|
W placówkach resortowych tkwi ogromny potencjał
badawczo-rozwojowy, którego nie można zaprzepaścić. Rozmowa z prof. Zbigniewem Śmieszkiem, przewodniczącym Rady Głównej Jednostek Badawczo-Rozwojowych. Prof. dr hab. inż. Zbigniew Śmieszek, specjalista w dziedzinie metalurgii metali nieżelaznych. Absolwent krakowskiej AGH. Ma za sobą dwukrotny staż naukowy we Francji. W latach 1975-91 dyrektor Instytutu Metali Nieżelaznych w Gliwicach, a następnie dyrektor ds. strategii i rozwoju w KGHM Polska Miedź. W latach 1993-95 wiceprezes, a następnie prezes Centrum Badawczo-Projektowego Miedzi CUPRUM we Wrocławiu. Od trzech lat ponownie kieruje IMN w Gliwicach. Zasiada w Radzie Nadzorczej Centrum Promocji Miedzi. Członek wielu rad naukowych i Komitetu Metalurgii PAN. Od 1989 r. członek The Metallurgical Society (USA). Od maja 1998 r. przewodniczący Rady Głównej JBR. – Czy
Polsce potrzebne jest blisko 250 instytutów badawczych zawieszonych między
przemysłem a szkołami wyższymi? – JBR-y mają określone zadania w zakresie przemysłu, rolnictwa, służby zdrowia, służb publicznych. Działają głównie dla gospodarki narodowej. Świadczy o tym m.in. fakt, że 75 proc. swoich przychodów uzyskują same, a jedynie 25 proc. środków pochodzi z dotacji budżetowej Komitetu Badań Naukowych. Natomiast rzeczywiście mogłoby tych jednostek być mniej. Trzeba jednak zaznaczyć, że zatrudnienie w JBR-ach wynosi 27 tys. pracowników, w tym 7,3 tys. pracowników naukowych, i jest trzykrotnie mniejsze niż w 1990 r. – W
odbiorze społeczności naukowej jest ich za dużo, a nawet są zbyteczne.
Pojawiają się wciąż głosy, że należy jednostki badawczo-rozwojowe zlikwidować,
a przynajmniej przekazać przedsiębiorstwom, aby nie obciążały budżetu nauki. – Myślę, że nikt poważny tak tego nie stawia. Takie wąskie spojrzenie zdarza się rzadko i polega na nieporozumieniu. Ani przedstawiciele wyższych uczelni, ani PAN nie powiedzą tego w ten sposób. Rozumieją, że różne piony nauki spełniają różne, właściwe dla siebie funkcje. Natomiast zgadzam się, że część jednostek powinna mieć znacznie ściślejsze organizacyjne powiązania z przedsiębiorstwami, na rzecz których pracują. Jednostki badawczo-rozwojowe mają do spełnienia ogromną rolę w procesie technologicznego przekształcania kraju. Unowocześnianie poszczególnych dziedzin życia to wymóg naszego wejścia w struktury europejskie. W placówkach resortowych tkwi ogromny potencjał badawczo-rozwojowy, którego nie można zaprzepaścić. –
Jednak sam Pan stwierdził przed chwilą, że zatrudnienie, a co za tym idzie -
potencjał badawczy w JBR-ach drastycznie zmalał. – Okazuje się, że zwolnienia dotyczyły głównie pracowników pomocniczych, a potencjał naukowy nie został znacząco naruszony. To świadczy o rozwadze kierujących placówkami. JBR-y przeszły głęboką transformację i większość placówek zaadaptowała się do warunków rynkowych. Mają na ogół dobrą sytuację ekonomiczną. Natomiast u naszych sąsiadów, np. w Czechach, Węgrzech czy w Rumunii, potencjał naukowy został rozproszony i kraje te starają się go teraz odbudować. –
Przyzna Pan jednak, że przez lata polska myśl technologiczna, a zwłaszcza
produkcja, daleko odbiegała jakością od standardów zachodnich, a i dziś wszyscy
wolą kupować produkty zagraniczne. – JBR-y są tylko jednym z elementów, choć zapewne bardzo ważnym, procesu przekształceń, które prowadzą do nowoczesnego technologicznie państwa. Ogromnie ważna jest edukacja społeczeństwa, które musi być w stanie wchłonąć wysokie technologie. Wyniki badań muszą być komercjalizowane. I to jest rola gospodarki i mechanizmów ekonomicznych. – Na
internetowej stronie Komitetu Badań Naukowych wymienionych jest kilka rozwiązań
prawnych, które mają jakoby zachęcać do inwestowania w naukę i nowoczesne
krajowe technologie. – Najważniejsze są finanse. W jednym z tych punktów znajdzie pan informację, że przedsiębiorstwa mogą od podatku odpisać 30 proc. kwoty zainwestowanej w inwestycje związane z wdrożeniem prac badawczo-rozwojowych. Ale i tak nie wiadomo, czy ta ulga inwestycyjna zostanie zachowana. Tymczasem na Węgrzech wprowadzono zasadę, że wydatki na prace badawczo-rozwojowe odpisywane są od przychodu i to do wysokości 120 proc. tej sumy. Nie ma u nas takich systemów finansowych, jak venture capital. Banki nie wydają się być zainteresowane finansowaniem wysokich technologii. Brak rozwiniętego systemu pozabudżetowego finansowania badań, brak mechanizmów stymulujących rozwój innowacyjności i badań naukowych. To tylko niektóre, ważne elementy, ograniczające rozwój rodzimej technologii. –
Komitet Badań Naukowych, w dużej mierze z myślą o JBR-ach, uruchomił tzw.
projekty celowe. Okazało się, że pomysł ten nie został należycie wykorzystany
przez instytuty resortowe i przemysł. – Jest zupełnie przeciwnie. Właśnie ta forma zdaje egzamin. Komitet Badań Naukowych uratował naukę polską także przez system projektów celowych. Jednak wnioski o środki na realizację projektów celowych są rozpatrywane stanowczo zbyt wolno. Jeżeli przedsiębiorstwo zgłasza placówce naukowej problem do rozwiązania, to chce mieć rozwiązanie szybko, często w ciągu kilku miesięcy, a nie czekać na decyzje o finansowaniu projektu przez pół roku i więcej. – Czy
jednostki badawczo-rozwojowe realizują politykę naukową państwa? – Chciałyby, chyba jednak nie ma takiej polityki. Obecnie tworzony jest plan społeczno-gospodarczego rozwoju państwa do 2010 r. Jeżeli politycy, a zwłaszcza przewodniczący KBN, nie zadbają, aby do tego programu wprowadzić elementy polityki naukowej, technologicznej i innowacyjnej, to popełnią wielki grzech zaniechania. Jesteśmy dość dużym krajem i mamy jeszcze potencjał naukowo-technologiczny. Musimy być aktywni w sferze innowacji i nowych technologii, sprzęgniętych z rozwojem gospodarczym. – Czy
Agencja Techniki i Technologii spełnia pokładane w niej nadzieje? – Zdecydowanie nie. Nie ma ona pieniędzy, a sama dobra wola i starania jej pracowników nie wystarczą. – Wciąż
dyskutuje się o prywatyzacji jednostek badawczo-rozwojowych. Jednak podczas
jednej z ostatnich dorocznych konferencji „Nauka” tylko jeden z obecnych
dyrektorów resortowych placówek naukowych stwierdził, że są gotowi do podjęcia
procedury prywatyzacyjnej. – Prywatyzacja może przebiegać w różny sposób. Dyrektorzy obawiają się, by placówki, którymi kierują, nie zostały sprowadzone do roli przedsiębiorstw i utraciły potencjał naukowy. To kwestia odpowiedzialności. Można sobie oczywiście wyobrazić, że instytuty stworzą kilka niedużych linii produkcyjnych i będą zarabiać na siebie. Chyba jednak nie tędy droga. Zależy nam na zachowaniu potencjału badawczego jednostek resortowych. – Jest
jeszcze inne zjawisko, któremu dyrektorzy instytutów resortowych nie sprzyjają.
Próby łączenia placówek o podobnym charakterze i profilu badań, które podjęto
np. w resorcie rolnictwa, napotkały na opór tych placówek. – Zapewne wynikało to z obaw o los tych placówek i ich pracowników. Ja jestem zdecydowanym zwolennikiem łączenia potencjału badawczego placówek naukowych i racjonalizacji ich systemu organizacyjnego. – Czy w JBR-ach potrzebne są stopnie i tytuły naukowe? – Absolutnie tak. Są one miernikiem poziomu kadry naukowej. Dążenia do odebrania placówkom PAN i instytutom resortowym pewnych uprawnień w tym zakresie jest nieporozumieniem. – Jak
przedstawia się sytuacja instytutów resortowych po wprowadzeniu przez KBN
nowego systemu kategoryzacji placówek naukowych? – Nie uległa ona zasadniczym zmianom. Mamy do tej kategoryzacji pewne zastrzeżenia. Nasze instytuty ukierunkowane są na nowe technologie, patenty, wdrożenia przemysłowe i głównie te sprawy powinny być punktowane przy ich ocenie. Są one jednak wkomponowane w inne kryteria, jak publikacje, monografie naukowe, stopnie i tytuły naukowe, które w naszym środowisku są mniej ważne. Szczególnie jaskrawy jest tu przykład publikacji, które Komitet punktuje bardzo wysoko, a dla nas mają one mniejsze znaczenie, gdyż żyjemy z sukcesów technicznych, a nie publikacji. Poszczególne piony nauki powinny mieć nieco zmodyfikowane systemy oceny, gdyż inna jest ich rola i zadania w nauce. – Czy
jednostki badawczo-rozwojowe muszą być podporządkowane ministerstwom? – Generalnie – nie. Obawiam się jednak, że w chwili obecnej jest to rozsądne usytuowanie. Chciałbym jednak, aby powstały u nas silne organizmy gospodarcze, które przejęłyby pracujące na ich rzecz instytuty naukowe. Nafta Polska powinna np. przejąć instytuty pracujące dla przemysłu rafineryjnego. Kolejną sprawą jest sprzedaż inwestorom zagranicznym całych branż przemysłowych. Przyjmuje się wówczas potężne pakiety socjalne, a nikt nie myśli o pakiecie naukowo–badawczym. W takich kontraktach powinny znajdować się zapisy o zakupie odpowiednich placówek badawczych wraz z przedsiębiorstwami. Niestety, sprzedaliśmy już całe branże produkcyjne, zupełnie pomijając pracujące dla tych branż dobre instytuty. Obecnie zagraniczny inwestor Kalon przejął giełdowe przedsiębiorstwo produkujące farby i lakiery, a w kontrakcie nie ma mowy o przejęciu instytutu, który na rzecz polskiego producenta pracował i tworzył stosowane w Cieszynie i Wrocławiu technologie. Zanosi się na sprzedaż przemysłu farmaceutycznego i znów instytuty staną przed podobnym problemem. Czy dyrektorzy mają zamieniać placówki naukowe w małe przedsiębiorstwa? To byłoby ogromne marnotrawstwo potencjału badawczego. Politycy jednak tego nie widzą. – Być
może zagraniczni inwestorzy nie są zainteresowani naszymi ośrodkami badawczymi? – Zgadza się. Jednak ten brak zainteresowania nie wynika ze słabości polskich placówek, ale z faktu, że duże międzynarodowe koncerny mają już swoje laboratoria i nie chcą korzystać z usług naszych naukowców. To świadczy o tym, że traktują nas bardziej jako rynek zbytu niż poważnego partnera dla dalszego rozwoju. Sądzę, że sprawę tę można było i nadal można rozwiązać inaczej. Na Węgrzech firmy zagraniczne utworzyły 12 ośrodków badawczych. Nie do pomyślenia jest, żeby np. we Francji koncern amerykański kupował przedsiębiorstwo i zrezygnował z usług francuskich jednostek badawczych. My też powinniśmy się cenić i szanować. Inaczej zaprzepaścimy możliwości generowania i wdrażania nowych technologii. – Czy utworzenie Państwowych Instytutów Badawczych rozwiąże problemy JBR-ów? – Status PIB uzyska tylko 30-40 placówek. Z pewnością będą to służby publiczne, czyli np. placówki geologiczno-geodezyjne czy ochrony pracy oraz jednostki pracujące na rzecz odbiorców rozproszonych, np. rolnicze i medyczne. Prezes Państwowej Agencji Atomistyki będzie chciał do tej grupy włączyć instytuty atomowe. Zdaniem Rady Głównej JBR-ów, powinno tu być miejsce dla czołowych instytutów technologicznych, np. Instytutu Ciężkiej Syntezy Organicznej z Blachowni, Instytutu Odlewnictwa z Krakowa, Instytutu Chemii Przemysłowej. Te placówki spełniają bardzo ważną rolę w utrzymaniu potencjału technologicznego kraju. Nadal pozostanie jednak nierozwiązany problem 200 innych jednostek. – Zostaną sprywatyzowane lub wchłonięte przez przemysł? – Taka jest intencja władz i my ją rozumiemy. Każda jednostka powinna jednak mieć wpływ na swoje losy. Rada Główna stara się zadbać, by przy okazji przekształceń własnościowych naukowych placówek resortowych nie został zatracony ich badawczy charakter, a one same nie straciły pewnych związanych z tym uprawnień. Chodzi m.in. o możliwość inwestowania całego zysku w rozwój naukowy, w tym aparaturę badawczą, czy możliwość korzystania z dotacji budżetowej na działalność statutową. Nikt rozsądny nie powinien JBR-ów pozbawiać tych cech. Myślę, że jednostki badawczo-rozwojowe nie będą się opierały zmianom, o ile ministerstwo finansów nie wykaże jakiegoś irracjonalnego uporu w kwestii zachowania uprawnień JBR-ów. Jednocześnie proponujemy zastosowanie rozwiązań organizacyjnych znanych w krajach wysokorozwiniętych, np. tworzenie sieci i konsorcjów jednostek badawczych. Rozmawiał Piotr Kieraciński |
|
|