. Obecnie liczba ich przewyższa już znacznie liczbę szkół państwowych, a łączna liczba studentów w tych szkołach stanowi znaczny procent wszystkich studiujących. Ja mam do tych szkół stosunek krytyczny, ponieważ dostrzegam ich wady i wynikające z tego zagrożenia dla postrzegania szkolnictwa wyższego przez społeczeństwo.
Przede wszystkim, z bardzo nielicznymi wyjątkami, obecne wyższe szkoły prywatne dotyczą tylko ekonomii, marketingu, zarządzania i biznesu, rzadziej – języków obcych. Nie ma ani jednej prywatnej uczelni, w której kształcono by w naukach przyrodniczych, matematyczno-fizycznych, medycznych czy technicznych (Szkoła Nauk Ścisłych przy PAN nie jest uczelnią prywatną, bo korzysta przecież z pomieszczeń i wyposażenia Polskiej Akademii Nauk, a więc mienia państwowego).
Poza bardzo nielicznymi wyjątkami, obecne szkoły prywatne nie mają żadnego zaplecza w postaci choćby dobrze wyposażonych bibliotek. Wykładowcy w ogromnej większości szkół prywatnych to pracownicy uczelni państwowych, dorabiający sobie do bardzo niskich pensji na drugim, trzecim czy dalszym etacie. Nasze obecne szkoły prywatne to w ogromnej większości po prostu pomaturalne szkoły zawodowe, a nie prawdziwe uczelnie wyższe. Daleko nam jeszcze do prywatnych uczelni typu Harvard.
Zagrożenie zaś widzę następujące: wobec nieustannych zachwytów nad kształceniem studentów w mnożących się jak grzyby po deszczu szkołach prywatnych, w społeczeństwie może utrwalić się przekonanie, że tak właśnie może i powinno wyglądać kształcenie na poziomie wyższym. Podatnicy mogą więc kiedyś zapytać: Po co uczelniom nowe budynki, biblioteki i laboratoria, skoro można uczyć metodą kredy i tablicy w wynajętych salach?
Ponadto spora część obecnych szkół prywatnych to efemerydy, których żywot, moim zdaniem, nie będzie długi. Młodzi ludzie staną się bardziej wymagający, toteż przetrwają na rynku tylko te szkoły, które potrafią wzbogacić i urozmaicić swoją ofertę edukacyjną. Chciałbym dożyć chwili, kiedy będziemy mieli w Polsce choćby jedną prawdziwą uczelnię prywatną, z kilkoma zróżnicowanymi wydziałami oraz dobrze wyposażonymi bibliotekami i laboratoriami.
Polityka państwa?
W końcowym raporcie Rady do spraw Nauki napisaliśmy między innymi: Polityka państwa wobec nauki to nie tylko jej finansowanie; to powinno być także, a może przede wszystkim, uznanie roli nauki w tworzeniu kultury i cywilizacji, w rozwoju intelektualnym społeczeństwa, w rozbudzaniu aspiracji wykraczających poza potrzeby czysto materialne. Nauka nie może być w działaniach państwa traktowana jako konsument wymagający społecznej opieki, lecz podobnie jak oświata – jako inwestycja dla rozwoju.
Jest faktem, bardzo smutnym, że kolejne rządy dziesięciolecia nie miały żadnej polityki wobec nauki. Nie miały jej zresztą także wobec szkolnictwa wyższego. Zignorowano nie tylko liczne opracowania i raporty autorstwa naszych specjalistów, ale także raport i zalecenia ekspertów OECD. W Sejmie nie było żadnej poważnej plenarnej debaty na temat nauki i edukacji, a kiedy pewnego razu omawiano tam, przez krótki czas, te zagadnienia, sala obrad świeciła pustkami, czego nie omieszkała pokazać telewizja.
Natomiast, jakby dla podkreślenia niewiary w przydatność nauki i edukacji dla rozwoju kraju, kolejne rządy ograniczały nakłady budżetowe na te dziedziny. Pauperyzacja pracowników nauki i nauczycieli doszła obecnie do absurdalnego wymiaru. Już teraz mało kto z kończących studia młodych ludzi decyduje się na karierę akademicką czy naukową, skoro gdzie indziej można z łatwością uzyskać kilkakrotnie większą pensję. W uczelniach i instytutach naukowych zarysowuje się coraz wyraźniej luka pokoleniowa. Już niedługo może dojść do zapaści tej sfery życia intelektualnego. Obserwatorzy zagraniczni nie mogą zrozumieć, dlaczego nasz kraj tak łatwo, samorzutnie pozbawia się czynnika rozwoju.
Zamiast pomyśleć o przekształceniu Komitetu Badań Naukowych w Ministerstwo Nauki, jak to jest w innych krajach, proponuje się – zupełnie serio – likwidację samodzielnego resortu nauki i przekształcenie KBN w jeden z departamentów Ministerstwa Edukacji Narodowej. Pomysły te najlepiej świadczą o niedocenianiu roli nauki dla rozwoju kraju.
Wyjątkowo niechętnie odnosi się do nauki minister finansów i wicepremier Leszek Balcerowicz, pozostający u władzy przez znaczną część dziesięciolecia. Jego podejście ilustruje wypowiedź na spotkaniu ze społecznością akademicką UJ w maju 1998 r. Oświadczył tam, że większe nakłady na badania naukowe są uzależnione od ograniczenia marnotrawstwa finansów publicznych, w szczególności w służbie zdrowia. Zwiększenie wydatków na badania naukowe jest też uzależnione od batalii o ustawy zwiększające przywileje emerytalne (cytat wg „Gazety Wyborczej” z 26 maja 1998 r.).
Zaiste, zdumiewająca jest logika, jaką posługuje się wicepremier. Przypomina się znany z poprzedniego okresu dowcip o tym, jak to na protesty przeciw tępieniu dysydentów w ZSRR tamtejsi rządcy odpowiadali wymijająco: A w Amierikie Niegrow bijut!
Czego nie zrobiono
Spośród błędów, uchybień i zaniedbań rządów mijającego dziesięciolecia wymienię tylko kilka, które wydają mi się najważniejsze. Najbardziej kardynalnym błędem jest oczywiście brak polityki naukowej i edukacyjnej, o czym była mowa wyżej, i stałe dramatyczne niedofinansowanie uczelni i instytutów. Ze spraw szczegółowych wymienię zaś następujące:
W sferze nauki: W ciągu dziesięciolecia nie rozwiązano zagadnienia „pionu” JBR-ów. Nadal z budżetu państwa finansuje się tak „naukowe” instytucje, jak Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Przemysłu Tytoniowego, Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Przemysłu Oponiarskiego czy Centralny Ośrodek Badawczo-Rozwojowy Opakowań. Nierozwiązany pozostał problem wielkich instytutów prowadzących badania „stosowane, ale niestosowalne”, bo niepotrzebne niechętnemu innowacjom przemysłowi.
Sprawa JBR-ów to problem polityczny (jak restrukturyzacja górnictwa), który nie może zostać rozwiązany wyłącznie przez KBN. Potrzeba tu decyzji systemowych na najwyższym szczeblu. Zresztą sam KBN okazał się instytucją wymagającą reformy, bo obok pozytywów (np. system grantów czy kategoryzacja jednostek), okazał się niezdolny do podejmowania decyzji o charakterze systemowym.
W sferze edukacji: Mimo wszystkich apeli i raportów, w tym raportu ekspertów OECD, nie przeprowadzono systemowej reformy szkolnictwa wyższego, które nadal pozostaje rozbite na małe, monotematyczne szkoły, podległe kilku resortom. Władze oświatowe nie potrafiły doprowadzić do powrotu akademii medycznych do uniwersyteckich korzeni. Nie potrafiono też przełamać oporu urzędników, którym w kilku resortach podlegają obecnie szkoły wyższe i nie udało się przenieść wszystkich uczelni pod opiekę Ministerstwa Edukacji Narodowej.
Władze oświatowe nie zrobiły niczego, żeby skłonić rozproszone, słabe szkoły do łączenia się w większe struktury, które mogłyby osiągnąć wymiar uniwersytecki. Taki wymiar można osiągnąć jedynie po przekroczeniu pewnej „masy krytycznej”. Można było to np. wymóc przy tworzeniu Uniwersytetu Opolskiego, gdzie połączenie WSP oraz WSI dałoby uczelnię o przyzwoitym poziomie, a w dodatku – na wzór zachodni – mającą także wydziały techniczne. Ale tamtejsi technicy uparli się, żeby pozostać osobną szkołą. O jej miejscu w rankingu polskich uczelni technicznych pisałem w „Forum Akademickim” (nr 9/1998). A i obecny Uniwersytet Opolski nie jest tak silny, jakim mógłby być.
Podobny błąd popełniono przy tworzeniu Uniwersytetu w Białymstoku. Znów przeważyły doraźne racje polityczne i nie postawiono warunku, że uniwersytet zostanie utworzony pod warunkiem połączenia Filii UW, Akademii Medycznej i Politechniki Białostockiej. Byłby to od razu uniwersytet o sporym prestiżu. Stało się inaczej, a miejsca uczelni białostockich w rankingu można zobaczyć w cytowanym wyżej artykule.
Można tylko mieć nadzieję, że planowane tworzenie uniwersytetów w Olsztynie, Rzeszowie, Kielcach, Bydgoszczy, Zielonej Górze i Częstochowie nie będzie się odbywać przez prostą zmianę szyldu tamtejszych WSP, ale przez fuzję wszystkich uczelni i filii w każdym z tych miast.
Pozytywy
Pozytywnym efektem dziesięciolecia było rozbudzenie wśród młodych ludzi głodu wiedzy. Niestety, nie stworzono godziwych warunków studiowania dla młodzieży oblegającej wyższe uczelnie. Pozytywem w dziedzinie edukacji było też to, że na wielu kierunkach programy studiów stały się elastyczne, a w niektórych uczelniach udało się wdrożyć – zapoczątkowane w UW – indywidualne studia interdyscyplinarne.
W dziedzinie nauki: Niewątpliwym osiągnięciem dziesięciolecia było utworzenie Komitetu Badań Naukowych, który przy wszystkich swych wadach pozwolił najlepszym polskim uczonym i instytucjom na przyzwoite przetrwanie chudych lat. Mimo że nasza nauka systematycznie przesuwa się w dół w rankingach światowych, w niektórych dziedzinach mamy jeszcze w Polsce naukę na niezłym poziomie.
Jak na dziesięć lat to bardzo mało. W 1989 roku nasze nadzieje i oczekiwania były znacznie ambitniejsze.
Prof. dr hab. Andrzej Kajetan Wróblewski, fizyk, pracuje na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest wiceprzewodniczącym KBN. |