Strona główna „Forum Akademickiego”

Archiwum z roku 1999

Spis treści numeru 7-8/1999

PRIORYTETY
Poprzedni

Leszek Szaruga

Czytam w „Rzeczpospolitej”, w artykule Krystyny Forowicz zatytułowanym „Taki kraj, jaka nauka”: „Połowa profesorów w Polsce ma ponad 60 lat i więcej. Zaawansowani wiekowo są także doktorzy i doktorzy habilitowani. Tej luki nie da się zapełnić. Sytuację pogarsza jeszcze „drenaż” mózgów – zarówno emigracja do innych krajów, jak i odchodzenie z uczelni i instytutów do lepiej płatnej pracy”. Dowiaduję się, że do roku 2005 około 60 proc. obecnej profesury będzie na emeryturze. I raz jeszcze konstatuję, że sytuacja nauki jest dramatyczna, tym bardziej, że to zestarzenie kadry nie sprzyja rozwijaniu dominującego dziś w świecie trendu do uznania za dziedzinę priorytetową edukacji, gdzie niedostatek kadry szczególnie daje się we znaki. Zważywszy zaś, że procent ludzi z wyższym wykształceniem plasuje nas na jednym z gorszych miejsc w Europie, sytuacja ta jest jeszcze bardziej krytyczna niż zwykło się powszechnie uważać.

W tych okolicznościach rośnie nacisk na znalezienie sposobu szybszego produkowania doktorów, doktorów habilitowanych i profesorów. Bariery formalne stawiane przy uzyskiwaniu stopnia doktora habilitowanego są u nas bez wątpienia jednymi z najbardziej trudnych do sforsowania – w Niemczech przychodzi to o wiele łatwiej, co wcale nie musi oznaczać automatycznie obniżenia poziomu naukowego. Wokół przełamywania owych barier wybuchła u nas ostatnio polemika między ministrem Handkem a grupą uczonych, których reprezentuje Karol Modzelewski.

W pierwszym odruchu opowiedziałem się po stronie Modzelewskiego – zarówno ze względu na jego autorytet nie tylko naukowy, lecz także publiczny, w szczególności zaś jego wyczulenie na kwestie etyczne. Potem jednak, słusznie skądinąd zastopowany w swym oburzeniu, zacząłem się zastanawiać. I otóż, zdaje mi się, znalazłem przyczyny, za sprawą których owa polemika powstała. A należy do nich, jak myślę, nie dość precyzyjny zapis prawny mówiący o tym kto i kiedy może być z napisania pracy habilitacyjnej zwolniony. Jako humanista bowiem nie bardzo sobie wyobrażam doktora habilitowanego nie będącego autorem rozprawy do uzyskania owego stopnia dopuszczającej. Z drugiej jednak strony, pomyślałem sobie, po cóż ma pisać jakieś wypracowanie doktor biologii czy weterynarz lub inny naukowiec, który, powiedzmy, pracuje nad nową odmianą ziemniaka. W tym wypadku nie wypracowanie, lecz efekty eksperymentów i wyniki pomiarów świadczą o wadze dorobku naukowego. Rzecz tylko w tym, by sprawę w odpowiednich przepisach odpowiednio ostro określić, gdyż jeśli owe przepisy sformułowane zostaną nie dość precyzyjnie, wówczas argumentacja Modzelewskiego i współautorów projektu będzie częściowo przynajmniej słuszna.

Powstały 20 maja projekt musiał wzbudzić emocje i sam minister zdaje sobie sprawę z faktu, że na dyskusję nad nim – zważywszy, iż zaraz mamy wakacje – czasu pozostało naprawdę niewiele. Mówiąc o tym na łamach „Forum” stwierdza: „Tak, ale generalne rozwiązania ustawy prezentowaliśmy w wielu środowiskach już dawno, a projekt kwietniowy, konsultowany z innymi resortami, znany był w środowisku niemal powszechnie”. Tak, ale... Osobiście – podkreślam, iż to moje własne odczucie – nie lubię podobnych odpowiedzi. Tym bardziej, że owe „generalne rozwiązania” to wciąż jeszcze nie konkretne zapisy ustawowe, a to chyba jednak dość istotna różnica. W tych okolicznościach wybuch, jaki nastąpił, może nawet świadczący o przewrażliwieniu czy przeczuleniu, uznać należy za uzasadniony i w gruncie rzeczy zdrowy. Zapisy dotyczące uzyskiwania kolejnych stopni naukowych winny bowiem być tak formułowane, by nie stwarzać możliwości mniej lub bardziej dowolnych ich interpretacji.

Jako całkiem prosty doktor nauk humanistycznych (z aspiracjami, a jakże) lubię jasno określone reguły gry. Tym bardziej, że zanim popadłem w humanistykę, specjalizować się chciałem – będąc w tej dziedzinie studentem dość zaawansowanym – w logice matematycznej, a tam miejsca na dowolność i samowolę raczej niewiele. Mój humanistyczny upadek połączony był z wydarzeniami roku 1968, mam więc sporo zrozumienia dla tych wszystkich, którzy, pamiętając napływ marcowych docentów, z których wielu wszak po dzień dzisiejszy współtworzy odchodzącą powoli na emeryturę kadrę naszych uczelni, wolą dmuchać na zimne. Raz powstała luka będzie bowiem systematycznie poszerzana, lepiej więc zawczasu się upewnić, iż luki nie ma. Zarazem jednak – myśląc o często sztucznych barierach utrudniających i wydłużających proces habilitacyjny – rozumiem doskonale, iż zwolnienie w niektórych dziedzinach z obowiązku pisania rozpraw wydatnie przyczyni się do ułatwienia naukowego awansu ludziom młodym, a z racji wykonywanego zwodu niezbyt skłonnych do wykładania swej wiedzy w obcym jej dyskursie. Takie są priorytety, co rozumiem i z pokorą rzecz do wiadomości przyjmuję.

Czyniąc to jednak nie mogę się powstrzymać od pewnej uwagi ogólniejszej, połączonej z anegdotą. Otóż przez kilka lat pracowałem w redakcji fachowego czasopisma zatytułowanego „Hotelarz”. Publikowaliśmy tam rzeczy przeróżne: relacje o rozwoju światowych sieci hotelowych, receptury kulinarne, opisy najbardziej wyszukanych koktaili alkoholowych, sprawozdania dotyczące pracy recepcji i wykładnie obowiązujących w PRL-owskim hotelarstwie przepisów (tu stopień komplikacji był ogromny, gdyż inne przepisy obowiązywały „krajowców”, inne „Polaków dewizowych”, a jeszcze inne „obcokrajowców”). Jako odpowiedzialny redaktor adiustowałem tam teksty dostarczane przez specjalistów – dyrektorów, kierowników, recepcjonistów, szefów kuchni, wreszcie i prawników. Jedno nie ulega wątpliwości: ich polszczyzna wołała o pomstę do nieba. Byłoby co najmniej przykre, gdyby za kilkanaście lat okazało się, że połowa polskiej profesury nie potrafi pisać w ojczystym języku. Grozi to zresztą także polonistom. Ilość prac pisemnych w czasie studiów jest tak niewielka, iż lektura prac magisterskich stawia często włosy na głowie.

 

Uwagi.